asertownosc

To było jakiś tydzień temu. Niewielka knajpa, w której serwują znakomitą kawę i kanapki, które człowiek chce jeść na kolanach, w przerwach między kęsami, wysławiając Jezusa, nawet jeżeli za bardzo się w niego nie wierzy. Takie miejsce, w którym człowiek, chcąc nie chcąc, staje się bardziej religijny.

Otwieram drzwi i przez chwilę myślę o odwrocie, bo najlepsze miejsce przy oknie zajęte, dwa stoliki ze stołkami barowymi też obsadzone, kolejne dwa mniejsze również. Tylko jeden mały stolik z trzema krzesłami świeci pustką, która jakoś nie napawa mnie szaleńczym optymizmem. Obrazek zachęcający, jeśli można dostać owe miejsce tylko dla siebie, ale niekoniecznie, jeśli trzeba wolną przestrzeń dzielić z trójką osobników, z których każdy ma zimową kurtkę i torbę wypchaną zestawem małego podróżnika, a do tego spragniony jest michy pełnej ciepłej strawy.

Spojrzałam na swoich towarzyszy i stwierdziliśmy, że doznania smakowe pozwolą nam zapomnieć o bólu bycia ściśniętym jak śledzie w beczce. Zgodnie zasiedliśmy przy dwuosobowym stoliku, kradnąc z sąsiedniego dodatkowe krzesło.

Tuż obok, po mojej lewej siedzi kobieta, na moje oko coś około pięćdziesiątki, z dwoma, całkiem przystojnymi facetami, trzymającymi, zakładam, że swoje, prywatne, kilkumiesięczne berbecie na kolanach. Wygląda, że gdzieś teraz w mieście, dwie młode kobiety mają czas wolny od swoich mężów, dzieci i co najważniejsze, swojej teściowej. Siedzą przy znacznie większym stoliku, na którym spokojnie mieszczą się ich filiżanki i talerze. Ja swój będę chyba musiała trzymać na kolanach, ale nieważne. Czego się nie robi w imię miłości do żarcia?

Moja ulubiona miejscówka jest niestety zajęta. Inna kobieta, prawdopodobnie z córką pałaszują kawałek ciasta marchewkowego. Przyglądam się uważnie, starając się zauważyć, czy szklanka napoju na ich stole jest w połowie pełna, czy może pusta. Czy już kończą i zaraz będą szykować się do wyjścia, czy zamierzają siedzieć godzinę przy kilku okruchach ciasta? Czy nerwowo spoglądają na zegarek, czy się spieszą, czy nie? Czy dobrze im z oczu patrzy? Czy jak zapytam, czy mogę im podać płaszcz i kurtkę, to nie zarobię z liścia? Bo to moja ulubiona miejscówka jest i na dodatek idealna na cztery osoby.

Potrafię być szybka jak jaszczurka, ostra jak przecinak i zwinna jak kotka, kiedy mi się chce. A wtedy bardzo mi się chciało.

– Przepraszam, ale pozwolę sobie zadać pytanie, czy panie już wychodzą? – Podchodzę w momencie, kiedy ta starsza wyciąga portfel, a młodsza wpycha w usta ostatni kawałek ciasta. – Bo ja bym bardzo chętnie zajęła ten stolik, jeśli on właśnie się zwolnił. – Cztery osoby przy tamtym małym stoliku to troszkę męczarnia. Jeśli oczywiście to nie problem? – Uzasadniam swoją prośbą, choć wiem, że nie ma to żadnego znaczenia.

Badania psychologiczne wykazują, że jeśli prosisz kogoś o coś, najważniejsze jest pamiętać o magicznym słowie ‘bo’. I nie o samą informację dodatkową chodzi, a o to właśnie krótkie słowo ‘bo’. Mogłam więc powiedzieć ‘bo cztery osoby nie mieszczą się przy tamtym małym’ albo ‘bo pada’, a i tak spotkałabym się z pozytywną reakcją. Myślę jednak, że szansa przejęcia stolika zwiększyła się z zupełnie innego powodu. Te kobiety naprawdę wychodziły.

Dorzucam więc jeszcze kilka zwrotów grzecznościowych. Pada jakieś proszę uprzejmie, szalenie się cieszę, miłego dnia, dziękuję najmocniej i już moje mięśnie pośladkowe spoczywają na moim ulubionym miejscu. W tej samej chwili słyszę stanowcze: my chcieliśmy tam usiąść.

Spoglądam w stronę, z której dobiega mnie owa informacja. Pani z dwoma synami i prawdopodobnie wnuczętami płci mi nieznanej. Ja też chciałam tu usiąść – myślę sobie, ale grzecznie pytam, czy mają rezerwację, czy zamówili sobie ten stolik. Pani nie rozumie mojego pytania i powtarza raz jeszcze, że ONI CHCIELI TAM USIĄŚĆ. Ja znowu grzecznie powtarzam pytanie, czy skonsultowali swoje pragnienie z kelnerką, czy mają jakąś rezerwację, czy czekali na ten stolik. Pani patrzy na mnie jak na niedorozwiniętą, ale nadal nie odpowiada na moje pytanie. Ja nie reaguję na jej „MY CHCIELIŚMY TAM USIĄŚĆ”, ale po chwili tłumaczę, że jeśli mają rezerwację, to ja przeproszę i wrócę na swoje miejsce, ale jeśli takowej nie mają, to nie widzę powodu dlaczego mam im oddać swoją nową miejscówkę.

Zapewne według niej musiałam zgubić kilka szarych komórek podczas porannej toalety albo spaceru do knajpki. W końcu mam oczy, patrzę i powinnam widzieć. Powinnam zauważyć, że przy jej dużym, czteroosobowym stole, siedzą trzy dorosłe osoby, z których dwie trzymają na kolanach kilkumiesięczne brzdące, a skoro mają te brzdące, to im się od razu należy to, co sobie zażyczą. Nie muszą robić nic, bo samo posiadanie dziecka na kolanach jest przepustką do spełniania ich życzeń.

No więc, ten teges, nie jest.

Nie chcę uchodzić za kobietę bez serca, nieczułą na niewygody związane z posiadaniem kilkumiesięcznego berbecia, który może mieć czkawkę, gazy, kolkę, zatwardzenie, czy pełną pieluchę. Nie. Zawsze jestem chętna do pomocy w razie potrzeby. W samolocie pierwsza proponuję, że poniosę torbę kobiecie, która szamocze się w przejściu z dzieckiem i innym ładunkiem. W kolejkach przepuszczam kobiety w ciąży. Kiedy jadę w zapchanym autobusie, ustępuję miejsce matce z dzieckiem, żeby ta usiadła i wzięła je na kolana. Nie trzeba mnie o to prosić. Sama wychodzę z inicjatywą. Sama proponuję pomoc. Bo mam wyobraźnię i trochę serca. Mało tego.  Nie uciekam z krzykiem, kiedy przypadkowa kobieta poprosi mnie w zaprzyjaźnionej galerii, żebym potrzymała jej dziecko, bo ona by chciała skorzystać z toalety. Staram się być pomocna, uczynna, dobra dla tej kobiety, jeśli widzę, że sytuacja tego wymaga.

Nie znoszę jednak i nie toleruję, kiedy ktoś uważa, że należą mi się ochłapy tylko dlatego, że nie mam dziecka. Szanowna Pani z knajpy nie podeszła do mnie, nie porozmawiała jak z rozumnym człowiekiem, tylko od razu przyjęła roszczeniową postawę. Mam małe dzieci, więc to mi się należy, tego chcę i będę to mieć. Nie umiała, nawet nie próbowała uargumentować swojego życzenia. I takie zagrania są już niefajne, bo trącą manipulacją.

Czy byłam niegrzeczna? Nie. Nie patrzyłam na nią spod byka, nie naplułam jej do herbaty, nie wyzwałam, nie kazałam jej bujać garba. Byłam otwarta na dialog i ewentualną zmianę. Grzecznie zadałam pytania, oczekując odpowiedzi, jednocześnie informując, że nie widzę powodu dla którego powinnam oddać im miejscówkę, bo to, że oni chcieli, to trochę za mało. Ja nie jestem od zaspakajania cudzych potrzeb bardziej niż swoich i dopóki nie krzywdzę drugiego człowieka, mam prawo powiedzieć nie. Mam prawo wyznaczać granice i respektować swoje własne prawa i uczucia. I ty też. Nie zapominaj o tym.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close