przykazania podróżnika

– Za chwilę kopnę to małe, grube dziecko w waginę – mówię pół serio, pół żartem do chłopa zajętego lekturą ostatniej części Larsona.

– To dziecko za tobą to mały, gruby filipiński chłopiec, raczej nie ma waginy – słyszę.

– Kopnę go tak mocno, że będzie miał – odpowiadam niewzruszona.

Cztery loty, pięć portów lotniczych, tyle samo stref czasowych, brak snu, koniec filipińskiej przygody, okres i do tego wielki pryszcz centralnie na czole, który sprawia, że zaczynam wyglądać jak europejski jednorożec. Nic dziwnego, że ludzie się na mnie gapią. Skóra na gębie jak na dupie aligatora, można z niej torebkę albo buty zrobić i sprzedać za niezłą sumkę. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na tak szalony pomysł.

To już dwudziesta godzina w podróży. Zaczynam wchodzić w etap nowotworowego podkurwienia, stanu w którym zdajesz sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, wiesz, że nic na nią nie możesz poradzić i jedyne co możesz zrobić to rzucać jadem na prawo i lewo, żeby sobie ulżyć. Próbuję. Niestety nie pomaga. Akceptacja sytuacji nie wchodzi w grę.

Boli mnie dupa. Wszystko mnie denerwuje. Zwłaszcza zachowania współpasażerów. Mały Filipińczyk rytmicznie wali w oparcie mojego fotela. Mam ochotę się rozpłakać albo zmajstrować bombę ze sznurówki, plastikowego kubka, majonezu i wysadzić ich wszystkich w powietrze ze sobą włącznie. Ewentualnie odwrócić się i dać w ryja, w ostateczności strzelić monolog, ale nie czuję się na siłach.

Nie mam pojęcia skąd w ludziach przekonanie, że wchodząc na pokład samolotu mają wyłączność na dwa miejsca. To na którym sadzają swoje dupsko i to tuż przed nimi. Nic mnie bardziej nie denerwuje niż jakieś walenie, stukanie i pukanie w miejsce na którym właśnie siedzę.

Przypominam sobie lot z Paryża do Mexico City. Zasuszony Francuz walił w swój ekran dotykowy z taką siłą, że o mało nie nabawiłam się urazu mózgu. Na szczęście skończyło się tylko na przemieszczeniu gałek ocznych i przestawieniu nosa. To jest ekran dotykowy. Tak, eureka! On reaguje na dotyk. Prawie jak penis. Nie trzeba w niego walić, ani używać siły. Pomyśl, że na oparciu, w które jest wmontowany ten mały ekranik, ktoś inny trzyma głowę. Możesz trafić na masochistę, któremu takie walenie sprawia przyjemność i spotkasz się z milczącą aprobatą, ale większe prawdopodobieństwo jest, że ktoś się odwróci i w pewnym momencie walnie tobie. Tylko nie w ekran, a w łeb.

To samo dotyczy walenia, kopania, uderzania goleniami w tył siedzenia. Nic nie wkurwia mnie bardziej jak rodzic małego gnoja, który siedzi za mną i wali z buta w moje siedzenie. Dzieciaka tutaj się nie czepiam, choć zawsze, ale to zawsze posyłam mu spojrzenie ostrzegawcze. Zazwyczaj działa. Wtedy dziecko milknie już na zawsze, a rodzic wydaje majątek na wizyty u logopedy. Czasami jednak dziecko głupiutkie i nie wyłapuje sygnałów ostrzegawczych. Kończy się na rozmowie z rodzicem i wiecie co? Ten rodzic rzadko kiedy przeprosi, wytłumaczy dziecku problem, sam obetnie nóżkę. Zazwyczaj ma wywalone na to, co ich synek/córeczka robi. Posyła ci spojrzenie jakby właśnie zostało poproszone o analizę widma promieniowania słonecznego przy użyciu słonych paluszków i kolorowych żelków. Z rozdziawioną gębą patrzy na ciebie i nie robi nic. Jak śmiałam mu grzecznie zwrócić uwagę?! A niech sobie pokopie, będzie lepiej spało. Mam wtedy dylemat, którego wykopać z samolotu w pierwszej kolejności: matkę, ojca, czy ich latorośl. Może to ich nauczy odpowiedzialności za swoje małoletnie podwórko.

Z moich rozmyślań nad upośledzeniem współpasażerów wyrywa mnie ból… wyrywanych włosów. Ktoś wstaje do łazienki i musi, ale to musi przytrzymać się nie swojego miejsca. Łapie się oparcia. Mojego oparcia, na którym spoczywa moja głowa razem z moim włosami.

– Ałaaaaaaaa! – drę gębę jak opętana. Zawsze to robię. Niech wiedzą, żeby się łapać swojego siedzenia. Mało mam włosów. Jak tak dalej będzie się działo to pod pachą będę mieć więcej niż na głowie.

– Przepraszam – słyszę.

– Żebyś ty się poszczała zgniłymi robalami! – myślę.

– Nic nie szkodzi – mówię – choć minę mam jak ‘zrób to jeszcze raz, a przetnę ci tętnicę szyjną tym samym włosem, którego mi wyrwałaś.’ Ostentacyjnie masuję skroń, żeby pokazać, jak bardzo teraz cierpię. Co mi z twojego przepraszam?

Staremu człowiekowi wybaczę, bo utrzymać równowagę takiemu może być ciężko, ale młode to, żeby chwili nie postało bez oparcia? A na siłownię niech idzie i niech sobie wyćwiczy siłę i posturę. A jak już musi się oprzeć, to o swoje niech się opiera, a nie o siedzenie z przodu. Bo zgadnij co? Tak, tam ktoś trzyma głowę!

Zamykam na chwilę oczy. Myślę, że spokojnie mogłabym napisać jakiś podręcznik savoir vivre dla tych, co w powietrzu. Taki podręcznik dobrych manier dla ubogich. W ciągu roku latam kilkanaście, może i kilkadziesiąt razy. Gdybym zebrała do kupy wszystkie powietrzne historie najbardziej irytujących zachowań podróżujących, mogłaby wyjść z tego pokaźna cegiełka.

Przypomina mi się jakiś krajowy lot na terenie Turcji. To był zeszły rok. Waliłam w ekran dotykowy, żeby znaleźć jakiś sensowny program do obejrzenia. Facet z przodu coś tam biadolił, że mu głowa pęka. Nie miałam żadnej aspiryny, żeby mu ulżyć w cierpieniu. Kątem oka zobaczyłam coś małego, coś szarego i zdecydowanie nie z czekolady. Mysz! Pomyślałam w pierwszej chwili. Mysz poruszyła się i zamarła w miejscu. Spokojnie, bez zbędnych nerwowych ruchów, żeby nie wystraszyć gryzonia, odwróciłam głowę w lewo. Mysz musiała zdechnąć jakiś czas temu, bo wyglądała i pachniała jak w pierwszej fazie rozkładu. Ryzykując utratę wzroku i zmysłu powonienia, przystawiłam twarz bliżej gryzonia. Wielka ta mysz. I taka nie nasza. Zdecydowanie gatunek turecki. Wygląda trochę jak bawełniana skarpeta. Zaraz, zaraz, proszę myszy! Toż to jest skarpeta! Skarpeta wypchana czyjąś girą, podstawioną mi niemal pod nos. Prawie padłam.

Już nie pamiętam, czy ucięłam tę stopę plastikowym nożem, czy przykryłam kocykiem tworząc warstwę izolacyjną. Chyba tylko wyciągnęłam swoje własne zmęczone stopy dokładnie w ten sam sposób, żeby ktoś inny z przodu też się męczył.

Teraz robię to samo. Nareszcie mi dobrze. Zamykam oczy. Śnię o Filipinach. Kiedyś tam wrócę.

***

To jeszcze szybkie 10 przykazań pasażera linii lotniczych, co? Stworzone z myślą o Tobie. Bo jesteś tego warta.

Ja jestem Agnes, just Agnes, która cię wywiedzie z ziemi buraków, z domu złych manier.

  1. Nie będziesz kopał w siedzenie z przodu, ani walił w ekran dotykowy.
  2. Nie będziesz podstawiał kopyta pod nos komuś do wąchania.
  3. Pamiętaj, abyś dzień podróży świecił. Wykąp się.
  4. Czcij współpasażera i współpasażerkę swoją.
  5. Nie puszczaj bąków.
  6. Nie dłub w nosie.
  7. Nie łap za nagłówek przed sobą.
  8. Nie gadaj zbyt głośno.
  9. Nie pożądaj pilota/stewardessa/współpasażera swego.
  10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

AMEN

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close