badz inny

Jestem u znajomych na samym końcu świata. Na grill wrzucone kawałki mięcha dla mnie i jakieś soczewicowe placki dla nich. Na stole kryształowe kieliszki i butelka białego australijskiego wina. Mieszkają na totalnym odludziu. Cudo. Nie mogę wam zdradzić miejscówki, bo zaraz zwalicie się tu wszyscy i już nie będzie tak cicho i pięknie, a ja stracę swoją kryjówkę.

Patrzę na góry i wąską ścieżkę tuż za bramą wjazdową i widzę… niekończący się łańcuch krów. Tak, krów. Łaciatych. Przecieram oczy, szczypię się w lewy pośladek, upewniam się, że to jawa. Łapię wreszcie telefon, lecę w ich stronę, wpadam na płot, wiszę. Robię zdjęcie, podziwiam. Jedna spogląda na mnie. Powoli podchodzi, choć gdzieś tam zza krzaka słychać ponaglający głos właściciela. Piękna, odważna i ciekawa życia Mućka wyłamuje się z tłumu. Myślę sobie, że z tymi krowami tak samo jak z nami, z ludźmi. Większość idzie na pole, coś tam przeżuje w ciągu dnia, wykrzywi gębę, da trochę mleka, z pracy do domu, z domu do pracy, dzień w dzień to samo, byle za tłumem w dobrze znanym, bezpiecznym kierunku. Mało kto jest na tyle ciekawy świata, żeby wyjść z szeregu i zobaczyć co tam wisi na płocie. Mało komu się chce.

I tak właśnie powstała ta bajka.

Może być na dobranoc albo na dzień dobry, do porannej kawy albo do poduszki, do przeczytania w tramwaju albo pod wodą. Przeczytaj, pomyśl, podziel się z koleżanką/proboszczem/nauczycielem/chomikiem/paprotką, a później idź i zobacz, co wisi za twoim płotem.

***

Balbina urodziła się jako pierwsze dziecko w zagrodzie Malinowskich. Od małego była ciekawa świata. Kiedyś podsłuchała jak Bogdan opowiadał małemu Kubusiowi o Elm Farm Ollie, pierwszej krowie która leciała samolotem. To było gdzieś za wielką wodą, 18ego lutego 1930 roku. Balbina chciała, żeby historia się powtórzyła, tylko tym razem to ona chciała być na pokładzie samolotu. Poleciałaby pewnie do Indii, żeby zostać świętą. Albo może do tej magicznej krainy w szwajcarskich Alpach. Wypiłaby lampkę wina z Milką i pogadała z nią o modzie. Tak, Balbina kochała modę. Nudziły ją te same stare, noszone od urodzenia łaty. Chętnie przygarnęłaby takie fioletowe jak ma Milka. I ten dzwoneczek. Marzył jej się taki metalowy, zawiązywany pod szyją.

Balbina nie chciała być jak jej cycate koleżanki, które całymi dniami stały na łące, żuły trawę wykrzywiając przy tym gębę, patrzyły na świat tym obłąkanym wzrokiem i godziły się na minimum. Nie chciała być rozpłodową jałówką ani mlekodajną krasulą. Chciała być krową o której będzie mówił cały kraj, a nawet świat.Miała marzenia. Wielkie marzenia.

Chciała jeździć po świecie, ale przede wszystkim chciała zostać modelką. Chciała pozować do zdjęć. Godzinami przeglądała się w kałuży, robiąc miny do swojego własnego odbicia. Inne krowy śmiały się, żując soczystą trawę. Muczały coś tam pod nosem, że głupia, zbyt wiele chce i że wszystkie rozumy pozjadała.

Krowa Balbina nie bała sie niczego. Miała w zwyczaju mówić ‚I tak wszystkie skończymy na talerzu. Jedna jako krwisty stek, druga w gulaszu, a trzecia jako burger w puszystej bułce pełnej konserwantów. Nieważne czy jesteś czarna krowa w kropki bordo, czy krowa rasy simentalskiej. Nieważne czy urodziłaś się na Azorach, czy w Holandii. I tak wszystkie skończymy tak samo.’ Dlatego tak bardzo kochała życie. Kiedy pojawiała się okazja, nie zastanawiała się dwa razy.

Kiedyś Bogdan zostawił pod płotem otwartą butelkę taniego wina. Podeszła i niby przypadkiem walnęła z kopyta. Wypiła wszystko. Do ostatniej kropli. Szaleństwo panny mućki – słyszała później na podwórzu. Sąsiedzi nie przestawali gadać. Jedni wytykali kopytami, inni śmiali się za plecami. Wściekła krowa! Wściekła krowa! – darł dzioba wróbel wykrzywiony w skutek komplikacji po ptasiej grypie, która zaatakowała go zeszłej zimy. Pijaczka! – wyzywała Aldona, stare krówsko  zza miedzy. Balbina miała to gdzieś. Skakała po podwórku jak szalona. Wywijała piruety, mucząc ‘niech żyje wolność, wolność i swoboda!’ Wierzyła, że w takim stanie może skoczyć nawet przez księżyc. Nie chciała dać się Bogdanowi złapać. Dopiero zmęczona własnym szaleństwem, uwaliła się pod starym kasztanem i zasnęła. Obudził ją kopniak w zad. Z Józkiem, bratem Bogdana nie było żartów. Wstała, otrząchnęła muchy z grzbietu, machnęła ogonem i poszła na pole do swoich. Od razu została otoczona wianuszkiem koleżanek, które chciały wiedzieć jakie to uczucie. One nigdy by się nie odważyły. Krowom nie wypada.

Kiedyś mały Kubuś zostawił otwartą metalową bramę. Mało która krowa zauważyła. Większość była pochłonięta przerabianiem trawy na śmierdzące placki. Jedna spojrzała leniwie na bramę i wróciła do swojego zajęcia. Tylko Balbina ruszyła z miejsca. Nikt nawet nie zauważył jak powoli oddalała się od swoich. Podeszła do słupa przy drodze. Spojrzała w prawo. Spojrzała w lewo. Obejrzała się za siebie tak, jakby chciała zapamiętać ten rodzinny obrazek, na wypadek gdyby miała już nigdy nie wrócić i wyszła poza ogrodzenie. Szła przed siebie asfaltową drogą. Podziwiała widoki. Myślała o tym przystojnym buhaju, przed którym ostatnio ledwo uciekła. Po paru metrach skręciła w pole i pomyślała, że tak wygląda raj. Zielony młody jęczmień, a obok buraki, marchew, kapusta i coś, czego nie umiała nawet nazwać. Żarła wszystko. Mieliła jęzorem, machała ogonem, w dupie miała Bogdana biegnącego w jej kierunku z widłami.

Wieczorem opowiadała, że są miejsca, gdzie trawa jest zieleńsza niż w ich zagrodzie i nie samą paszą i kiszonką krowa żyje. Niektóre krowy słuchały z rozdziawioną gębą, inne pukały się w głowy i komentowały, że nakarmiona, napojona, a ciągle łazi i szczęścia szuka jak pomylona.

Kiedyś wpadła do szamba. Wyciągnął ją Bogdan przy użyciu holownika. Ile się strachu wtedy najadła, to nigdy nie zapomni. Nie chciała umierać w ludzkim gównie. Innym razem utknęła a to w głębokim rowie, a to w kracie słupa wysokiego napięcia, a to w krzakach ciernistych. Swoje przeżyła i to do niej cielaki biegały z wszelakimi pytaniami. Ona znała dowódców wojny o krowę z 1469 roku. Ona wiedziała, że gdzieś tam w świecie żyje koń, który zamiast parskać, muczy i znała na pamięć legendę o Trychelu.

Taka była. Chciała poznawać nieznane, wierzyć w niemożliwe, zobaczyć świat i spełniać swoje marzenia.

Tego dnia Bogdan jak zawsze gonił bydło do zagrody. Dzień był ładny. Ostatnich parę dni padało. Trawa soczysta była, krowy szczęśliwe. Szły gęsiego. Jedna za drugą. Jedna spojrzała leniwie w lewo i wróciła do kontemplacji swoich kroków, druga nawet nie uniosła głowy, trzecia nasrała na samym środku, czwarta wdepnęła w jeszcze ciepły, parujący placek. Balbina najpierw zatrzymała się i popatrzyła na człowieka wiszącego na płocie. Miał w ręku małe, dziwne pudełeczko, a w nim kilka błyskawic, którymi rzucał przed siebie. Podeszła bliżej. Jako jedyna. Reszta miała wszystko w dupie. Piękna mućka i do tego jaka odważna – powiedział człowiek wiszący na płocie. – Jesteś piękną modelką – dodał.

Modelka?! Czy człowiek wiszący na płocie nazwał mnie modelką? Ja zawsze chciałam być modelką! Czy człowiek wiszący na płocie właśnie zrobił mi zdjęcie? Jestem modelką! Jestem modelką! Jestem modelką! – ekscytowała się Balbina.

Tego dnia wracała do zagrody jak na skrzydłach. Spełniła swoje marzenie.

krowa
Bo marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

Jaki z tego morał? Morał jest taki, że ni cholery nie umiem pisać bajek.

A tak na poważnie? Bądź odważny. Bądź ciekawy. Wyłam się z tłumu. Wyjdź do ludzi. Nie bój się zejść z obranej ścieżki. Nie patrz na innych. Rób to, co podpowiada ci serce. Przyjmuj kopa w dupę jako nowe doświadczenie. Wlicz chwilowy ból w cenę spełniania marzeń. I uśmiechaj się do ludzi. Dziś na płocie może wisieć zwykły bloger. Jutro sam Mario Testino.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close