jak biegac szybko

8ego marca, w międzynarodowy Dzień Kobiet (wszystkiego najlepszego Babeczki), postanowiłam zrobić sobie prezent i puścić się… w teren. Do kalendarzowej wiosny co prawda jeszcze trochę czasu zostało, a to właśnie wtedy zaplanowałam przejście na kolejny poziom biegania, czyli przeskok z poziomu miękkiej pały, której albo za sucho, albo za mokro, albo za zimno, albo za ciepło, albo za duszno, albo za parno, albo za sucho, albo za wilgotno na poziom biegacza, któremu nie straszne żadne warunki pogodowe.

Wstaję wcześnie rano, bo o 9.30. To jest ten dzień. Czuję, że mogę, że chcę, że powinnam. Dla samej siebie. Wciągam na tyłek nowe legginsy kupione w TK maksie, skarpety z bambusa, budżetową niby termiczną koszulkę z Lidla za 12.90 zeta i czarne under armour ze sznurówkami w kolorze oczojebnego różu. Jeśli się potknę i stracę przytomność, to nawet po ciemaku odetnę się od leśnego tła. Taki wściekły kolor to gwarancja widoczności.

Nie ma żadnego banana, nic lekkiego co bym mogła chwycić na ząb. Na pusty żołądek biegać nie pójdę, bo padnę jeszcze na klatce schodowej. Gotuję jajo na twardo, mieszam z wędzoną makrelą i łyżką majonezu. Dwie kromki razowego chleba pokrywam grubą warstwą pasty i myślę sobie, że jeśli mój żołądek się zbuntuje, to będzie wesoło.

Rozgrzewkę robię w mieszkaniu, żeby wystartować od razu. Nie mam zimowego stroju do biegania. Zakładam, że biegnąc będzie i tak ciepło, ale cholera wie. Kręcę kółka nogami, rękoma, trzaskam pajacyki, skaczę na jednej nodze, powoli przyspieszam, czuję jak serce zaczyna mocniej walić. Jeszcze chwila i jestem gotowa. Chwytam wełnianą czapkę na głowę, podciągam skarpety do pół łydki i wychodzę. Wyglądam jak na włam. Czarny obcisły top, czarne skarpety, czarne buty, czarna czapka, czarna dusza. Ratują mnie szare gacie. Jest szansa, że policja mnie nie zatrzyma.

Biegnę. Czuję się wolna. Jestem wolna! Naprawdę wolna! Jak ślimak.

Mijam spacerowiczów. Jakiś tatusiek z wózkiem, dziadek też z wózkiem i kilka pań z kijkami patrzą na mnie ze współczuciem. Gębę pewnie mam czerwoną jak pijaczyna na ławeczce w parku. Z naprzeciwka biegnie jakieś ciacho. Od razu widać, że zaprawiony w bojach. Mięsień czworogłowy uda spełnia warunki określone dla państwowych wzorców jednostek miar. Staram się nie myśleć co kryje bardziej szczegółowa anatomia tego pana, bo zrobi się gorąco i nagły wzrost temperatury ciała zaburzy moją linię biegową.

Przebiega obok mnie. Od góry do dołu ubrany w profesjonalne ciuchy dla biegaczy. Ja przy nim to sierotka Marysia. Kątem oka dostrzegam znaczki markowych szmatek, które do tej pory podziwiałam na stronach sportowych magazynów. Nie wygląda na zmęczonego. Doskonała długość kroku, wspaniała kadencja, płynny ruch i to spojrzenie w moją stronę, pełne współczucia i litości: Idź ty mała na drzewo banany prostować. Figo fago zafajdany. Ja ci pokażę! Przyspieszam i…

Gdzieś na czwartym kilometrze łapie mnie kolka. Ta mała suka łapie mnie i nie chce puścić. Prawy bok. Zginam się w pół, uciskam miejsce, zwalniam trochę, ale nie przestaję biec. Zaciskam zęby. Nie zatrzymam się. Nie ma mowy. Oddycham głębiej. Z każdym wdechem chcę dostarczyć jak najwięcej tlenu. Tlen jest dobry. Bez tlenu nie ma życia. Bez tlenu mięśnie wariują, odmawiają posłuszeństwa. Wdech, wydech. Głęboki wdech, długi wydech. Jeszcze głębszy wdech, jeszcze spokojniejszy wydech. Wyobrażam sobie, że ta kolka, to mały guzik ukryty gdzieś tam pod żebrami. Mały, kruchy guzik, który odpowiednio mocno naciśnięty rozleci się na miliony kawałków, zginie, przepadnie. Naciskam mocno, ale ból nie puszcza. Biegnę z prawą ręką na prawym boku, jakbym szykowała się do oberka z leśnymi zwierzątkami.

Zastanawiam się gdzie popełniłam błąd. Nie biegłam za szybko, zrobiłam rozgrzewkę, mam dosyć mocne mięśnie brzucha i zaczęłam biec odpowiednio długo po posiłku…. No to już chyba mam odpowiedź. W dupę kopana makrela. To na pewno ona ciągnie mięśnie gładkie jelit. To ona mnie kłuje! Nie dam się jej. Nie wygra ze mną. Biegnę dalej. Oswajam się z bólem.

Po kolejnym kilometrze ból idzie w górę. Zatrzymuje się w okolicach klatki piersiowej. Myślę sobie, że w takim tempie, niedługo poczuję go w głowie i albo rozwali mi łeb, albo wypchnę go siłą uszami i pozbędę się śmiecia. Czuję ucisk w tchawicy. Ból, ten mały gnojek, porusza się zdecydowanie szybciej niż ja, ale do głowy nie dochodzi. Boi się wejść w tą czarną otchłań, pełną niebezpiecznych zakamarków. Puszcza gdzieś po szóstym kilometrze i jest lepiej. Jest dobrze.

Nogi mnie niosą, a ja biegnę. Wiem, że nie jest to moje 100%. Mogłabym lepiej, szybciej, ale na poprawę będzie jeszcze czas. Chociaż… Gdyby to ciacho biegło przede mną? Goniłabym, oj goniła. Płuca wypluła, serce na drugą stronę wywaliła, nawet umarła i po trzech dniach zmartwychwstała. Ale nie biegło żadne ciacho z przodu, ani żaden zboczeniec z tyłu.

Ostateczny wynik: 10 km w 55 minut. Nie jest źle. Będzie jeszcze lepiej. Nie jestem miękka pała. No może co najwyżej pałeczka. A za kilka miesięcy będę tak szybka jak ten kociak z obrazka. Cmok!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close