nienawidze biegac

Miałam nadzieję, że ktoś zadzwoni i zaprosi mnie na lody albo na wspólne gotowanie klusków ziemniaczanych, ewentualnie rząd ogłosi jakiś czerwony alarm zagrożenia chorobą wściekłych jabłek antonówek i gruszek faworytek i wprowadzi zakaz wychodzenia z domu. Liczyłam na grom z jasnego nieba, spadający niebieski migdał albo gęsią skórkę, dzięki której będę mogła się jakoś z tego wywinąć.

– Jak już masz na sobie sportowe gacie, to połowa sukcesu. – Padły słowa zachęty i pochwały. Prawie zamachałam ogonem, choć minę musiałam mieć niewyraźną. – Biegnij Agnes. Biegnij. – Powiedział kumpel, który wpadł po żetony do pokera, a ja ruszyłam skrótem w kierunku swojej drogi krzyżowej biegowej.

Był idealny dzień, żeby ściągnąć dupę z kanapy, wziąć nogi za pas i rozpocząć trening. Słońce już zaszło, wiał lekki przyjemny wiatr. Odwlekałam ten dzień, odciągałam go od swojego kalendarza, aż wreszcie nie było wyjścia. Albo zamienię się w kluskę z problemami z oddychaniem, której będzie trzeba zainstalować rurę z tlenem bezpośrednio w płucach, a góry będę oglądać już tylko z pozycji kanapy na ekranie laptopa, albo ruszę się wreszcie i zmuszę swoje serce do pracy. Wybrałam bramkę numer dwa, a za nią był ból, przejmujący ból, dużo bólu, rozrywającego dupę, płuca i głowę. Boże, jak to bolało!

Przypominam, że ja kiedyś lubiłam biegać i nawet jakoś mi to szło. Dyszkę potrafiłam przebiec w dobrym czasie, bez sinej twarzy i potrzeby reanimacji na linii mety. Sprawiało mi to też jako taką radość. Nie była to radość jak po znalezieniu tamponu w torbie, w kryzysowej sytuacji albo po tym jak widzisz 10 złotych na ulicy, przychylasz się, a tam stówa, ale była to jakaś satysfakcja z dobrze wykonanej roboty. Później jednak zaczęłam leczyć się na głowę i to chyba po tych prochach, które przepisał mi mój psychiatra, poustawiało mi się w łepetynie. Znienawidziłam to.

Wczoraj to była jakaś porażka. Problemy zaczęły się już na starcie, bo słuchawki zaczęły wypadać mi z ucha, muzyka się zacinała, a ja bez porządnego pierdolnięcia nie pobiegnę, nie ma bata. Słuchać ptaków i szumu drzew to mogę, ale na spacerze, a nie w trakcie walki o własne życie. Kilka razy wpychałam małe, gumowe gówno w ucho, raz się zatrzymałam, bo przestało grać w ogóle, aż wreszcie chyba na czwartym kilometrze zaczęłam drzeć się jak opętana. Wyszedł ze mnie szympans. Zalała mnie krew. Emocje wzięły górę i porwałam słuchawki na strzępy. Jeśli ktoś to widział, to scena niczym z zakładu zamkniętego. Będę jutro szukać się na youtubie, bo śmiem przypuszczać, że materiał nietuzinkowy mógł tam wylądować.

Później wylały się kolejne emocje, bo rozjechali na moich oczach małego, pełnego energii zajączka. To była chwila. Tak mówią świadkowie wszystkich wypadków. Wyskoczył z krzaków prosto pod koła rozpędzonego auta. Był, skakał i nagle przestał. A ja zaczęłam szlochać jak głupia. Bo taki mały był i takie miękkie miał futerko i w oczach błyszczały mu gwiazdy. Był… Patrzyłam na drogę pokrytą futerkową plamą. Płakałam. Zakrywałam twarz rękoma. Dopuściłam do głosu swoje wewnętrzne dziecko, które nie rozumiało, że takich zajączków jest tysiąc trzysta sto czterysta i dla którego widok zajęczej duszy, lecącej odrzutowcem do nieba, to było zbyt wiele. Łzy leciały mi po policzkach. Przez chwilę stałam jak wryta. Nie mogłam go tak zostawić. Widziałam jakim radosnym, skikającym stworzeniem był. Podeszłam nieśmiało i chwyciłam go za ucho. To samo ucho, które jeszcze kilka minut wcześniej stało na baczność pobudzone odgłosami przyrody. Ważył tyle co nic. Położyłam w trawie, z której wyskoczył, z dala od kół roznoszących jego futro na strzępy. Przykryłam zielonymi liśćmi. Wkurwiona byłam. Na kierowcę auta, na tego głupiego, nieuważnego zająca i na siebie, że tak, źle mi się biegło.

A później było już tylko pod górkę. Dosłownie i w przenośni. Nie pomogły nawet kolorowe gacie, w których zazwyczaj i trening udany i dupa szczęśliwa. Zatrzymałam się chyba trzy razy. Przeklinałam brak kondycji. Czułam, że mam w klatce piersiowej potłuczoną szklankę, w tej szklance serce, które obija się o jej ścianę. Bolało. Słyszałam jak coś dudni pod żebrami. Dudniło też w głowie. Puchłam. Plułam spienioną śliną, choć etap wściekłości miałam już za sobą. Umierałam jakieś pięć razy. Głównie na atak serca. Raz na niewydolność płuc. Czułam jak w naczyniach krwionośnych krzepła krew. Skóra zaczynała przybierać kolor fioletowosinoczerwony. Jestem pewna, że na końcowym etapie wyglądałam jak nieboszczyk uciekający z trupiarni. Żałosny to był widok. Błogosławieni, którzy mnie nie widzieli. Oni, bowiem, spać będą spokojnie. Było naprawdę źle. I to był ten moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że…

NIENAWIDZĘ BIEGAĆ, że to fajne nie jest, że to całe sapanie, stękanie i pocenie dupy, to jakieś nieporozumienie i wszyscy, którym to się podoba powinni zostać odesłani na stosowne badania, a ja powinnam sobie znaleźć jakiś inny trening cardio, który sprawi, że serce jak dzwon będę mieć. Jakieś pomysły?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close