Siedzę w ogródku, pożeram przypaloną kiełbasę z grilla i podziwiam mistyczny wzór ptasiego gówna rozlanego na namiocie, w którym śpię odkąd tęsknota za górami jest zbyt wielka, by w normalnym łóżku móc zasnąć. Na płocie zawieszony kawał brystolu, a na nim góry namalowane kredkami świecowymi bambino. Wielkie, spiczaste, niektóre pokryte czapą śniegu. Cały dzień je malowałam. Patrzę na nie i myślę sobie, że kiedyś wdrapię się na najwyższą.

No dobra, żartuję. Siedzę w ogródku, żrę kiełbachę i patrzę na gówno. I tyle. Jest namiot, który schnie, bo wyprany po ostatnim wypadzie. Nie ma żadnej tapety na płocie i tęsknota też nie jest jeszcze aż tak wielka, bo wypizgało mnie na wysokości 5500 meterków nad poziomem morza tak, że jeszcze długo podniecać się płaskimi terenami będę i trochę czasu minie zanim pomyślę o kolejnej wyprawie.

No dobra, znowu żartuję. Kolejna wyprawa już nabiera kolorów i kształtów w mojej głowie. Nocą mamroczę przez sen imię swojej nowej wybranki. Aconcagua… Dla niewtajemniczonych: najwyższy szczyt Andów, Ameryki Południowej i całej Ameryki, 6961 m n.p.m. A później to już tylko Mount Everest, K2 i zaginiona arka na tureckim Araracie.

I znowu żartuję, bo na Ararat już swoje dupsko wniosłam. Tak, tak. Wniosłam swoje cztery litery na najwyższy szczyt Turcji, na wysokość 5137 m n.p.m. Na własnych nogach je wniosłam. Na tych krótkich, chudziutkich, kurzych nóżkach. A było to tak:

Lećmy zdobyć Ararat, a jak już tam będziemy, to od razu skoczmy do Iranu i wejdźmy na wygasły wulkan, ten, jak jemu tam, coś na D. Na takie hasła reaguję, jak ćpun na widok igły. Znaczy się podwijam rękawy i już chcę rezerwować bilety. Tym razem nie było inaczej. Na rozgrzewkę najwyższy szczyt Turcji, Ararat, 5137 m n.p.m.

Góra leży na terenie narodowego parku i wejście na nią możliwe jest tylko z przewodnikiem. Tzn. jeśli jesteś burak i wieśniak, to możesz próbować sam. My ruszamy na bogato. Z własnym przewodnikiem i kuniem. Na kuniu jadą nasze namioty i większość rzeczy, które potrzebne tylko w rozbitym już obozie. Taki koń to ma przewalone. Myślę sobie, że dusze wszystkich leniuchów świata wrócą kiedyś na ziemię pod postacią takiego konia i będę popierdalać w górę i w dół Araratu, kilka razy w tygodniu. Będę jednym z nich. Przerąbany żywot. My tymczasem idziemy ‘na lekko’ do obozu pierwszego na wysokości 3200 m n.p.m. To wyżej niż nasze Rysy.

Technicznych trudności żadnych. Trasa pod górę – wiadomo. Szlak nieoznakowany, więc znacznie łatwiej, kiedy idzie się jak bezmyślne cielę prowadzone przez bardziej doświadczonego. Po drodze owce, konie i psy pasterskie. Jestem w raju. Przez chwilę pragnę zostać tam, gdzie jeszcze nie jest tak zimno i odgrodzić sobie swoje własne poletko ziemi, a później uprawiać na nim owce i hodować warzywa. Patrzę w górę i szybko zmieniam zdanie. Ona na mnie czeka. Ta góra w śnieżnej czapce wyciąga swoje ramiona i mówi ‘chodź do mnie’. Ararat mnie woła. No to idę.

Na 3200 m n.p.m. zostajemy na noc. Tam jest pierwszy obóz opanowany w pełni przez grupę ruskich. Siedzą w głównym namiocie i pałaszują naszą kolację. Na deser cztery tabletki od bólu głowy, dwie na sraczkę, trzy na rozrzedzenie krwi, jedna na wzmocnienie poziomu tolerancji do Polaka. To oni. My prochów nie bierzemy. My przeprowadzamy szybkie rozeznanie w terenie pod kątem najlepszej miejscówki do rozłożenia łoża z baldachimem. Liczba papierzaków na metr kwadratowy – zero. Pochylenie – powinno być okay. Widok po przebudzeniu – będzie zajebisty. Odległość do głównego kuchni polowej – idealna, ani za daleko, ani za blisko. Odległość do kibelka w postaci zachęcającej wielkiej skały – do pokonania. Patrzę na nią i myślę, że góry to jednak nie dla wszystkich kobiet. Skała patrzy na mnie i szepcze ‘nie bój się, ochronię cię przed złym spojrzeniem’. Tak, to jest dobre miejsce na posłanie.

Śpię jak zabita. Budzi mnie ruski język dobiegający z oddali. Sprawdzam czas. Nie ma jeszcze piątej. Albo jeden poszedł się wysrać i gada do swojego stolca albo ruskich już do reszty porąbało i wstali tak wcześnie. Wpycham stoper głębiej w ucho i śpię jeszcze przez godzinę. O 7ej zasiadamy do uczty, jak na górskie warunki, iście królewskiej. Trzeba się spieszyć, bo ruscy wszystko zeżrą. Jem trochę owsianki, dwa jajka gotowane na twardo, kawałek sera owczego i zapycham się pastą tahini rozmemłaną z olejem winogronowym. Bomba kaloryczna i zastrzyk energii, czyli dokładnie to, czego mi trzeba. O 8ej ruszamy dalej w górę, na wysokość 4200m n.p.m.

Czas mamy dobry. Zatrzymujemy się tylko raz na krótki odpoczynek i dosyć wcześnie jesteśmy w drugim obozie. Chłopaków boli głowa. Mnie czasami zarzuca na bok, kiedy próbuję iść po linii prostej. No cóż, wysokość robi swoje. Odpoczywam, czyt. leżę jak zabita, bez ruchu, przez godziny całe. O 18ej myju myju w chusteczkach nawilżających, paciorek i spaciu, bo pobudka o 1ej w nocy i atak szczytowy.

Na tej wysokości śpi się już gorzej. Zimno w nocy jak w psiarni. Wciągam wełnianą czapę na łeb i rękawiczki. Spodnie i kurtkę wrzucam do śpiwora, żeby w nocy nie doznać szoku wciągając na siebie zmrożone ubrania. Plecak spakowany pod głowę. W nim kawałek czekolady, woda, raki i sprzęt młodego skauta.

Przed drugą spotykamy się na śniadaniu. Nie mam apetytu. Chce mi się rzygać. Zjadam trzy figi i wypijam kubek gorzkiej herbaty. Nie jest aż tak zimno, ale siedzę zmarznięta jak gówno w przeręblu. Z obozu wychodzimy jako ostatnia grupa, bo tradycyjnie zanim wciągnę swoje stuptuty, zanim się przebiorę, zanim podkręcę rzęsy, to mija kawał czasu. Ten typ tak ma.

Ruszamy w górę. Oddycham głęboko. Idę. Noga za nogą. Mamy dobre tempo. Mijamy ruskich. Mijamy armeńską, dosyć dużą grupę. Idziemy dalej. Czołówka przyczepiona do głowy oświetla mi drogę. W dole widać miasto błyszczące milionem światełek. Ktoś tam na dole właśnie układa się do snu. Ktoś gasi światło i wsuwa się do ciepłego posłania. Ktoś wygląda przez małe okienko i myśli o tych, co na Araracie szykują się do boju. Wiatr nie wieje. Jest cicho. Jest pięknie. Dla mnie jeszcze piękniej, bo to nie ja stękam do przewodnika, żeby zwolnić, zaczekać, odsapnąć. Taki mały, prywatny triumf. Regularne treningi i zajęcia fitness przyniosły jakiś efekt. Czuję się dobrze. Czuję, że góra będzie nasza, że nas przyjmie, że pozwoli na siebie wejść.

Bo do góry trzeba z pokorą. Człowiek gówno może, jeśli taka się uprze. Bo góra może wszystko. Może łaskawie otworzyć się przed tobą i pokazać swoje piękno. Może cię przyjąć na chwilę i przepędzić śnieżycą w dół. Może cię zatrzymać na zawsze, objąć wiecznym śniegiem i schować tak, że nikt cię nie znajdzie. Może się z ciebie śmiać, może pogrywać z tobą, żartować z ciebie, robić w konia i drwić za twoimi plecami. Człowiek dopiero przy niej dostrzega, jaki jest mały i jak niewiele może w obliczu starcia z jej wielkością.

Jest jeszcze szaro, ale już można wyłączyć czołówki, kiedy dochodzimy do lodowca. Wciągamy raki. Bez nich ani rusz. Góra pokryta lodem. Szczelin brak. Jesteśmy już na wysokości ponad 5tys. Idę co raz wolniej. Czuję, że powoli odcina mi prąd. Wciskam w usta kawałek zmrożonego snickersa. Woda też zamarzła. Z pochyloną głową, powoli, idę jak ten żołnierz z niemieckiej niewoli. Patrzę w górę, widzę już szczyt i myślę sobie ‘I po cholerę mi to?’ Człapię się jeszcze wolniej. Słońce przegląda się w lodowcu. Kiedy cała jego twarz widoczna w tafli lodu, my stoimy już na szczycie. Jesteśmy pierwszą grupą. Ruskich jeszcze nie widać. O taką Polskę walczyliśmy, bo choć w górach wszyscy sobie braćmi, to ruscy adoptowani i plamą na honorze dać im zdobyć szczyt pierwszym. Niech sobie wejdą, ale nie przed nami, po nas.

Podziwiamy Turcję z jej najwyższego punktu. Gdzieś tam Mały Ararat, gdzieś tam Iran wytęskniony. Słońce świeci. Zero wiatru. Widoki przednie. Góra miała dobry dzień. Ona chyba kocha Polaków.

Jeszcze tego samego dnia schodzimy na wysokość 2600 m n.p.m., gdzie spędzamy ostatnią noc na Araracie, ale to już inna historia.

4 Comments

  1. […] w adidaski, a później na bieżnię. Ostatni raz biegałam chyba przed wyprawą na turecki Ararat i irański Demawend. Trzepałam kółka dookoła osiedla w ramach […]

  2. […] 5:20 rano. Ostatnim razem o takiej chorej porze wstałam na tureckim Araracie, wybudzona obcym narzeczem, ale to się nie liczy. Góry to góry. One innymi prawami się […]

  3. […] szlak w ciemności i musimy iść jakimś dziwnym skrótem, ostro pod górę. Aklimatyzację mamy z Araratu, ale wiatr daje nam o sobie znać. Zaczyna się zabawa. Dla wiatru, nie dla nas. My cierpimy. […]

  4. […] szlak w ciemności i musimy iść jakimś dziwnym skrótem, ostro pod górę. Aklimatyzację mamy z Araratu, ale wiatr daje nam o sobie znać. Zaczyna się zabawa. Dla wiatru, nie dla nas. My cierpimy. […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close