burak na salonach

-Wiesz, ale to nie o taki wózeczek chodziło – Mariolka łapie za kawałek materiału, marszczy nosa, przygląda się z bliska, przygląda z daleka, patrzy wnikliwie spod okularów. – Myślisz, że możesz go zwrócić?

Tomek patrzy na Mariolkę, jakby dopiero co łopatą w łeb dostał. Kupił ten wózeczek, bo podobno mała Kasia o takim marzyła. Mała Kasia kończy dziś cztery latka. Piekny wózeczek z nosidełkiem i gondolą hello kitty. Tylko lalki brak. No ale lalę miała kupić Gośka. Tak się dogadali.

Mała Kasia stoi obok swojego tortu z czterema świeczkami pochłonięta wcinaniem gluta, którego właśnie wyciągnęła z noska i zaraz szybciutko wsadziła do buzi. Matka tłumaczy, na głowie staje, grozi obcięciem rączek, ale nic nie pomaga. Rhinotillexomania, obsesyjne dłubanie w nosie – brzmiała diagnoza wystawiona przez szkolnego pediatrę. Jak tak dalej pójdzie, to skończy się na przesuniętej przegrodzie nosowej. Nie wiadomo, czego ta mała tam szuka. Gwiezdnego pyłu? Zaginionej Arki? Pantofelka zgubionego przez Kopciuszka? Skarbu jakiegoś?

– Wiesz, bo ja myślałam o takim jak na tej reklamie. Taki trzykołowy, no i z taką rączką specjalnie regulowaną do wzrostu, bo wiesz, mała rośnie tak szybko. No i nie hello kitty. Ona już 4 lata kończy. Hello Kitty takie dziecinne jest. Za rok, dwa nie będzie chciała się tym bawić. Może jakiś czerwony? Bez żadnego wzorku? Bez niczego? Sama nie wiem…

Ja pierdolę – myślę sobie. Gdybym to ja miała kupić jej ten wózeczek, wybrałabym oczojebny kanarkowy w tęczowe waginy i uśmiechnięte kutasiki. Z takim wózeczkiem to nawet dorosła już Katarzyna mogłaby na zakupy do Arkadii śmigać.

– Wiesz, eeeeee, ten, bo chodzi o to, że… Ten, tego, no.. – miota się Tomek, ciągle otumaniony pytaniem, które padło na niego niczym kawał dachu z dwudziestego piętra. Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką sytuacją. Nie wie, co powiedzieć, jak zareagować. Jakiś żarcik wyszukany? Dyplomatyczna przemowa? Minuta ciszy? Wyrwać gluta z Kasi rąk i samemu zjeść, byle szybko zmienić temat rozmowy? Rozmazać go na sukience Mariolki?

Zaprosili go na urodziny małej, choć nawet dobrze się nie znają. Matka zawsze mu powtarzała, że jak proszą, to trza iść, bo drugi raz mogą nie poprosić. Nie za bardzo wiedział, co kupić, ale zaciągnął języka u dzieciatych znajomych i padło na wózeczek. Później Gośka, ciotka małej, a jego sąsiadka mówiła, że mała Kasia akurat marzyła o wózku dla lalek. No to jej kupił. Prawie dwie stówy kosztował. Ale co będzie małej żałował. W końcu to tylko dzieciak. Niech ma i się cieszy. Swoich jeszcze nie ma, to na kogo będzie wydawał?

– Ale ty zarobiony pewnie jesteś w tej kancelarii. To rachunek tylko daj, a my sami wymienimy – Mariolka nic nie robi sobie z zakłopotania gościa.

– Sławuś! Sławuś! Ty masz wolne w poniedziałek! Byś wymienił ten wózeczek dla Kasi. Inny model – odwraca się w stronę swojego chłopa i nadaje jak kataryna – ja ci pokażę później na rysunku – drze się, a jej głoś roznosi się po pokoju i ciągnie jak smród po gaciach niemowlaka. – I kolor może też inny, jak da radę.

Sławuś wpycha w usta mielonego i kiwa głową, że przyjął do wiadomości. Nawet dobre te kotlety. Z pietruszką i czosnkiem. Takie jak lubi najbardziej. Z pół kilograma mielonego, bez ryżu i innego syfu. Dla niego życie składało się z Mariolki i żarcia, które zrobi.

– Wszystko dla mojej królowej – odpowiada Sławuś z resztkami kotleta na dziąsłach i kawałkami pietruszki między zębami. – Wszystko dla ciebie Mariolko, bo z tobą się splotły marzenia jak warkocze srebrnych nocy pełnych gwiazd- cytuje słowa jakiejś zapomnianej piosenki.

-Och, Sławuś, jak ty coś powiesz to naprawdę! – zaśmiewa się Mariolka. Trudno, żeby Sławuś mówił coś na niby – myślę, obserwując całą sytuację, która w głowie mi się nie mieści.

– Tomuś, weź sobie jeszcze tej ryby w galarecie. Nie z marketu, z tego stawu co za lasem. Niby tam zakaz, łapią podobno, ale wiesz jaki Sławuś potrafi być – puszcza oko do Tomka. – A ten rachunek jak znajdziesz, to daj Sławusiowu. Szkoda, żeby się taki piękny wózeczek dla lalek zmarnował. Kasia będzie miała się czym bawić – dodaje pośpiesznie.

Tomuś ma spojrzenie tępe jak srebrna łyżeczka deserowa, którą ktoś za długo zostawił w budyniu waniliowym. Oby mu tak nie zostało. Sprawia wrażenie sympatycznego chłopaka. Nie mówi nic. Spogląda na Kasię wpatrzoną w wózeczek. Drugi babun ląduje w jej buzi. Ta to ma niezły przerób.

– Agniesia, kotleta zjedz. Taka chudzina jesteś, że wiatr cię porwie – Mariolka, choć moja rówieśnica, przy mnie wygląda jak moja matka. I do tego ten cyc którym można zabić. Wielkie dyndające cyce, to pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, kiedy tu weszłam. I dupsko jak piec kaflowy.

– Nie, dziękuję. Ja zrobię szybko te zdjęcia i uciekam. Mam jeszcze jedną imprezę urodzinową do obskoczenia. Poza tym ja mięsa nie jadam – kłamię.

– No tak, mogłam się domyśleć. Takie jak ty to powietrzem i miłością żyją. – Takie jak ja, czyli jakie? – myślę.

Czekam aż tort wiedzie na salony. Niech już zapalą te świeczki.

– Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! – jakieś trzydzieści osób wydziera się w niebogłosy. Mała Kasia zaczyna płakać. Dostała po łapach od matki i ostatni babun wylądował na dywanie imitującym sztuczną trawę. Odważni są trzymając takie coś w pokoju razem z kotem. Moja matka miała taki z frędzlami. Sierściuch któregoś dnia jak stanął na środku, tak nasrał bez żadnego ostrzeżenia. Od tamtej pory matka ma uraz do dywanów. Woli drewniane panele.

– …jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam! Niech żyje nam! – przekrzykuje się rodzinka.

– A kto? – Mariolka wtóruje.

– A kto? – powtarza Sławuś jak upośledzone dziecko.

– Kasia!!!!!! – wykrzykuje zwierzyniec ociekający sernikiem, sałatką śledziową i tłuszczem z mielonych.

O życie! I znowu ze świniami burak… przy korycie! Kasia nie przestaje wyć. Drze się jakby ją tam gorącą wodą polewali. Rodzinka się śmieje. Ja robię zdjęcia. Tomek stoi wpatrzony w małą Kasię.

– Zobacz jaki ładny wózeczek dostałaś – Mariolka próbuje skierować uwagę małej na inne tory. Ale nie dotykaj, bo trzeba wymienić – dodaje, dając małej delikatnie po obgilowanych łapkach.

Widzę Tomka po cichu wychodzącego z pokoju. Patrzę na wózeczek wstawiony w kąt. Gdyby kotek z czerwoną kokardą mógł zadrzeć ogon i nasrać im na sam środek pokoju, dostałby ode mnie voucher na tysiąc puszek kociego przysmaku z Lidla. Tak na zachętę.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close