busem przez wietnam

Marzę o ciszy. Takiej ciszy, która koi skołatane nerwy, czesze rozczochrane emocje i tuli do snu niczym matka swoje ukochane dziecko. Niech nikt się do mnie nie odzywa. Nich nikt nie pyta mnie o imię ani o kraj pochodzenia. Niech nikt nie próbuje mnie zagadywać. Najlepiej niech nikt na mnie nie patrzy.

Marzę o dziesięciu minutach niezmąconych warkotem autobusowego silnika, pogrzebowej orkiestry, motocykli, wietnamskiej poezji śpiewanej, tutejszego bełkotu, ujadania psów, odgłosów klimatyzacji, chrapania, smarkania, charchania i innych nieokreślonych dźwięków.

To wszystko rozjebało mi czaszkę. Zamieniło zawartość mojej głowy w anyżkowe cukierki. Czuję się, jakby ktoś mnie wyciął z papieru ściernego i powiesił na bambusowym drzewku w centrum Hanoi, w bardzo wietrzny dzień. Rezonuje mi każdy mięsień, każde wiązadło i generalnie to mam ochotę komuś przywalić. Komukolwiek. Byle prosto w ryja.

Zaczęło się od tego, że wczłapałam się na najwyższy szczyt Wietnamu. Tak, wczłapałam się. To dobre słowo. Ledwo unosiłam nogę. Ledwo stawiałam krok za krokiem. Metr po metrze. Aż do ostatniego 3143ego. I po takim wejściu marzyłam o odpoczynku. O regeneracji. O relaksie. Ale nie było mi dane. Kobzy, dudy, bębny jakieś. Dźwięki takie, że wychodzisz z siebie, stajesz obok i zbierasz kawałki czaszki, która rozpadła się niczym dojrzała główka maku.

– Zaraz tam wpadnę i ich uciszę – mówię przez zaciśnięte zęby, a jad wypływa mi uszami i sączy się po szyi, wsiąka w poduszkę, na której trzymam głowę.

– Niedługo przestaną – słyszę optymizm w głosie chłopa. – Przecież nie będą tak całą noc walić.

Spoglądam na zegarek. Grubo po 21ej.

– Ja naprawdę zaraz tam pójdę – zaczynam być dobrze podkurwiona.

– Tam chyba ktoś zmarł – tłumaczy mi chłop. – Widziałem jak nieśli trumnę. To muszą być jakieś uroczystości pogrzebowe.

– I co? Próbują go wskrzesić? – dopytuję podniesionym głosem. – Bo ja na miejscu tego zmarłego już dawno bym wstała z trumny i dała nogę.

Jestem w miasteczku Sa Pa, w północnym Wietnamie. Kobzy, dudy, bębny jakieś nie ustają. Wygrywają tę samą melodię. Mnie łeb pęka. Wskaźnik podkurwienia sięga czerwonej kreski. Zasypiam z grymasem bólu na twarzy tylko po to, by o 5.30 rano obudzić się razem z orkiestrą pogrzebową.

– Trzeba stąd wiać, bo nie wyrobię i będzie więcej trupów – mówię, a moje oczy robią się przerażająco złe. Powoli wpadam w studnię wściekłości. Jestem niewyspana, zmęczona i obolała. Mam 36 lat. W mojej głębokiej świadomości jestem już starą babą i potrzebuję więcej czasu na regenerację. Szybciej się męczę, więcej śpię, częściej mnie boli to i tamto. Pragnę spokoju i ciszy. Resztkami zdrowego rozsądku kontroluję chęci mordu i biorę się za pakowanie plecaka. I tak trzeba dziś wymeldować się z pokoju. W recepcji dopytuję się o te hałasy. Chłop miał rację.

To muzyka żałobna. Wyglądam przez okno. Orkiestra ubrana na biało. Na schodach kopcą się kadzidełka. Kobzy, dudy, bębny jakieś nadal grzmią nad całym miastem. Dopóki dusza nie opuści ciała, a Wietnamczycy wierzą, że to nastanie po trzech dniach od momentu śmierci. Dobrze, że już stąd wyjeżdżam. Mogłabym dołączyć do tego nieboszczyka i wyprostować kopyta.

I tak to się zaczęło. Później było jeszcze gorzej. Współczynnik wkurwienia rósł odwrotnie proporcjonalnie do ważności spraw, które szargały mi nerwy.

Od godziny 11ej do godziny 11ej rano następnego dnia byłam zamknięta w autobusie na trasie Sa Pa – Hanoi – Hue – Lang Co. To jest ponad tysiąc kilometrów. Własny, świadomy wybór. Tutaj wskaźnik mojego podkurwienia rozwalił miernik. Nie zmieścił się w skali. Wystrzelił z orbit. Przekroczył wszelkie granice przyzwoitości. Rozwalił system.

Najpierw zatelepotało mną pierwszy raz, kiedy jakaś mała Wietnamka wbiła się przede mną w kolejkę do wejścia autobusowego. Przez to, że się dałam, to ona zajęła lepsze miejsce, a ja wylądowałam ‘na kole’. Drugi raz zatelepotało mną, kiedy jakiś mały Wietnamczyk również próbował wbić się przede mnie. Tutaj zareagowałam gwałtownym ruchem dłoni i stanowczym ‘NO’ przez co to on wylądował na miejscu przy samym kiblu, a nie ja. Później telepotało mną już regularnie, ruchem prostolinijnym, bez końca.

Warkot silnika drażnił moje ucho, wbijał się w głowę. Czyjeś skarpety śmierdziały. Zapach starego potu wgryzał się w tapicerkę. Klimatyzacja włączała się albo za rzadko, albo za często. Światełko do czytania nie działało. Opcja składania/rozkładania fotela również. A później było jeszcze gorzej. Wietnamska poezja śpiewana, czy jakiś lokalny konkurs piosenki romantycznej. Jakieś wymalowane, porcelanowe lalki z wyżelowanymi chłoptasiami, patrzącymi sobie głęboko w oczy. Jak nic o nieszczęśliwej, zasranej miłości śpiewali. O tym, jak on powiesił się na gałęzi oleandra, bo zobaczył jak inny w innym krzaku innego oleandra dupczył jego panią. I żeby to był jeden kawałek jednej miłosnej historii, nawet dwa albo trzy. Przeżyłabym. Ale oni darli gębę od godziny. To był niekończący się skowyt. Drażnienie moich komórek nerwowych. Już wiem w jaki sposób Wietnamczycy pokonali Francuzów. Torturowali ich swoją muzyką. Ta sama nuta. To samo brzęczenie. Te same smuty. Ryje ci beret powoli, ale skutecznie. Po pewnym czasie sam sobie strzelasz w łeb. Ja byłam blisko. Ostatecznie wygrał zdrowy rozsądek i prośba o wyłączenie TV.

A później zaczęło się chrapanie małej Wietnamki i starego Wietnamczyka. Kopałam i paliłam głupa, ale nie skutkowało. Zatykałam im nosa, licząc na bezdech, ale nie pomagało. Słuchałam głośno swojej muzyki, gniotłam plastikowe butelki, sypałam polską kurwą, ale nic nie pomagało. Cały autobus spał w najlepsze. Tylko ja spać nie mogłam.

Po całej nieprzespanej nocy przesiadka i kolejne 2 godziny w busie. Otwieram drzwiczki i niemal dostaję palpitacji serca. Kiedy słyszę tę samą muzykę zaczynam krzyczeć. Wydzieram się jak opętana. Wrzeszczę. Podobno wrzeszczą tylko ludzie z natury źli albo doprowadzeni do ostateczności. Chcę wierzyć, że z natury nie jestem zła, że to ostatnie trudy podróży ryją mi beret.

– Jak już będziemy w hotelu, to zostawisz mnie na trzy godziny samą, w ciszy – mówię do chłopa. – Nie będziesz się do mnie odzywał, nie będziesz mnie dotykał, po prostu znikniesz na trochę.

Potrzebuję ciszy. Takiej ciszy, która zabalsamuje rany w mojej głowie, opatrzy poszarpane uszy, połączy kabelki, które przepaliły się w podróży, naprawi zniszczone zwoje. Niech nikt się do mnie nie odzywa. Niech nikt nic do mnie nie mówi. Niech nikt niczego ode mnie nie chce.

 ***

Update: Po długiej podróży biorę długi prysznic i ucinam sobie drzemkę. Jeszcze tego samego  wieczoru siedzę w restauracji na wodzie i pożeram najlepsze krewetki świata. Patrzę na homary trzymające się mocno szczypcami, spacerujące razem po akwarium wodnym. Gdzieś w ciemnościach jakiś Wietnamczyk zarzuca sieci. Spokojna tafla wody uspokaja mnie. Gromadka wesołych Wietnamczyków częstuje mocną zieloną herbatą z wyczuwalną gorzką nutą. Gdzieś za horyzontem smoki plują do morza, a ja znowu jestem szczęśliwa. Wietnam jest spokojny. Ja też jestem spokojna. Już jest dobrze.

1 Comment

  1. […] nerwach, cierpliwych, łaskawych, nie unoszących się złością. Nie dla mnie generalnie. Już po pierwszym razie miałam opanowaną mapę najlepszych miejscówek. Trzeba pamiętać, ze nie blisko kibla, bo […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close