burak, burak, burak

Na tym Zachodnim to ja całe wieki nie byłam. Jakoś nie było potrzeby, bo albo autem człowiek śmiga, albo pociągiem się rozbija. Tak chyba bardziej z sentymentu stwierdziłam, że autobus złapię i niespodziankę rodzinie zrobię, bo kto by się nie cieszył moją gębę niespodziewanie widząc?

– Najbliższy do Pipidówka, proszę – miałam wcześniej sprawdzić o której, jaki przewoźnik i w ogóle jakoś tę podróż zaplanować, ale nie znalazłam żadnego powodu, dla którego miałabym postępować zgodnie z jakimś planem. Wybrałam spontaniczne podejście do tematu i nadzieję, że dzień przyniesie coś dobrego, nawet jeśli to miałoby być tylko 20groszy znalezione na chodniku.

– Ósma trzydzieści – beznamiętnym głosem informuje mnie pani w okienku. Przez chwilę myślę, że cierpi na zatwardzenie. Ma cierpienie wypisane na twarzy. Te dwa słowa przepełnione są bólem. Czuję go. Przez chwilę chciałabym zamienić się w odkurzacz, przeciągnąć rurę przez szparę w oknie i wyssać ten jen ból, ulżyć w cierpieniu. Zamiast tego proszę o bilet. – Chyba że za trzy minuty z trójki, ale to u kierowcy trzeba pytać.

– Za trzy minuty? – upewniam się, czy na pewno dobrze usłyszałam i widząc potwierdzenie cierpiącej pani z okienka idę. Właściwie to biegnę. Popierdalam na peron. Niby nigdzie mi się nie śpieszy, ale w sumie co robić na zachodnim?

Autobus jest. Szczelnie zamknięty. Widzę kierowcę. Na podwyższeniu wygląda jak kosmonauta przygotowany do startu rakiety albo król na tronie tuż przed wydaniem decyzji o ścięciu kilku głów. Duma wypływa z tego obrazka. Powoli otwierają się drzwi.

– Dzień dobry. Do Pipidówka się z panem zabiorę? – pytam, bo nagle uświadamiam sobie, że nawet nie spojrzałam na tabliczkę informującą o kierunku jazdy busa.

– Trzeba przychodzić na czas.

– Słucham? – kiedy nie podoba mi się, co słyszę, zawsze proszę o powtórzenie. To tak jakbym dawała szansę rozmówcy usłyszeć siebie i poprawić ewentualny bzdet, który dopiero co wyszedł z jego ust. Pan kierowca nie daje się nabrać na moją sztuczkę.

– Trzeba przychodzić na czas. Już odjeżdżamy – słyszę głos pełen pretensji.

– Pani w okienku powiedziała, że dopiero za trzy minuty.

– Pani w okienku, pani w okienku – powtarza pan kierowca jakby pani z okienka była przyczyną jego wszelakich problemów.

– Jak to dla pana problem, to ja sobie poczekam na następny. Naprawdę nie ma sprawy, mogę poczekać 30 minut – lubię ludziom dawać do zrozumienia, że łachy bez, że poradzę sobie w inny sposób. Choć oczyma wyobraźni już widzę skargę napisaną na kolanie i wysłaną jeszcze przed południem pod stosowny adres.

Kierowca autobusu odmówił przyjęcia pomimo braku spóźnienia. Pasażer wylądował na oddziale intensywnej terapii, gdyż zrozumiał, że nie dojedzie na czas do swojego chomika, którego ostatnim życzeniem było nasikać w kieszeń właściciela. Właściciel chomika zwany później pasażerem złożył oficjalną skargę na działanie niezgodne z prawem pracy. Kierowcy grozi utrata prawa wykonywania zawodu.

Kierowca wstaje ostatecznie ze swojego tronu siedzenia i zabiera moją walizkę do luku bagażowego. Z tego wszystkiego zostawiam w niej laptopa. Dobrze, że jest ubezpieczony. Jak walizka będzie latać i laptop pogubi klawiszowe zęby, to przynajmniej  nie będzie mnie aż tak bolało.

– Trzeba przychodzić na czas – słyszę raz jeszcze i zaczynam tracić cierpliwość.

– Proszę pana, ja się nawet nie spóźniłam. Byłam przed odjazdem. – Zaczynam monolog, choć mam ochotę strzelić mu w zęby. Co za burak. – Gdybym się spóźniła, to by pana już tu nie było. To chyba logiczne. Na tym polega spóźnienie się na autobus .

– Bilecik jest? – sadza swoją leniwą dupę na miejscu kierowcy, nawet na mnie nie patrząc. Przez chwilę mam wrażenie, że słyszę kanara.

– Bileciku nie ma – odpowiadam i zbieram się w sobie na ironiczny uśmiech. Czuję, że temu gburowi to sprawia przyjemność. Siedzi na tym podwyższonym miejscu kierowcy i wydaje się, że jest lepszy, bo to on jest sprite, a ja pragnienie. Patrzę na niego i widzę buraka.

– No oczywiście, że nie ma. – Chyba sprawiłam mu odrobinę radości, bo dokładnie takiej odpowiedzi oczekiwał. Jakby odkrył karty przeciwnika i zobaczył własną wygraną. – 16 złotych się należy.

– Bardzo proszę – podaję banknot 20złotowy

– Wypadałoby mieć drobne. – Przez chwilę żałuję, że nie próbowałam zapłacić kartą. – A jak nie mam reszty?

– Przykro mi, ale nie mam drobnych.

– A ja mogę nie mieć reszty i co teraz?

– I chuj – myślę sobie, ale odpowiadam, że w takim razie może sobie zachować te 4 złote na szczęście, a ja po proszę swój bilet.

Zaczyna mnie wkurwiać. Był jak ból zęba mądrości, z którego na początku się śmiejesz, że w twoim wieku coś takiego wyrasta, później zaczyna cię irytować, a na koniec chcesz już szybko wyrwać i mieć święty spokój. Chyba ‘wyrywam’ pana kierowcę tą hojną ofiarą, bo spogląda  na mnie jak na pierdolniętą. Jakaś nawiedzona. Pewnie ma bombę w tej walizce. Ona mi właśnie cztery zeta reszty każe zatrzymać. – tak na mnie spogląda. Taki wystraszony ma wyraz twarzy.

Szuka reszty. Grzebie w monetach. Słyszę ich brzdęk.

– Ja mam. Tylko tak chciałem na później zachować. – spogląda na mnie pierwszy raz i chyba się nieśmiało uśmiecha.

– Później? Jakie później, jak to teraz panu ta reszta potrzebna? – ja nie rozumiem ludzi, ich motywów postępowania. Gubię się w krainie dorosłych. Jestem tylko małą dziewczynką, która jak mówi, że czegoś nie chce, to ona naprawdę tego nie chce. Jak ma lizaka i ma ochotę na lizaka, to go bierze do buzi i nie zostawia na później. W ogóle nie rozumie odkładania przyjemności na później. A przecież podanie mi biletu to sama przyjemność. Ja się uśmiecham, nie gryzę, ładnie pachnę (zazwyczaj), nie mam żadnych pasożytów, nie jestem garbata. Kto by tam nie chciał mi biletu sprzedać? Zwłaszcza, że to jego praca.

– Proszę. – Dostaję swój bilet i cztery złote reszty.

– Dziękuję panu bardzo. Bardzo się cieszę, że jest mi dane odbyć z panem tę podróż. I naprawdę doceniam to, jaki wysiłek Pan włożył w obsługę takiego wymagającego pasażera, jak ja. – Pan nie mówi nic, ale… uśmiecha się do mnie. Nieśmiało. Opada z niego maska gbura i tam pod warstwą nowej skóry jest kiełkujący uśmiech. Może mu jest głupio. Może nagle zrozumiał, że nie powinien mieć spieprzonego dnia tylko dlatego, że rano żona mu nie dała, a może po prostu przeszedł na jasną stronę mocy i uścisnął swojego wewnętrznego buraka.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close