elbrus

Wyjaśnijmy to sobie na samym początku: Elbrus nie jest najwyższą górą Europy. Najwyższą górą Europy jest francuska dama Mont Blanc (4,810 metrów nad poziomem morza). Elbrus natomiast jest najwyższym szczytem Kaukazu o wysokości 5642 m n.p.m.

To na Elbrusie nasza Wanda Rutkiewicz potrącona przez innego alpinistę, spadła kilkadziesiąt metrów i doznała otwartego złamania kości udowej. To  Elbrus dla niektórych alpinistów jest poligonem treningowym, na który się nie wchodzi, a wbiega. To Elbrus jest uznawany za górę łatwą, choć potrafi pokazać swoje lodowe szpony. To Elbrus chodził za mną od dłuższego czasu i wołał mnie w swoją stronę.

Bo góry wołają. Ich duchy nawiedzają cię w snach i mówią ‘chodź do mnie’. Obiecują rozpalić emocje, dotknąć twojego serca, pokazać, że na tym świecie jest coś ważniejszego niż złamany obcas, zgubione kolczyki, zwiędnięte pomidory w ogródku, stare auto, które znowu rozkraczyło się na zakręcie. One rozpalają pragnienie. Oczyma widzisz je wszędzie: rząd mrówek wędrujących po szarym chodniku układa się w hieroglif oznaczający górę, pod powiekami rysuje się ich obraz, wszystko przybiera ich kształt, a twoja dusza pragnie. I to już wtedy nie jest wyborem. Jest koniecznością.

Elbrus stał się taką koniecznością. Nie było wyjścia jak wyciągnąć wełniane majtki, naostrzyć raki i zorganizować wyprawę.

Startujemy w sobotę do Amsterdamu (1) na jednego bucha, stąd do Moskwy (2), a następnie do miasta o tajemniczej nazwie Минеральные Воды, co w polskim tłumaczeniu daje nam Mineralne Wody (3), a w moim prywatnym słowniku zaczęło występować pod nazwą Kropla Kaukazu. Tu zostajemy na noc, a ja czuję się jak zamknięta w innej epoce, trochę jak Alicja w Krainie Czarów. Wypatruję białych niedźwiedzi na ulicach, dziadka Moroza i trzymających się za ręce, ożywionych Matrioszek. Jest w tym miejscu jakaś dziwna aura, której doświadczam dosyć krótko, bo zaraz następnego dnia ruszamy do wioski Terskol (4). Owa przyjemność kosztuje nas 3 tysiące rosyjskich wróbli, które wypuszczamy z naszych portfeli bez większych emocji, bo byliśmy przygotowani na pięć. Podczas podróży po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że jestem debilem. Na trzygodzinną podróż w aucie bez klimatyzacji nie zabieram nawet kilku kropli wody, a woda to przecież życie! Jak tu żyć, jak człowiek nie myśli? W Terskolu zostajemy na kolejną noc, a następnego dnia ruszamy taksówką do jeszcze mniejszej wioski Azau (5), która jest dolną stacją kolejki górskiej na Elbrus. I tu zaczyna się przygoda.

Wwozimy nasze dupska kolejką na 3800 metrów (6). Plan pierwotny był taki, żeby iść z buta od samego dołu i stopniowo zdobywać aklimatyzację, ale ostatecznie decydujemy się na opcję wybieraną przez większość.  Z kolejki krótkie podejście do schronika Diesel Hat (7), który staje się naszym domem na trzy następne noce. Tego samego dnia po krótkiej przerwie ruszamy trochę wyżej, w celach aklimatyzacyjnych, na skały Pastuchowa (4800 m. n.p.m). Pogoda wszawa. Mokro, zimno i Elbrus jakiś naburmuszony, schował się za welonem z chmur. Wracamy do schroniska, a ja wiem jedno: lekko nie będzie. W głowie powtarzam jak mantrę: pieprzone tofiki (te które zjadłam na lotnisku w Moskwie, sztuk 24), pieprzone lody (wszystkie te, którymi objadałam się przez całe lato), pieprzona pizza (której nie odmawiałam sobie za każdym razem, kiedy włączyła się żądza) i wreszcie pieprzony brak formy. Bo muszę to przyznać sama przed sobą: formę zaniedbałam.

Tej nocy planujemy ruszyć na atak szczytowy, ale już o 23ej wiemy, że jest to tylko pobożne życzenie. Nie śpimy. Wysokość daje już o sobie znać. Serce wali jak szalone. Ciężko je uspokoić. Kiedy zamykam oczy, widzę jakieś karykaturalne, obce twarze, wykrzywione dziwnym uśmiechem. Nie są straszne, ale budzą niepokój. Dodatkowo w schronisku jest głośno i potrzebuję najnormalniej w świecie jeden dzień na regenerację. Prognozy pogody są dobre, więc możemy sobie na taki krok pozwolić.

Kolejny dzień spędzamy w schronisku. Pożeramy tłuste salami zakupione w ruskim sklepie, wygrzewamy się na słońcu, pijemy hektolitry herbaty i w konsekwencji regularnie biegamy do drewnianego wychodka, co w sumie staje się idealną aktywnością na polepszenie aklimatyzacji.

Powoli wraca we mnie życie. Oddech zaczyna przypominać ten, który znam z nizin i serce wybija jakiś szczęśliwszy kawałek o skrzydłach rosnących u ramion i zachwycie, który trudno wyrazić. Nastawiamy budziki na pierwszą w nocy. Spać jednak nie śpimy, bo za ścianą towarzystwo wzajemnej adoracji ma w dupie fakt, że niektórzy chcieliby wyjść w nocy w góry. Nie pomagają stopery w uszach. Zasypiam około północy. Śni mi się moja nieżyjąca matka chrzestna. Marudzi, że wyremontowała swój stary dom, ale nikt ją nie odwiedza, że jest sama. Otwiera drzwi i zaprasza mnie do środka. Nie wchodzę. Stoję w progu i podziwiam jej nowe, błyszczące meble.

O drugiej wychodzimy ze schroniska. Idziemy w górę. Do Skał Pastuchowa tempo mamy dobre. Idzie się całkiem dobrze. Nie pada. Nie wieje aż tak bardzo. Raz na jakiś czas słychać warkot ratraka, wiozącego grupę tych, dla których zdobycie szczytu na własnych nogach to już przeżytek. Kilkadziesiąt metrów wyżej zaczyna się moje małe, prywatne piekło. Robi mi się strasznie zimno. Mam na sobie koszulkę termiczną z długim rękawem ice breaker, gruby polar, grubą puchówkę, kurtkę goretex i jest mi zimno! Trzęsę się jak osika i z niecierpliwością wypatruję słońca. Odcina mi zasilanie, brakuje mi prądu,  z nóg uchodzi wszelka siła. Wiem doskonale, co się dzieje. Łapie mnie choroba wysokościowa.

Idziemy dalej. Nie mogę zrobić normalnego kroku. Unoszę nogę i ta opada zaledwie kilka centymetrów od miejsca, z którego uniosłam stopę. Słaniam się na własnych nogach. Na tych samych nogach, które tak pięknie wniosły mnie na Kilimandżaro, Island Peak, Mont Blanc, Grossglockner, Gerlach i kilka innych wspaniałych szczytów.

Ja jestem maszyna. Zaprogramowana na osiąganie celów. Jeśli kiedyś nie weszłam na szczyt, jeśli kiedyś musiałam zawrócić, to tylko dlatego, że wdał się błąd oprogramowania pogodowego albo zawiesił się system czasowy. Nigdy dlatego, że mój organizm odmówił posłuszeństwa. Nigdy dlatego, że nogi przestały mnie nieść, że plecy się łamały pod wpływem niesionych kilogramów w plecaku, że coś bolało. Nigdy. To ja rządzę swoim ciałem. Mam nad nim kontrolę. Ja wydaję polecenia. Moje ciało je wykonuje. Nie odwrotnie.

– Zawracamy. Nie możesz przejść jednego odcinka bez zatrzymania – rzeczowo stwierdza chłop pokazując na tyczki znaczące szlak. – Tam dalej będą strome podejścia. Będzie jeszcze gorzej.

Spoglądam w górę. Nie jesteśmy jeszcze przy zepsutym ratraku, którego żelazne zwłoki niczym zielone buty na Evereście stały się znakiem orientacyjnym dla wspinaczy.

– Chodźmy do trawersu. Jeśli poczuję się gorzej, to ty pójdziesz w górę sam, a ja zejdę powoli. Okay? – w myślach obiecuje sobie iść dopóki nie zaliczę gleby (lodu?)

Wiem, że wszystko się rodzi w głowie. Wszystko ma początek w tej małej makówce. Wszystko. Krzyczące orgazmy, emocje pół funta kłaków niewarte, zazdrość serca, głupota żalu, kolejny krok na wysokości. Wszystko. Tak, wysokie szczyty zdobywa się głową. Dam radę. Krok za krokiem. Powoli.

Podejście do trawersu jest dosyć strome. Nie idziemy po prostej w górę. Trawersujemy odcinek pijanym zygzakiem. Muszę zatrzymywać się co chwilę. To nie jest tak, że moje nogi są zmęczone, że spaliłam mięśnie, że nie mam siły. Na tym etapie ja ich po prostu nie czuję. Nie mam ich. Jestem kadłubkiem pragnącym wejść na tę cholerną górę. Czuję ból fantomowy. Kiedyś tam były nogi. Całkiem niezłe. Teraz są tam jakieś obce kikuty, których nie rozpoznaję. To może mieć związek z moją otyłością – mówię i czuję się jak słonica na krótkich nogach, która nie może unieść swojej masy do góry. Wzbudzam tym stwierdzeniem salwy śmiechu, które niemal powodują lawinę.

Kiedy dochodzimy do trawersu (jakieś 5100 m. n.p.m.), pierwsze grupy wracają już ze szczytu. Tłumaczę sobie, że teraz bardziej potrzebuję głowy niż nóg. Wejdę głową. Kontroluję swój stan. W myślach zadaję sobie głupie pytania i sama na nie odpowiadam.

Chłop rusza do przodu wybadać teren. Ja zostaję daleko w tyle, ale idę. Mijają mnie kolejne grupy i widzę ich spojrzenia pełne litości.

– Kiedy skończy się ten pieprzony trawers? – dochodzę do miejsca odpoczynku i padam na lodowiec.

– Zaraz powinno być siodło. Jeszcze tylko kawałek – rejestruję odpowiedź z ulgą.

Trawers to zazwyczaj dosyć łatwy kawałek drogi wspinaczkowej, która nie pnie się do góry, lecz prowadzi mniej więcej w poziomie. Trawers na Elbrusie jest złudny. Pnie się długą wstęgą w… górę.

Skały Pastuchowa. Porzucony ratrak. Trawers. Siodło. Podejście. Szczyt. – Powtarzam w myślach schemat zapamiętany z mapy. Boli mnie głowa. Biorę procha przeciwbólowego. Piję trochę wody. Wmuszam w siebie kawałek czekolady i wstaję. Z ledwością. Spoglądam w niebo. Pogoda sprzyja. Nie zanosi się na deszcz czy burzę. Choć w górach pogoda jest kobietą. I to złośliwą i kapryśną. Ona rządzi. Ona rozdaje karty. Ona sprawia, że padasz na kolana. Różnie może być. Ale w tamtej chwili wiem, że będzie dobrze.

– To tam – pokazuję palcem na lodowy pagórek, z którego spływa rząd mrówek. Wszyscy schodzą ze szczytu. Jesteśmy tuż przed siodłem. – Dam radę. – Dodaję i czuję w sobie nowe siły. Po dłuższej chwili jesteśmy na siodle (5350 m. n.p.m.) Szerokie, płaskie stanowi bazę odpoczynkową dla wszystkich, którzy pchają się na górę. Co rusz naznaczone dosyć nudnym wzorem rzygowin albo kleksem juchy.

Padam na dupę. Minuta odpoczynku. Układam w głowie plan podejścia. 30 kroków, 10 -20 sekund odpoczynku. Działa. Pnę się w górę. Dochodzimy do poręczówek. Szybka ocena trasy. Dam radę bez przypinania się. Wiatr nie wieje aż tak bardzo. Jest dosyć stromo, ale kijki wystarczają.

Jedno podejście. Drugie podejście. Z każdym mam nadzieję, że tam już jest szczyt, a tam dupa. Biała, lodowa dupa. Trzeba iść dalej. Krok za krokiem. W górę.

Za nami nie ma już nikogo. Jest tylko cisza przerywana krótkimi okrzykami wiatru. Drze się, że już późno, że jeszcze trzeba zejść, ale tłumaczę sobie, że będzie dobrze. Czuję, że wczorajsze gwiazdy, dzisiejsze słońce i jutrzejszy księżyc są ze mną. Że dam radę. Że stanę na szczycie.

Kiedy go widzę, mam łzy w oczach. Pierwszy raz, tak bardzo się cieszę z wejścia na szczyt, z pokonania własnych słabości, ograniczeń i tego głosu, który mi mówił, żeby zawrócić. Rozglądam się dookoła, a w głowie mam tylko jedną myśl: Jak oni tu, kurwa, wbiegają, jak ja ledwo wlazłam?!

1 Comment

  1. …I to jest właśnie esencja tego łażenia po górach :) Brawo Aga

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close