Acapulco

Acapulco, czyli koleś śpiewający o gorącym słońcu, oceanie szczęścia, tropikalnych nocach, generalnie innym, lepszym, słodszym życiu. Nasłuchałam się wesołej nuty i sama nie wiem, czego się spodziewałam po tym opiewanym wszędzie kurorcie. Chyba tego, że najszybsza na świecie meksykańska mysz wpadnie do mojego pokoju hotelowego, zamaszystym ruchem dłoni zrzuci z głowy sombrero i sprawi, że ziemia się zatrzęsie, kokosy spadną z palmy za oknem a ja popłynę na fali szczęścia prosto w ramiona filmowego Tarzana, który gdzieś tu w Acapulco ma swoją hacjendę. Takie cuda to tylko w zwariowanych melodiach.

No nic nie poradzę na to, że słysząc ten kawałek, widzę gorącą laskę z lat 80tych, w cytrynowym bikini, spod którego wyskakuje jędrny cycek, czuję zapach olejku spokojnie spływającego z lewej łopatki aż po wgłębienie między pośladkami i widzę jej zalotny uśmiech mówiący więcej niż słowa typu ‘godzina ósma, minut trzydzieści, pokój 316’. Tymczasem plaża opustoszała, przepędzona przez Raymonda, Carlosa, Alfonsa, czy też innego Huragana. Tylko gdzieniegdzie można było zobaczyć wieloryby w ludzkiej postaci, wyrzucone gdzieś na brzeg. Nie, zdecydowanie to nie był seksowny widok.

Tym brzegiem to sobie nawet na spacer poszłam raz. Takie romantyczne to się wydaje. Kobieta w zwiewnej sukience, historia miłosna, która nie miała prawa się wydarzyć, jej dziurawe serce, przez które wylewał się żal i smutek. I ten znajomy dźwięk ‘Acapulco e poi la notte e tropicale’ gdzieś tam w tle. Filmowo, co? Z pewnej odległości to może i nawet tak wyglądało. Bliższe ujęcie i znika cała magia chwili. Zamiast mąki pod stopami kupa żwiru z ziarenkami tak ostrymi, że można golić nimi dupę pająka, jeśli oczywiście ktoś przejawia takie ciągoty i zdechłe, kolczaste ryby z jednymi okiem, wyrzucone na brzeg. Ciężko się po tym szło. Kostki spuchły i następnego dnia wyglądały jak kawał krakowskiej wrzuconej do wybielacza.

Na trzeźwo nie mogłam tego przejść. Zdecydowałam się na drinka. Miałam ochotę na krzyczący orgazm albo przynajmniej tequilę sunrise, ale jako kobieta otwarta na nowe doświadczenia i głodna tego co nieznane, zamówiłam coś nowego, z meksykańskim likierem kawowym kahlua, mlekiem i tequilą. Dostałam kolusię z bimbrem i toną lodu. To nie było dobre. To wykrzywiało gębę. To wymagało kolejnego drinka, wypitego w tempie ekspresowym, żeby zapomnieć, że się wypiło to, co się wypiło.

Na ulicach też nie lepiej. Acapulco jest rajem dla miłośniczek wojskowego i policyjnego mundurka. Uzbrojeni po zęby żołnierze i opancerzone wozy to powszechny widok, taki wycinek z większego obrazka pod tytułem wojna z kartelami narkotykowymi. Acapulco to podobno arena walk gangów. W poszukiwaniu nasionek chia nie wpadłam na żadnego truposza, nie znalazłam żadnej głowy w koszu i nie zarobiłam kulki w łeb, ale mój wewnętrzny głos kazał mi być w pogotowiu i na wszelki wypadek przypominać sobie wszystkie znane chwyty obronne podłapane z filmów. No jakoś tak źle się spaceruje widząc, że nawet McDonald’s obstawiony siłami zbrojnymi. Jeden wojak coś tam do mnie zagadywał nawet, ale jego angielski był gorszy od mojego hiszpańskiego, a mój hiszpański nie jest lepszy od chińskiego Magdy, a po chińsku Magda to tylko ‘piłajajamuharata’ potrafi powiedzieć. Na wyżyny krasomówstwa nie udało nam się niestety wznieść. Z jego oczu wyczytałam tylko ‘czy masz ochotę na zbiorowy gwałcik?’. Odpowiedziałam grzecznie nie panimaju i poszłam jak przecinak.

Najlepsza jednak była Aleja Gwiazd… Ale to jest materiał na inną notkę.

Tymczasem cmok!

P.S. Nie wierzcie zdjęciom! To kłamliwe bestie są!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close