co baby zrobia dla faceta

Wpada rozwścieczona jak stara panna w pierwszy dzień okresu. Gdyby drzwi do studia były zamknięte, otworzyłaby je zapewne z rozmachem, wyrywając z zawiasów, pozostawiając płaty farby smutnie powiewające na wietrze. Na szczęście właściciel biznesu zna ludzką naturę i pewnie z niejednym przypadkiem notorycznego podkurwienia miał do czynienia. Drzwi do studia są otwarte.

Zapraszają tych, którzy żeby wyglądać pięknie, chętnie albo mniej chętnie, zostawiają w kasie Mistrza średnio kilka setek. Mistrza, który nada twoim włosom nowe, drugie życie. Sprawi, że zmartwychwstaną natchnione duchem świętym. Będą piękniejsze, mocniejsze, gęściejsze i sprawią, że ekstatyczne orgazmy wpiszą się w rutynę twojego dnia, a naczynia w kuchni zmyją się same. Tak, tak… Mistrza, który zdziała cuda.

– To ja dla tego fiuta je zapuszczałam! Przez siedem parszywych lat! Podcinałam, olejki wcierałam, arganowy, rycynowy, kokosowy, migdałowy, łopianowy, z pieprzonego wiesiołka – recytuje na jednym wydechu. – Fortunę u was zostawiałam! – krzyczy, patrząc to na zdezorientowana recepcjonistkę, postawioną w pozycji pełnej gotowości, to na przerażonych klientów, to na mnie, to na plakat ludzkich wymiarów, z którego loki pewnej znanej aktorki mówią ‘jesteś tego warta’. – Obcinamy! Tniemy! Na zero! Na zapałkę! Na krótko! Nie, na łyso od razu! Żadnego włosa nie chcę mieć na tej głowie, w której ten fiut siedzi. – Wykrzykuje łamanym głosem.

– Czy podać coś do picia? – Pyta wystraszona recepcjonistka, która widać z pytaniem zbierała się jakieś kilka minut. Ostrożnie podchodzi do smoka, na wypadek gdyby miał zionąć ogniem.

– Wódkę macie? – Widać smok zna swoje paliwo i wie na czym najdalej zajedzie.

– Niestety nie mamy – Recepcjonistka nie lubi rozczarowywać swoich gości. Ma twarz smutnego magika, któremu ktoś zajebał białe gołębie z rękawa, a z królików z kapelusza zrobił pasztet. Niewesoło wygląda. – Herbatę albo kawę mogę zaproponować. – Ratuje się sztuczką, która w normalnych okolicznościach przyrody pewnie by i zadziałała. Ale nie tu. Tu trzeba cięższej altyrelii.

Mam w torbie butelkę Jamesona. Prezent urodzinowy dla kumpla, ale bliźniego w biedzie mogłabym poratować.

– Kawę w takim razie – smok wybiera gorsze paliwo. – Podwójną proszę. – Zwiększa dawkę, wiedząc, że normalna porcja tylko dla zwykłych śmiertelników. Żeby ogień był, musi być kop i ostry zastrzyk energii. – Z cukrem. Podwójnym. Nie, potrójnym. Dużo cukru ma być – mówi tym samym głosem, oscylującym w granicach punkowej zadziorności, melodramatycznej nuty oraz mrocznym brzmieniem prosto z gotyckiej komnaty. – Ma być taka słodka, że wszystkie pszczoły spod warszawskich uli się zlecą. – Dodaje. – To ja dla niego cukier odstawiłam. Małymi kroczkami. Najpierw tylko trzcinowy, bo zdrowszy, choć jak sucha starta kupa wyglądał, dwie łyżeczki, jedna i pół, jedna, pół tylko, aż wreszcie zero. Nic. Gorzką pić zaczęłam. Ostatniego pączka zjadłam w Boże Ciało w 2013. Nawet dobry był. Z nadzieniem różanym, od tej baby na rogu, przy Dworcu Gdańskim. – nadaje jak kataryna. – Pamiętam ten dzień, bo fiut kupił mi wtedy tę koronkowa sukienkę, o prawie cały rozmiar za małą. Piękna była. Warta tych niezjedzonych pączków, tej słodyczy odstawionej. Nienawidzę koronkowych kiecek. Kocham pączki – wyznaje. – Macie pączki? – spogląda na recepcjonistkę, która zdążyła wrócić z kawą i zatroskanym spojrzeniem.

– Przykro mi. Nie mamy. – Chyba ma ochotę pobiec do najbliższej cukierni i wrócić z pączkiem dla niepocieszonego smoka.

Nie śmiem zapytać o fiuta. Nie śmiem drgnąć, żeby tylko nie spłoszyć smoka, który zionie ogniem i wygląda jak prawdziwe, żywe dzieło sztuki. Podziwiam. Boli mnie szyja od wygięcia w nienaturalnej pozycji, ale kto by się przejmował czymś tak błahym, w obliczu sztuki wystawianej na żywo. To czego doświadczam to teatr najlepszy z najlepszych. To sztuka zwana życiem. Obserwuję. Nasłuchuję. Wypatruję. Notuję. Chłonę. Chyba z wrażenia otwieram gębę. Spoglądam na gwiazdę na naszej scenie.

Ubrana jest w niezgrabne spodnie, które spłaszczają jej, chyba jeszcze całkiem niezłe, pośladki i bawełnianą koszulkę z napisem ‘believe’ w kolorze utraconej nadziei i bezczelnej miłości. Włosy ma piękne. Niemal do pasa. Zdrowe. Gęste. Zadbane. Jakby sam bóg je czesał, a jego anioły złotym pyłem obsypywały z rana.

– Pawlova dla niego przestałam jeść! Bo mówił, że na gruby brzuszek nikt nie będzie chciał się spuszczać. Tak mówił – zaśmiewa się przez łzy. Ostatnie dwa słowa wypowiada głosem dziecka z przedszkola, które opowiada o ulubionej czynności swojego domowego zwierzątka. Z pieszczotą w głosie i ogromem miłości, nawet jeśli owe zwierzątko szczy po kątach, zostawia bobki na parapecie i gwałci twojego misia, z którym śpisz od małego. Zaczyna chlipać. – Obcinamy! Tniemy! Na łyso! – brzmi jak pijak, który właśnie wybudził się z letargu.

Do salonu wchodzi mistrz. Coś mu się przytyło. Chyba jeden albo dwa pączki za dużo. I posiwiał. Nadmiar kasy bywa stresujący. Niewiadomo na co wydać. Ludzie to jednak mają prawdziwe problemy.

– Co u ciebie Janinko? – widać, że smok to stała klientka.

Janinka spogląda na mistrza i nagle zamiast smoka widzę kundla, któremu ktoś sprzedał kopa i wyrzucił na deszcz.

– Znalazł sobie inną – Janinka wybucha płaczem. Cały jej gniew i złość ulatują przez uchylone okno. – Znalazł sobie inną. Odszedł. Zostawił mnie. A ja dla niego te włosy zapuściłam. – szlocha przez kilka sekund i zaraz szybko doprowadza się do emocjonalnej równowagi. – Chcę coś krótkiego, ale seksownego. Chcę kolor, którego będzie zazdrościć każda kobieta i cięcie, które uwiedzie każdego faceta. – odpowiada gniewnie i stanowczo.

– Przynieś paletę kolorów – mistrz wydaje polecenie, a kilka mróweczek już biegnie po kolor, po szczotkę, po nożyczki, po magazyny, po pączka, po dolewkę kawy, po dratwę i igłę, którą zgrabnym ruchem zszyją sprute uczucia i porwaną duszę.

– Nie warto było – Janinka wyznaje sobie. –  Boże, jakie baby są głupie. – Wyznaje mistrzowi i nam, obecnym w studio.

Mistrz milczy. Myśli o cięciu. Ja myślę o babach. Inne baby w studio myślą o Janince. Janinka myśli o fiucie. Fiut myśli o innej. A inna…  Zapewne o tym, czy zapuścić włosy dla swojego nowego faceta.

Życie. Tragiczna komedia i tyle.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close