balut filipiny

Pamiętam Gośkę, z którą dzieliłam pokój w Meksyku. Wkładając sobie białą larwę do ust, tę wyciągniętą z dna butelki mezcalu, powiedziała ‘trzeba próbować wszystkiego, może już nie będzie mi dane być w Meksyku’. Po tych słowach biała, tłuściutka larwa motyla Hipopta agavis zginęła w jej ustach. Wsłuchując się w dźwięk rozdrabnianego białeczka, stałam wpatrzona w nią z rozdziawioną japą. Mnie nie starczyło odwagi. Robak gusano co prawda się nie ruszał, więc za język by mnie nie pociągnął. Wszystkie moje małe i duże sekrety były bezpieczne. Bezpieczne też były migdałki i cały system pokarmowy, bo białko to w końcu tylko białko, krzywdy ci nie zrobi. Mimo wszystko obrzydzenie wzięło górę. Robali jeść nie będę – tak sobie wtedy myślałam. Teraz żałuję. Trzeba było chwycić larwę za koniec odwłoka, przełknąć ślinę, zamknąć oczy jeśli to konieczne, przegryźć, połknąć i kontrolować ewentualny odruch wymiotny. W Polsce takich rarytasów nie mamy. Mama na niedzielny obiadek larwy z kartoflami i surówką z kwaszonej kapusty nie poda, a sama po wsi z dżdżownicą między zębami latać też nie będę.

Pomyślałam o Gośce przechodząc obok wysuszonego słońcem Filipińczyka. Wygląda jak dziwnego kształtu i rozmiaru sułtańska rodzynka. Siedzi na jednej z wielu filipińskich plaż, na Alona Beach. Obok pudełko z rączką, takie samo jak u nas nad Bałtykiem z lodami bambino. Na pudełku niezgrabne cztery litery: BALOT. Obok pudełka plastikowa butla ze spiczastym dziubkiem. Taka w jakiej w naszych budach z żarciem serwują keczup i musztardę. Obok butli mały pojemniczek z solą.

Balut to gotowane jajko kacze z w pełni uformowanym zarodkiem ptaka. Takie dwa w jednym: mieszanka białka i miąska. Filipińskie danie narodowe, które podobno przybyło na wyspy z Chin. Kiedyś zrobiłam sobie listę rzeczy, których nigdy nie wezmę do buzi. Na pierwszym miejscu był właśnie balut, zaraz po nim zgniłe mięso rekina (islandzki przysmak-hakarl), na ostatnim polskie flaczki (przysmak weselnych biesiadników). Bleeeee. Jeszcze raz przekonałam się, że ‘nigdy’ to z gruntu puste słowo.

Jest prawie wieczór. Stoję na tej filipińskiej plaży i patrzę na tego pomarszczonego Filipińczyka. On patrzy na mnie. Nie zachęca, nie nawołuje. Podchodzę bliżej i słyszę Gośkę odzywającą się w mojej głowie ‘może już nie będzie ci dane być na Filipinach?’ Mamusia meksykańskiej larwy na stół nie poda. Nie przygotuje też baluta.

Ile? – pytam bez zbędnych ceregieli. Kiedyś takie pytanie wydawało mi się prostackie i świadczące o wrodzonej skąpości. Z czasem nauczyłam się, że jeśli nie pytasz o cenę i jej nie negocjujesz, ryzykujesz wejściem na minę i powrotem do kraju w samych gaciach.

– Twenty – odpowiada Filipińczyk. – Delicious – dodaje na zachętę.

Czy ‘delicious’ to ja nie wiem, ale czuję, że jestem skłonna się przekonać. Jest szarawo. Słońce już dawno chwyciło swój płaszcz z chmury krzycząc ‘fajrant’ i schowało się za palmą, żeby tylko nikt nie kazał mu trzaskać nadgodziny. Filipińskie słońce to nie Polak na londyńskim zmywaku. Po godzinach nie zostaje. Spoglądam na horyzont. Tak, to jest idealny moment. Czego oczy nie widzą, to łatwiej do buzi wziąć, jak mówi stare przysłowie. Robię szybki rachunek, przeliczam: 20 filipińskich peso to jakieś dwie złotówki. Mogę zaszaleć, ale proszę tylko o jedno.

Filipińczyk uśmiecha się. Ma idealnie równe zęby, oprócz tych czterech przednich, których nie ma. Pokazuje palcem, że mogę sobie wybrać. Zaglądam do pojemnika z balutami jak dziecko do pudła z zabawkami kuzyna, jak poszukiwacz skarbów do skrzyni wykopanej gdzieś na rozdrożu. Wszystkie jaja wyglądają tak samo. Ułożone na papierowej tacy równiutko jedno obok drugiego przypominają idealnie wymierzone pagórki. Jajowe Wzgórza. Wkładam rękę do pojemnika. Pierwsza myśl jaka mnie uderza – ciepło. Takie ciepło jak w wylęgarni małych kurczaczków. Jakby w tym pudełku siedziała niewidzialna kwoka i grzała swoje potomstwo.

Biorę jedno jajo. Druga myśl uderza mnie szybciej od pierwszej – ciężkie. Znacznie cięższe niż kurze jajo ugotowane na twardo. To musi być solidny zarodek – trzecia myśl wali mnie w łeb.

Raz kozie śmierć, choć w tym przypadku powinnam powiedzieć ‘kaczce czy tam kurczakowi’ – pukam jajem o kawałek kamienia na plaży. Nawet nie drgnie. Pukam jeszcze raz. Nic. Filipińczyk bez zębów na przedzie pokazuje, żebym wbiła jajo na spiczasty koniec butelki. Tak robię. Psia dupa – myślę. Tzn. kaczy albo kurczaczy kuper. Nie wiem z czego ta skorupa jest. Z azbestu? Od razu widać, że to mój pierwszy raz z balutem. Filipińczyk śmieje się. Zabiera mi mojego baluta i wbija na butelkę. Słychać delikatny trzask. Skorupa pęka, a moje serce zaczyna bić szybciej. Tak, jakbym za chwilę miała zobaczyć małego smoka albo dinozaura.

Zanim pozbędę się całej skorupki potrząsam balutem w powietrzu. Tak jak się sprawdza, czy jajo to zbuk. Nic nie chlupie. Prawie nic.

Filipińczyk pokazuje na migi, żebym przechyliła baluta i wypiła zawartość. Tak robię. Niewiele tego. Nawet słodkie. Nie mdli mnie, nie robi się niedobrze. Taki nasz polski rosołek tylko w naparstkowej ilości.

Czas na głównego gościa programu. Prawdziwego baluta.

– Vinegar – podpowiada Filipińczyk, kiedy już pozbyłam się połowy skorupki.

Nie mówię nic. Obawa przed tym co zobaczę, sznuruje mi cały przewód pokarmowy, od jelita po czubek języka. Polewam octem, posypuję solą i przez chwilę mam ochotę podstawić tego baluta pod nos sprzedawcy. Niech sobie sam go zje. ‘Może już nie będzie ci dane być na Filipinach’ – znowu słyszę głos Gośki i robię pierwszego gryza. Delikatnie jak francuski piesek. Jajo. Zwykłe jajo ugotowane na twardo. Lubię jaja pod każdą postacią.

Pozbywam się reszty skorupki. Jest. Widzę go. Coś tam jest. Szarego, twardego. Chyba ma dziobek. Jeśli jeszcze dłużej będę się przyglądać, to nigdy go nie spróbuję.

Wkładam energicznie do buzi. Chłop obok krzywi się na mój widok. Pewnie zero całowania przez kilka dni. Dopóki nie zapomni, co jadłam. Gryzę. Twarde. Coś strzela między zębami. Jak kosteczki.

– Delicious – uśmiecha się Filipińczyk. Nie wiem, czy delicious balut, czy delicious ja, czy delicious fakt, że jakaś Europejka właśnie straciła swoje balutowe dziewictwo. Dupy nie urywa – myślę sobie.- ale całkiem dobre źródło białka, 14g dokładnie. I jeszcze 100mg wapnia. W sumie 188 kalorii. No cóż, zrobiło się researching przed wylotem.

Filipińczyk polewa mi dłonie wodą z butelki. Full service. Wycieram mokre ręce w krótkie spodenki, których kolor zdążył już wyblaknąć. Żegnam się z Filipińczykiem. Idę w stronę zachodzącego słońca. Gryzę, mielę jęzorem, drobię. Między zębami nadal coś trzaska. Chrzęści jak tłuczone szkło. Na szczęście smakuje lepiej. Jak pasta z ugotowanym na twardo żółtkiem jaja, ptasim dzióbkiem i kilkoma nóżkami. Nie wierzę, że to zjadłam. Gośka byłaby ze mnie dumna.

Jeszcze tego samego wieczora wysyłam wiadomość do Piotrka:

– Zjadłam baluta!

– O Boże! Ten zarodek miał plany na przyszłość. Chciał iść na uniwersytet, studiować finanse i być jak kaczor Donald, kiedy urośnie. Chciał pływać po słonych wodach i być pierwszą kaczką, która przepłynie Ocean Spokojny bez użycia skrzydeł. Chciał mieć swojego fanpage’a na facebooku. Chciał zrobić kurs nurkowania w szkole dla grążyc i wrzucać na insta zdjęcia wystającego z wody kupra. Chciał założyć światową instytucję na rzecz protestu przeciwko polowaniom na kaczki. Chciał wyjechać do Polski i prężnie działać na Podlasiu. Chciał zakochać się w kaczce dziwaczce i spłodzić małą kaczuszkę Daisy. Chciał wrócić z rodziną na Filipiny i wszcząć rewolucję przeciwko sprzedaży balutów. Chciał by świat powiedział głośne ‘nie’ kaczej aborcji. Dobra, rozkręcam się za bardzo, wkraczamy na tematy mocno polityczne. Zbyt polityczne, by kontynuować. Dbaj o siebie, ty morderczynio kaczych zarodków!

Odpisuję: To był pierwszy krok. Następny etap to zjedzenie baluta w świetle dziennym. Niewiadomo czy będzie mi jeszcze dane być na Filipinach albo nawet w całej Azji.

3 Comments

  1. […] 20 peso – to tyle, co mój balut, myślę […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close