Demawend

Ile to ja już razy powtarzałam, że kończę z górami na których jest zimno, że się nie nadaję, że za stara już jestem, że wiatry i mróz to nie dla mnie. Do dupy mogę sobie nagadać. Pójdę jak tylko góra zawoła. A Demawend śnił mi się po nocach i szeptał, że czeka.

Droga do obozu pierwszego na 3200 m n.p.m.

Na lotnisku w Teheranie lądujemy coś po 3ej w nocy. Mogła być równie dobrze 4 albo 5. Mój mózg po nocy spędzonej w samolocie nie rejestrował czasu. Wypełniamy papierek o wizę, grzecznie mówimy, że nie mamy złych zamiarów i tylko chcemy być bliżej Allaha (bo on chyba też w niebie mieszka? Gubię się w tych bogach, naprawdę powiadam wam, gubię się). Kupujemy obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne, przechodzimy przed kontrolę paszportową, łapiemy taksówkę i ściśnięci jak ogórki w beczce jedziemy do Polour, którego znaleźć nie możemy, więc lądujemy w innym miasteczku, skąd też jest możliwe wyjście w góry.

Tam nabywamy pozwolenie na pobyt w górach (50 dolców od osoby) i łapiemy jeepa, którym ruszamy na wysokość 3200 m n.p.m. Jest gorąco. Jestem niewyspana i głodna. Mam ochotę usiąść na kamieniu, opierdolić torbę żarcia liofilizowanego, a później zamknąć oczy i śnić o górach w śnieżnych sukienkach i lodowych diademach na głowach, tańczących ze mną walca. Chłopcy mają jednak inny pomysł.

Szybkie przepakowanie i ruszamy w górę. Ich już do końca porąbało. Zasnę gdzieś po drodze. No ale niech im będzie. Idziemy. Najwyżej będą mnie nieść na zmianę. W obozie na 3200 m n.p.m. można wypożyczyć konia i zapakować na niego większość swoich gratów. Z miłości do zwierząt, chwilowego skąpstwa i masochizmu, decydujemy się wnosić wszystko na własnych garbach. Namioty, śpiwory, garnki, gaz. Wszystko. Nawet osioł patrzy na nas z politowaniem. Ruszamy w górę.

Droga do obozu drugiego na 4200 m n.p.m.

Po 15 minutach postój, bo każdemu powoli odcina zasilanie. To se uszli… Chłopaki delektują się diabolo pomidoro, a księżna Agnes zajada się kurakiem z czarną fasolą. Kurak z torebki. Fasola też.

Na szczycie musi padać deszcz ze śniegiem. Słychać grzmoty. Patrzymy w górę i ruszamy dupska w troki. Nikt za nas tam nie wejdzie. Jakoś ciężko nam idzie. Technicznych trudności żadnych, ale zmęczenie, niewyspanie i obciążenie na garbie robią swoje.

Każdy idzie swoim tempem. Jest nas czwórka. Ja idę jako druga i za wszelką cenę chcę obronić tę pozycję. To moja prywatna walka, którą toczę sama ze sobą. Nie chcę siadać. Jak usiądę, to już nie wstanę. Lepiej powoli, swoim tempem, krok za krokiem, byle w górę. Nikomu nie chce się nawet wyjąć fotomoto z plecaka. Gdzieś tam coś kręcę podręczną kamerką, ale później też już mam w dupie. Skupiam się na oddechu. Myślę o samych przyjemnych rzeczach. Idę sama. Szlak jest bardzo dobrze widoczny, więc nie martwię się o zgubienie drogi.

Wyciszam się. Wszystkie złości na ludzi, wszystkie urazy, zadry w sercach podchodzą mi do gardła. Góry są miotłą, która potrafi wymieść wszystkie śmieci, zmieść duszący cię kurz, nawet najmniejsze drobne odpady z dnia codziennego. To takie moje oczyszczenie. Mój duch płacze, krzyczy i śmieje się na zmianę. Zostawiam za sobą kopce zbudowane z emocji, widoczne tylko dla mnie i dla niego. Kiedy pozbywam się tego całego balastu, jestem znacznie lżejsza, a on bierze mnie za rękę i prowadzi dalej.

Patrzę w górę. Widzę kilka namiotów i schronisko. Przed wejściem kumpel macha do mnie, a ja szepczę, że już, kurwa, nie mam siły, ale człapię się dalej w jego kierunku.

Na tej wysokości zostajemy cały następny dzień, zbierając siły na zdobycie szczytu. Nie jest jednak nam dane się wyspać. Wiatr dobija się do nas. Wali w namiot niemiłosiernie, zupełnie jakby się wkurzył, że on tam sam, po ciemku, a my tu, w ciepłych śpiworach. Zawzięcie próbuje dostać się do środka. Bez skutku. Takich gości nie lubię. Sorry panie Wietrze. Idź hulaj sobie w kieleckim.

Śpię łamanym snem dopóki nie robi się cicho. Druga noc nie jest lepsza. Irańska grupa ratownicza w składzie 50 młodych ciasteczek, gotowych do schrupania, sprawdzenia swojej wytrzymałości. Każdego dnia zdobywają szczyt i zapisują wyniki, monitorują swój stan zdrowia. Wszystko na czas: rozstawianie namiotów, sikanie, kupa i rozmowy. W tym ostatnim nikt ich nie przebije. Gadają nawet po 22ej, a my wychodzimy z siebie, bo o 1ej planujemy wstać i ruszyć na szczyt.

Nie mamy przewodnika, nie znamy drogi, więc chcemy wyjść znacznie wcześniej niż inne grupy, które startują punkt 4. Do tego Demawend humorzasty jest i już około 10ej potrafi się zakryć przed światem pierzastą kołdrą. Chcemy być na szczycie o wschodzie słońca, żeby zobaczyć coś więcej niż same chmury. Ten głupi pomysł kosztuje nas godziny spędzone na zimnym wietrze i błagalne prośby o kilka promieni słonecznych.

Znowu łamany sen, owsianka na śniadanie, czołówka na głowę i idziemy. W totalną ciemność.

Droga na szczyt na 5671 m n.p.m.

Mamy do pokonania ponad 1400 m. Początek idzie nam nieźle. Tylko raz gubimy szlak w ciemności i musimy iść jakimś dziwnym skrótem, ostro pod górę. Aklimatyzację mamy z Araratu, ale wiatr daje nam o sobie znać. Zaczyna się zabawa. Dla wiatru, nie dla nas. My cierpimy. Dosłownie. A ten wiatr pieprzony robi z nami, co chce. Mści się za to, że nie wpuściłam go do namiotu wtedy, gdy walił w niego z całej siły. Zabawia się z nami na wszystkie możliwe sposoby. Śmieje się nam w twarz. Jest kurewsko zimno.

Dodatkowo nie wiem, o czym ja myślałam pakując swój plecak, chyba że na wakacje do Honolulu lecę, bo mam tylko jedną, cienką parę polarowych rękawiczek. Powoli zaczynam czuć szczypanie w koniuszkach. Kumpel pożycza mi swoje goretexowe. Staram się ruszać palcami, żeby przywrócić krążenie.

Opuszczają mnie siły. Nogi mnie nie niosą. Idę jak zajączek duracell, który zapomniał baterii. Krok za kroczkiem to wszystko na co mnie stać na tej wysokości. W głowie świński galop myśli. Skoro mózg pracuje, to nie jest jeszcze ze mną tak źle. Wyobrażam sobie kominek, żarzące się w nim węgle i butelkę wiśniówki. Jest ci ciepło, jest ci ciepło – powtarzam w myślach. Kurwa, ja zaraz zamarznę! Dlaczego nie wzięłam grubszego polaru? Zastanawiam się, czy zniosą moje ciało, czy mnie tam zostawią. Pragnę być himalajskim jakiem, które mają większe serce i większe płuca od nizinnego bydła, a już na pewno większe od mojego i których zdolność transportu tlenu we krwi z moją się nie równa. No i mają futro na grzbiecie. Dla nich taka wysokość to nic. Mnie daje po dupie. I to ostro. Jaka ja słaba jestem.

Idę bardzo powoli. Cieknie mi z nosa. Czapka opada mi na oczy. Jakiś niesforny włos wyłazi spod niej i łaskocze mnie po nosie. Wyrywam go, bo w puchowych rękawiczkach nie dam rady go wcisnąć pod czapkę, a nie mam odwagi ściągnąć rękawiczek. Trzęsę się jak osika. Chłopaki też. Byle w stronę słońca.

Idziemy już 4 godziny i widzę pierwsze promienie. Słońce równa się życie. Przynajmniej w tych warunkach. Nadal wieje. Wiatr zabrał każdy gram ciepła. Robi mi się niedobrze. Ktoś się zesmrodził. Wiatr niesie jakieś pierdy z góry. Zaraz się porzygam. Chcę opieprzyć chłopaków, że tak się nie robi, ale moja gęba zmarznięta tak, że nie daję rady wypowiedzieć ani jednego słowa. Milczę. Zaciskam zęby i idę dalej. Po chwili sytuacja się powtarza. Zbiera mi się na wymioty. Patrzę na nich z obrzydzeniem. Świnie zafajdane. Bede zygać! Gdybym miała siłę, to bym krzyknęła, ale nie mam, to idę po cichu.

Na widok słońca wszyscy rzucamy się na skały i leżymy tak 10, może nawet 15 minut. Patrzę na nas i wybucham śmiechem. Nie ma to jak zajebiste wakacje. Najbardziej wytrzymały na zimno kumpel rusza w górę i po chwili krzyczy, że jeszcze 5 minut i jesteśmy na szczycie. Idziemy. Teraz już nic nas nie zatrzyma. Widać go. Na samej górze powiewa maleńka irańska flaga.

Jesteśmy. Nagle odchodzi całe zmęczenie. Robi się cieplej. Jesteśmy na dachu Iranu. Chłopaki popierdują z radości, a ja doznaję olśnienia. To wcześniej to nie bąki. To nie ich zwieracze puszczały. To siarka! Patrzę na gaz wydobywający się ze skał i znowu zaczynam się śmiać. Byliśmy bardzo blisko szczytu i dlatego czułam charakterystyczny zapach zgniłych jaj. Znowu jestem szczęśliwa. Tak szczęśliwym można być tylko na szczycie pięknej góry. A Demawend jest piękny.

Tego samego dnia wracamy na wysokość 4200 m n.p.m., zwijamy namioty i ruszamy niżej. Tam będzie cieplej i ciszej. Tam nareszcie się wyśpię, a później spojrzę jeszcze raz w górę z niedowierzaniem, że ja tam byłam.

2 Comments

  1. […] a później na bieżnię. Ostatni raz biegałam chyba przed wyprawą na turecki Ararat i irański Demawend. Trzepałam kółka dookoła osiedla w ramach […]

  2. […] zdobyć Ararat, a jak już tam będziemy, to od razu skoczmy do Iranu i wejdźmy na wygasły wulkan, ten, jak jemu tam, coś na D. Na takie hasła reaguję, jak ćpun na widok igły. Znaczy się podwijam rękawy i już chcę […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close