a kiedy wezmiesz bucha w amsterdamie

Co się wydarzyło w Amsterdamie, zostaje w Amsterdamie, ale powiem wam, że jeśli ja rano siedzę na recepcji w miejscu swojej pracy, spoglądam przez okno i widzę chudą, nagą kobietę rozciągającą się na parkingu, po czym przecieram ze zdumienia oczy, spoglądam jeszcze raz i okazuje się, że to suka rasy chart polski, to znak, że ja powinnam jeszcze być w łóżku.

Amsterdam nigdy nie przestanie mnie zachwycać. Jest chyba jednym z nielicznych europejskich miast, do którego kocham wracać. I choć ani razu nie widziałam w Amsterdamie słońca, to kocham to miasto niezmęczone i wiecznie głodne życia. Może to jego urok, może to ta trawka…

Do Amsterdamu lecę z własnym chłopem, Mary – rodowitą Irlandką, która mieszkała w każdym możliwym zakątku świata i Shaunem, rodowitym Brytyjczykiem, dumnym z kraju swojego pochodzenia.

Z takim towarzystwem nie mogło być nudno. Nie mogło i nie było.

 ***

Idziemy do cofee shopu, a jakżeby inaczej…

– A tutaj piłam prosecco! – wykrzykuję podekscytowana. – Na tych wiklinowych fotelach! – rzucam dosyć istotnym szczegółem, wyróżniającym tę knajpę. – Przynieśli nam koce, bo robiło się zimno – przypominam sobie wypad do Amsterdamu jakieś 10 lat temu. – I tutaj zaraz po prawej stronie powinny być dwa kamienne lwy albo smoki albo jakieś inne gady.

Idziemy wzdłuż kanału, ale żadnych smoków, żadnych lwów nie widać.

– Może to nie była jednak ta knajpa – mówię lekko rozczarowana swoją pamięcią, a raczej jej brakiem. Mój poziom zajebistości spada o kilka kresek w dół, kiedy nagle spoglądam w prawo i je widzę. Stoją, nienaruszone zębem czasu, dwa lwy, smoki, czy inne gady.

– To tu! To tu! To była ta knajpa! – wykrzykuję, celując paluchem w stronę tajskiej restauracji. Jeśli za jakieś 20 minut tutaj wrócę, usiądę na te smoki i będę chciała je ujeżdżać, to proszę wytłumaczcie mi, że one nie są prawdziwe.

Mijamy salon tatuaży. W Amsterdamie co rusz mijasz sex shop, czerwone okno, muzeum erotyki, sexu, prostytucji, coffee shop i salon tatuaży. Zastanawiam się ilu najaranych kolesi wpada do takiego salonu z prośbą o wytatuowanie imienia przedstawicielki najstarszego zawodu świata, w której dopiero co się zakochali.

– A jeśli ja za 20 minut wyjdę i pobiegnę w kierunku tego salonu tatuażu i poproszę o tatuaż z imieniem Beno na moim ramieniu, proszę was, powstrzymajcie mnie – oznajmia Mary, której ulubiony futrzak odszedł do kociego nieba tuż przed wyjazdem. W piątek obie opłakiwałyśmy jego odejście.

Mijamy sklep z pamiątkami.

– Zobacz jakie małe buciki – wskazuję palcem magnes na lodówkę. Dwa drewniane, kolorowe chodaki (klumpen) przyczepione do metalowego słupa. – Słodkie, nie? – dodaję.

– Tak, jeśli wrócę tu i będę je chciał przymierzać, to wytłumaczcie mi, że to tylko magnes na lodówkę – oznajmia Shean.

– Ha! Ha! Wyobrażam sobie jak próbujesz wcisnąć je na swoją stopę i mówisz: Moja stopa urosła! Dlaczego mam taką wielką stopę! To był mój rozmiar! – wszyscy zanosimy się śmiechem.

 ***

Siedzimy w Bones & Co, jednym z wielu amsterdamskich coffee shopów.

– Zawsze marzyłam o tym, żeby siedzieć w jakimś śmierdzącym pubie, palić jointa i słuchać Janis Joplin, tego jej skrzypiącego głosu pełnego bólu i rozrywającego cierpienia –mówię z nieukrywaną radością, jakbym właśnie tego doświadczała.

Mary patrzy na mnie i kiwa głową z zrozumieniem, choć jej wyraz twarzy mówi: Agnes, wtf? O czym ty gadasz?

– W Amsterdamie spełniają się moje marzenia – mówię podniesionym, uroczystym tonem.

Biorę bucha, zaciągam się atmosferą i zamykam oczy. Wsłuchuję się uważnie w dźwięk dobiegający z głośników.  Guns N Roses. No cóż, mogło być gorzej. Mogłam zacząć wciągać ‘coke’ i kostki lodu mogły mi utknąć w nosie. Mimo wszystko tej pani chyba już wystarczy.

***

– To na pewno tu?

– Na pewno tu.

– Musimy czekać?

– Tak, musimy.

– No to czekamy.

Biorę bilet do ręki. Water Colour Cruise. Jakiś festiwal światełek na wodzie. Ktoś tam za moimi plecami czyta: Gray Line.

– Na pewno tu? W dobrej linii czekamy? – martwię się, że nie trafimy na prom i wylądujemy np. w Dzielnicy Czerwonych Latarni. W mojej głowie każdy kanał w Amsterdamie to inna linia łącząca je. Każda linia to inny kolor. Zupełnie jak u nas w metrze.

– Agnes, Grey Line to nazwa łódki.

– Acha…..

 ***

– To tramwaj czy autobus? – pytam, bo przez chwilę posiadanie informacji na temat jakim środkiem transportu publicznego poruszam się, wydaje się bardzo ważne.

– Tramwaj porusza się po szynach – tłumaczy mi chłop najprościej jak się da.

Muszę wyglądać na totalnie zdezorientowaną i przytłoczoną nadmiarem informacji,  bo po chwili dodaje – To jest autobus. Prościej już się nie da.

Siedzę grzecznie na swoim miejscu. Podziwiam świat za oknem amsterdamskiego busa. Hair Life – mijamy jakiś chyba salon fryzjerski. Co za życie może mieć włos – myślę sobie. Rośnie, umiera na tysiąc różnych sposobów. Wypada, łamie się, wysycha, przesadza ze środkami wyskokowymi typu farba z amoniakiem albo siwieje i umiera ze starości. Zupełnie jak człowiek.

Patrzę na drogę i po 20 minutach niemal wykrzykuję: Ej, ale my jedziemy po szynach!

Rano wstaję i jestem zdruzgotana. Nie rozumiem tego świata. Próbuję sobie przypomnieć tramwaj, który był autobusem poruszającym się po szynach albo autobusem, który chciał być tramwajem.

– To jak my wreszcie dotarliśmy do tego hotelu? Autobusem czy tramwajem? – pytam, bo przeraża mnie moja własna niewiedza.

– Widziałaś szyny tramwajowe przed naszym hotelem?

– Nie.

– No to już masz odpowiedź.

– Ale… ale… Ja nic nie rozumiem.

Amsterdamu się nie rozumie. Amsterdam się czuje. Amsterdamem się oddycha. Amsterdamem się żyje.

***

Włączona gastro faza. Mogłabym omieść pół lodówki. Zamiast tego kupuję najdroższe ciastko świata. 6 euro za sztukę. Jakieś owoce utopione w budyniu i galaretce. Niosę je przed sobą w pudełeczku niczym ksiądz ciało Chrystusa.

– Smacznego! – musiałam powiedzieć do mnie biegnący Holender.

– Smacznego! – musiał powtórzyć.

– Smacznego! – musiał krzyknąć, bo usłyszałam, że ktoś coś powiedział.

– Smacznego! – powiedział raz jeszcze i puknął mnie w plecy. Odwróciłam się, schowałam ciacho za pazuchą i nawet nie odpowiedziałam dziękuję.

W mojej głowie chciał mi je zabrać.

A potem nie mogliśmy trafić na przystanek autobusowy i przez godzinę staliśmy pod japońską restauracją śmiejąc się z menu, bo ono było taaaaaakie śmieszne. A potem były wysokie, kręte schody i to było wyzwanie. A potem było muzeum Van Gogha, żeby nikt nie mówił, że w Amsterdamie to tylko jaranie i bzykanie. Kultura też kołem się toczy.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close