Miała być kawa i kawałek ciasta, ale polecone miejsce okazało się niewypałem. Prawie takim samym jak te z czasów II wojny światowej, po wybuchu jakich Heniek do dziś biega bez nogi. Na szczęście znalazł się Plan B. Zupełnie przez przypadek. Burgers, Beers, Brunch, Boom! Prosta, nienahalna reklama zamontowana na drewnianych nogach i wciśnięta gdzieś pomiędzy płytki chodnikowe. Kupiliśmy to i 3 minuty później realizowaliśmy nasz plan B.

Lubię knajpy, gdzie sama mogę sobie wybrać stolik, gdzie nikt mnie nie prowadzi w miejsce, w którym niekoniecznie mam ochotę akurat w tej chwili siedzieć. Daje mi to poczucie wolności, niekłamanej, mikroskopijnej, prawdziwej wolności. To ja decyduję, czy wystawiam się twarzą do ludzi, czy może dupą, czy akurat jest mi smutno i chcę się schować za wieszakiem, czy może mam ochotę zaglądać ludziom do talerza. Lubię znaleźć sobie takie miejsce, które odpowiada mojemu stanowi ducha.

Stoję w progu i czuję, że ta pani sadzać mnie nie będzie. Cztery stoliki wolne i wiem, że usiądę przy takim, który wpasuje się w klimat mojego dnia. Mam rację. Kelnerka w hebanowych martensach uśmiecha się i mówi, że możemy usiąść tam, gdzie nam się rzewnie podoba. Plan B dostaje plusa już na samo wejście.

Zaglądam do menu. Zauważyliście kiedykolwiek, co jest ukryte w tym zwyczajnie niezwyczajnym słowie? ME N U. Dopiero ostatnio zwróciłam na to uwagę. ME…N… U. Lubię wyszukiwać ukryte znaczenie prostych słów. W MENU kryje się pierwiastek magii, niezwykłe atomy tajemnicy, które tworzą związek. Nasz związek. ME… N… U… Me…and…you. Ja i Ty. Może dlatego zawsze zaglądam do menu z nieskrywaną czułością. Plan A był taki, że zamawiam jajka po benedyktyńsku, z bekonem i sosem holenderskim, ale wystarczył jeden rzut oka na opcje obok, żeby pójść za głosem żołądka i wybrać plan B, B jak Burger. Czekamy.

– Myślisz, że taki szef kuchni, który przygotowuje kilkanaście, a może i kilkadziesiąt burgerów dziennie, jak już wróci do domu to nie może na nie patrzeć? – Zastanawiam się na głos, jak to jest z ludźmi, którzy z miłości i pasji budują biznes, robią coś, co kochają na co dzień. Wypełniają godziny sportem, aktywnością, działaniami, które kiedyś były tylko zwykłym hobby, a teraz przerodziły się w źródło utrzymania. Czy nadal kochają, czy powoli zaczynają nienawidzić?

Podziwiam wystrój wnętrza. Lubię inne, oryginalne, często dziwne elementy, które tylko nielicznym przyjdą do głowy. Tu surowe, miedziane zawory robiące za wieszak na ubrania, tam uskrzydlona świnia, która prosi o napiwek, tu kilka drewnianych skrzynek udających wyszukane półki na wino. I ten komiks, którym wyłożyli ściany w kiblu. Aż chce się tam trochę posiedzieć. Kolejny plus.

– Może ma worek treningowy w kształcie wielgachnego burgera i po powrocie z pracy napieprza w niego maniakalnie? – moja wyobraźnia zaczyna działać. – Prosty cios, bum. Hak, jeb. Lewy sierpowy, bum. – Albo takie małe burgery ustawione na drewnianej belce jak w westernach i strzela do nich w porywie złości z rewolweru. Pierwszy od lewej, pif paf. Drugi, trafiony zatopiony. Trzeci, też dostał…

– Albo taką tarczę ala wielki burger, z wyciekającym serem i widocznym liściem sałaty. Wraca po pracy i lotki fruwają – dołącza się do zabawy chłop.

– Może właśnie stąd wzięła się nazwa ‘a bullseye’ – zastanawiam się głośno. Przypominam sobie angielskie określenie na samo centrum tarczy i strzał w dziesiątkę. Kawałek krowy na talerzu, kawałek byka na tarczy. Ma sens.

Moje dumania przerywa burger wjeżdżający właśnie na stół. Jest piękny. Obok jakaś zielenina. Też jest piękna, wygląda na świeżą i smaczną, ale przez chwilę żałuję, że nie zamówiłam frytek. Z zazdrością spoglądam na miseczkę na sąsiednim stole. Widać, że ręcznie cięte, solidne kawałki kartofla. Ładny kolor, oryginalny kształt, zapach, który kusi.

– Mogłam wziąć frytki zamiast tej sałaty – spoglądam z wyrzutem na chłopa. To jego wina. Zamówiłam frytki. On zamówił sałatę. Spojrzałam na niego, wyrzuty sumienia ugryzły mnie w sam brzuch i zanim się zorientowałam moje usta wypowiedziały to straszne zdanie: czy mogę zamienić frytki na sałatę? Oczywiście, to żaden problem. Gdyby kelnerka powiedziała nie, już zapisałam, nie mogę marnować papieru, to wbrew zasadom  polityki firmy, bo burgery rosną na drzewach i jak umiera drzewo, umiera też burger… Gdyby kelnerka tak powiedziała, to ja właśnie miałabym przed sobą michę z frytami, a nie kupę zieleniny. Wszystko jej wina. Czy musiała spełnić moje życzenie?

Jak przystało na laskę typu ‘szklanka do połowy pełna’ skupiam się na pozytywach. Na stolę mam burgera. I to takiego burgera, że robi się mokro. Od śliny kapiącej po brodzie. Najpierw sesja fotograficzna. Burgery kochają być fotografowane. Po naleśnikach to najbardziej fotogeniczne stworzenia. Z tej strony, trochę od tyłu, teraz z sałatą, trochę pod kątem, a właściwie to nie musi być cały widoczny, z fleszem, bez flesza, a położę widelec i odsunę puszkę po coca-coli, żeby mi później nikt nie pierdolił, że taka fit, a takie świństwo w siebie wciskam.

– Zamierzasz go jeść? – pada pytanie, które sprowadza mnie-artystę na ziemię.

– Tak. Zaraz.

– Zaraz to ci wystygnie – zostaję pouczona.

Jeszcze jedno ujęcie. Jeszcze jeden kadr. Mój burger to prawdziwy model. I do tego zabawny facet. Właśnie tak się nazywa. THE FUN GUY. Kawał porządnej wołowiny z pieczonymi grzybami, smażoną cebulą, liściem sałaty, czedarem, bekonowym dżemem i ailloli. Prawdziwa radość, kiedy bierzesz takiego faceta do ręki. Jeszcze większa zabawa, kiedy otwierasz usta i wkładasz go do buzi. Biorę pierwszy kęs. Zamykam oczy. Mruczę z zadowolenia. Robi się ciepło. Oddech przyspiesza. Serce zaczyna bić szybciej. Kubki smakowe wariują. Smaki się mieszają. Tańczą cha-chę.

– Ciekawe jak oni ją przygotowali – zastanawiam się głośno, wpychając zieleninę w usta. Wyczuwam lekki, słodkawy smak. Zwykły liści, kilka wiórków z marchewki, a smakuje jak niebo.

– Myślę, że nie przygotowali w ogóle. Podeszli do niej i szepnęli ‘krowo, dziś staniesz się burgerem’ – taka odpowiedź wymaga dowcipnej riposty, więc bez zastanowienia mówię ‘gupi jesteś’ i wbijam zęby w resztki kotleta.

Boże, jakie to było dobre…

Jeśli kiedykolwiek będziecie w Killarney, uroczym mieście w południowo-zachodniej Irlandii, to pamiętajcie, że jak to w Irlandii, może padać i wtedy lepiej mieć plan B.

***

Co? PLAN B.

Gdzie? 8 New Market Lane, Killarney, Irlandia.

Obsługa? Nienahalna.

Wystrój? Oryginalny.

Ceny? Mój facet kosztował 14 ełraczków, co w przeliczeniu na złotówki daje nam prawie 60 PLN. Nie wiem, czy to drogo, czy nie, bo ja za dobre żarcie mogę słono zapłacić i nie jest mi z tym faktem źle. Własna matka zawsze powtarza, że lepiej mnie ubrać, niż nakarmić.

Czas oczekiwania? Idealny. Zdąrzysz strzelić kilka fotek ścianie z książkami i twój burger wieżdża na stół.

Muzyka? Jest, owszem, nieinwazyjna. Jak śpiewała Amy Winehouse, kiedy realizowałam swój plan B, złagodzi twoje dziwactwa i pozwoli ci zapomnieć o melodramatach twojego dnia codziennego. Czego chcieć więcej?

Czy można zabrać szefa kuchni do domu na weekend? Kelnerka mówi, że owszem, on sam unika odpowiedzi. Jak się dowiecie, dajcie znać.

Jakieś zdjęcia, Agnes? Tak, ale zajrzyj tu za kilka dni. Dziś mi się nie chce zmieniać ich rozmiaru, ani dodawać tutaj. Sorry :(

Jakiś plan B? Jest tylko jeden! Dobrze go mieć.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close