Zaczynam biegać

Jest trzeci stycznia. W porannej gazecie nagłówek: ‘Teraz lepiej nie zapragnij chudnąć! Siłownie odmawiają przyjęć!’.
Na wszystkich siłowniach brakuje miejsc – czytam dalej – klienci stoją na korytarzach i dostawkach. Właściciele siłowni i kierownicy alarmują, że nie mają już gdzie przyjmować nowych. Sytuacja jest dramatyczna – mówią pracownicy siłowni.

Klub fitness przy SGGW wstrzymał przyjmowanie nowych członków do odwołania, mordownia na Bemowie prosi o kierowanie ich do innych jednostek. Problem w tym, że w innych jest podobnie.

Trzy dni i trzy razy więcej osób pragnących wykupić karnet na siłownię. Niektórzy dostrzegają możliwość szybkiego zysku. Kupili swój karnet jeszcze w listopadzie. Po dwóch miesiącach sprzedają go za kwotę trzykrotnie większą.

Dobra, spokojnie, bez gwałtownych ruchów. Możesz iść i zapisać się na siłkę. Fragment nie pochodzi z żadnej porannej gazety i jest tylko wymysłem mojej chorej wyobraźni. Przypomniałam sobie, co się dzieje w polskich szpitalach, kiedy atakuje grypa albo jakiś inny wirus i pomyślałam, że to dokładnie to samo, co w styczniu na siłowniach i innych klubach fitnessowych. Nagle wszyscy zaczynają biegać, pragną łamać życiowe rekordy, topić tłuszcz, ujędrniać pupcię i być lepszą wersją siebie.

Wszyscy tylko nie ja. Ja się leniłam. Dokładnie tego potrzebowałam. Ciepłych bamboszy, jeszcze cieplejszych majtek i dobrego filmu. O filmie będzie przy innej okazji.

Nie robiłam żadnych postanowień na ten Nowy Rok i już dziś, trzeciego dnia poczułam, że czegoś mi brakuje. Brakuje mi jakiegoś sensownego gola na kolejne dni, tygodnie i miesiące. Spojrzałam na stojącą pod oknem bieżnię do biegania i już go miałam! Zacznę biegać! Znowu!

Ja wiem, że bieganie na bieżni to nie to samo, co w polu. Ja naprawdę to wiem i zgadzam się, że na polu, tak, jak w życiu, nie ma, że ciągle po płaskim, bo są górki, podbiegi i inne niedogodności. Bo jest wiatr, co albo w plecy albo w oczy, częściej w to drugie naparza, bo mucha albo blondyna biegnąca obok wpadną ci w oko. Ja to wszystko wiem. Ja czytałam, że nie ma słabej pogody, czy słabego dnia, że są tylko słabe charaktery. Mój nie jest taki słaby. Jest za to zajebiście wygodny i trochę leniwy. Postanowiłam więc przeczekać zimę na bieżni i dopiero wiosną dać nogę w teren.

Tak! To jest dobry plan.

Ja i bieganie to trudna miłość jest. Takie trochę nieudane małżeństwo, w którym wiesz, że coś nie gra, ale nie odejdziesz, bo ciągle wierzysz, że będzie dobrze albo po prostu głupia jesteś. Gdyby odpowiednio ugryźć temat, mógłby z tego wyjść całkiem niezły materiał na Rozmowy w Toku albo Trudne Sprawy.

Noszę w sobie wirusa biegania od 15 lat. Pewnie tak bym zaczęła, bo to od razu podrywa uszy widowni. Opowiedziałabym o swoich pierwszych kilometrach w zwykłych pepegach (ktoś jeszcze takie ma?), okrążeniach dookoła Pałacu Kultury (czy ja nie mogłam pójść do parku? Chyba warszawskie parki kojarzył mi się wtedy z miejscami niby przypadkowych potknięć i nadziewania się na penisa grasujących gwałcicieli). Dorzuciłabym historyjkę przygotowania do swojego pierwszego biegu na dyszkę, w którym nigdy nie wzięłam udziału, bo rozchorowałam się kilka dni przed i nie byłam w stanie oddychać, nie mówiąc o poruszaniu kończynami. Może skłamałabym, że ważyłam ponad sto kilo, cierpiałam na jakąś chorobę o charakterze nowotworowym i bieganie dodawało mi siły. Ludzie kochają takie klimaty. A może powiedziałabym prawdę, że przestawałam, bo mnie to nudziło.

Ja tych powrotów mam za sobą tysiące i nie zaczynam z poziomu zerowego. Cztery miesiące temu zrobiłam dyszkę w czasie poniżej godziny. Nie mam nadwagi. Jestem całkiem sprawna fizycznie i poza kilkoma usterkami w głowie, jest ze mną wszystko okay.

Żeby nie było, że na gadaniu się skończy, wskoczyłam w adidaski, a później na bieżnię. Ostatni raz biegałam chyba przed wyprawą na turecki Ararat i irański Demawend. Trzepałam kółka dookoła osiedla w ramach przygotowań.

Pierwszy kilometr
To nie moje nogi mnie niosą. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy inni też, ale wchodzę na bieżnię i mam wrażenie, że nogi są z betonu, ja jestem z drewna, głowa z gąbki i tylko ręce takie moje. To tak, jakby człowiek przechodził w inny tryb działania. Myślę sobie, kurwa, będzie ciężko.

Kolejne 2, 3 kilometry
Biegnę sobie 9, w porywach 10km/godzinę. To taka moja bezpieczna prędkość. Taka, przy której nie mam ochoty puścić pawia, wszystko do siebie pasuje, organy wewnętrzne pozostają na miejscu i serce całkiem szczęśliwe jest. Myślę ‘takim tempem to nawet mogę maraton przebiec’. I zaraz sobie wyliczam, że jeśli taka prędkość to pikuś, to królewski dystans mogę trzasnąć już teraz, bez zbędnych przygotowań w jakieś 4 godziny, a jak potrenuję trochę to całkiem niezły czas mogę mieć, może złamię trójkę?

5 kilometr
Już mi się nie chce. To nie tak, że brakuje siły. Nie, w nogach siłę mam. W głowie troszkę brakuje. Tłumaczę sobie, że to nie moje nogi biegną, tylko moja głowa, a moja głowa mi mówi, żeby się nie męczyć, żeby sobie zrobić herbatę, uwalić się pod kocykiem i obejrzeć ulubiony serial. Podkręcam muzyczkę, żeby zagłuszyć myśli.

6 kilometr
Zaraz puszczę bąka albo pawia. Czuję jak przelewa się wczorajsze śniadanie. Jestem spocona jak świnia. Może jednak przeceniłam swoje możliwości? Może biegnę za szybko? Zwalniam trochę. Włączam tryb wyobraźni. Muszę przestać myśleć o tym, że biegnę, bo jak dojdzie do mnie, że biegnę, to będę chciała przestać. Moja głowa wie, że bieganie jest męczące i będzie chciała mnie chronić. Dam radę.

7 kilometr
Chuja przebiegłabym, a nie maraton. Dychę bym zrobiła. Pewnie nawet poniżej godziny. Jakbym się trochę wysiliła, to do 15km też bym dociągnęła, pod warunkiem, że na mecie czy przy bieżni czekałby wózek inwalidzki specjalnie dla mnie. Gdyby coś mnie goniło, może dałabym radę uciekać przez 17km. Tylko co mi po tych 17km, jeśli zaraz po tym zapadłabym w śpiączkę i umarła?

Bieżnia pika. Zaplanowany dystans zrobiony. Nie jest ze mną tak źle, ale nie jest też tak dobrze, jak myślałam, że może być. Na wszelki wypadek postawię karawanę z woźnicą tuż przy bieżni na czas pierwszych treningów.

1 Comment

  1. […] to mój upośledzony kochanek. Ja go rzucam, a on do mnie ciągle wraca. Zostawiłby mnie w spokoju raz na zawsze i pozwolił zająć się uprawą kalarepy. Nie pytajcie go […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close