Everest 2015

– Co nowego?

– Na Everest idę! – krzyknęłam podekscytowana.

– Co?! O Matko Boska! Kiedy?!

– Za 10 minut.

– Ale… Ale… Aaaaaa, na film idziesz…

Wybuch śmiechu z obydwu stron i to uczucie, że są ludzie, którzy znają mnie trochę i wiedzą, że gdyby Everest zawołał (czyt. znalazł się dziany sponsor), bez zastanowienia wciągnęłabym wełniane gacie na dupsko i plecak na garba, naostrzyła raki, upewniła się, że w grupie nie ma nikogo, kogo uwzględniłam w testamencie, oddała kwiatki w dobre ręce i poszła w kierunku wskazanym przez moje dzikie serce, wcześniej zarzynając się na siłowni dzień i noc.

Na razie Everest zawołał mnie tylko przed wielki ekran, do warszawskiego kina IMAX, które może pochwalić się najwyższą jakością trójwymiaru. Nie skłamię, jeśli napiszę, że oczekiwałam wbicia w fotel, gaci mokrych z podniecenia, wysypki na całym ciele w postaci spiczastych szczytów górskich i przewlekłych zaburzeń mózgowych, polegających na nadmiernym i gwałtownym użyciu frazy ‘chodźmy w wysokie góry’.

To była żądza widoków. Ja chciałam pokaz bezlitosnej siły natury, tej wszechpotężne przyrody, w zetknięciu z którą człowiek staje się maleńki. Chciałam tam być. W Himalajach. Razem z bohaterami znajdować mocne oparcie dla stóp, wyczuwać lód pod nogami i głodna, wyczerpana, otumaniona i niewyspana iść w górę. Chciałam poczuć to mrowienie w palcach, kiedy mróz powoli wbija w nie swoje zębiska. Chciałam poczuć drżenie wyczerpanych mięśni, które jeszcze trzeba zmusić do nadludzkiego wysiłku. Chciałam nawiązać jakąś więź z tą górą. Zobaczyć ją. Poczuć. Chciałam, żeby ta burza wbiła mnie w fotel. Chciałam wejść na Everest za niecałe 40 PLN.

I co? I gówno. Jarałam się tym filmem odkąd usłyszałam, że wchodzi na wielki ekran. Serio. Zobaczyłam plakat reklamowy i z miejsca byłam wilgotna jak gacie enerdowskiej pływaczki. W dniu przedpremierowego pokazu wrzuciłam do torby parę raków, które nie dały się przypiąć do różowych balerinek, ale stały obok, mrugając do mnie metalem na znak, że one gotowe w każdej chwili. No podniecona byłam tym filmem jak cholera, przy założeniu, że cholera podniecić potrafi się cholernie, bo i jak tu się nie podniecać? Są góry i to nie byle jakie, są nowe technologie, są możliwości i tradycyjnie spieprzona szansa na zrobienie czegoś wielkiego.

Czy Everest się podobał? Tak, bo to film o górach. Tylko jak mi ktoś pokaże koszulkę z siedmioma szczytami, wygryzionymi przez mole albo pęknięty kubek z wiewiórką z epoki lodowcowej, to też powiem, że piękne. Bo góry to synonim piękna same w sobie, a Everest to piękno najwyższe. Tu nie ma żadnej dyskusji. Czy Everest sprostał moim oczekiwaniom? Nie, bo w Evereście zabrakło tego czegoś, co sprawia, że przenosisz się w inny wymiar, w inne miejsce, a w twoim sercu rozpala się ogień namiętności, która potrafi oderwać cię od rzeczywistości.

Zabrakło mi pięknych widoków. Uskok Hillary’ego. Ściana Lhotse. Żółta Wstęga. Żebro Genewczyków. Lodospad Khumbu. Tu można było się popisać i pokazać przerażające piękno największej góry świata. Kawały lodu wielkości kilkunastopiętrowych bloków mieszkalnych i progi skalne, przed którymi człowiek chce paść na kolana. Ja na to liczyłam. Komuś się nie chciało. Więcej burzy panie reżyserze chciałoby się krzyknąć. W końcu to miała być historia o walce z żywiołem, o zwykłych ludziach uwięzionych w zamieci śnieżnej. Więcej uderzeń lodowego pioruna, więcej smug deszczu i śniegu, więcej wiatru żylastego łomoczącego pięściami, więcej myśli obłąkanych zawieruchą, a trochę mniej tkliwej rozmowy z ciężarną żoną.

Zabrakło mi prawdy o szczycie. Nie było klimatu tej surowej strefy śmierci, gdzie człowiek czuje groźny oddech góry na swojej szyi, choć ta szczelnie otulona puchowym ciepłem. Przez chwilę nieuwagi pokazanej w filmie, można zginąć w każdych górach, nie tylko na tej najwyższej. Jakoś nie czuło się, że to był Everest – góra, która nie jedno zabrała życie i nie jedno gorące serce w lodowym grobie schowała. A człowiek oglądający Everest powinien poczuć szacun do góry, czapkę z łba ściągnąć, potrząsnąć portkami na widok szczelin, drabinek, lodowca i otchłani, która może zabrać każdego.

Zabrakło mi wiarygodności. Jest scena przeprowadzanej próby wydolnościowej zmodyfikowaną metodą harwardzką (wchodzisz i schodzisz ze stopnia w określonym czasie), ale ani razu nie pada słowo saturacja, a przecież w takich wysokich górach to święte słowo. W wysokich górach, w tym również na Evereście mierzy się procent wysycenia krwi tlenem, przez wsadzenie palucha w małe cudo, zwane pulsoksymetrem i później modli się do swojego boga aby nigdy nie wyniosła np. 53% (granica śmierci). Wszystko wydaje się takie trochę niedorobione. Brak gęb opuchniętych, ciał wychudzonych, tych oczu zmęczonych wysokością, a przecież wyjście w wysokie góry, zwłaszcza to połączone ze spaniem na wysokości zawsze wiąże się z utratą kilogramów. Do 5500 metrów nad poziomem morza tracimy więcej tłuszczyku (sprawdzone), powyżej tej wysokości spalamy już własne mięśnie (też sprawdzone). Organizm sam się pożera. Tych aktorów powinni trochę odchudzić do ostatnich scen. Zyskaliby na wiarygodności. Inna sprawa: gromadzenie się płynów ustrojowych w twarzy, dłoniach, płucach. Człowiek na takiej wysokości puchnie. Dosłownie. Gęba wygląda jak po kilku przegranych rundach z Tysonem. Na ekranie to nie rzuca się w oczy. A powinno, chociaż u jednego wspinacza. Twarze aktorów choć przyprószone śniegiem i lodem, wyglądają jak wyjęte z domowego obiektu SPA. Nie widać w nich wyczerpania, strachu, czasu spędzonego na tej górze. A wystarczyłoby wcisnąć to i owo pod skórę, żeby wypełnić i zaokrąglić mordkę, optycznie zmniejszyć oczka. Zabrakło mi autentyczności.

i…

powolnego budowania wszelkich emocji. Tam wszystko dzieje się trochę za szybko. Przeładowanie scenami, które połączone innym kolorem dramaturgicznej nici, zamiast tworzyć spójną całość, rażą. Przyspieszona akcja tam, gdzie powinno zbudować się emocje, stworzyć grozę sytuacji, dać się porwać burzy, pozwolić widzowi na chwilę stać się tym człowiekiem, który tam stoi, w całym środku tragedii i sprawić żeby cierpiał razem z nim, zabija cały klimat. Ja tego nie kupuję. Ani radości ze zdobycia szczytu, ani trudu wejścia na niego, ani lęku przed najgorszym, ani ostatniego oddechu i płatka śniegu roztopionego na jeszcze gorących ustach , szepczących kocham cię. Nie kupuję żalu z odwrotu i zejścia do bazy, bo tego żalu tam nie ma. Koleś zawraca tuż przed szczytem, a wygląda to tak, jakby wracał ze sklepu, w którym nie dostał ciepłych bułek, bo na drzwiach wisiała tabliczka ‘zamknięte’. A przecież to nie tak. Taka rezygnacja z własnych marzeń boli, bo Everest to nie sklep z bułkami, po które możesz wrócić za godzinę.

Czegoś mi w tym całym Evereście zabrakło, no! To nie jest zły film. On jest po prostu niedorobiony.

Wnioski są dwa. Pierwszy: babie nie dogodzisz. Drugi: żeby poczuć prawdziwego ducha tej krainy, trzeba wejść na Dach Świata. Trzeba zaczerpnąć energii klasztoru podczas ceremonii błogosławieństwa, własnymi rękoma rozwiesić modlitewne tybetańskie flagi na szczęście, sypnąć ryżem ofiarnym i popiołem, wsłuchać się w dzwonki jaków, brzęczących coś o rozstroju żołądka, amputowanych palcach, cenie marzeń i o tym, że żaden film nigdy nie pokaże prawdy o Evereście, bo ta prawda ukryta jest w samych górach, a nie w klatkach filmowych.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close