Hibok-Hibok

Czasami myślę, że ja naprawdę mam nie po kolei w głowie. Zamiast będąc na Filipinach, leżeć na plaży, otulać dupsko złotą opalenizną, radować duszę morskimi kąpielami, ja łażę po krzaczorach, ślizgam się po mokrych kamieniach, wystawiam ciało na pożarcie komarom, ryzykuję utratę zębów, klnę pod nosem tylko po to, żeby zobaczyć jakiś jebany krater. Kto normalny tak robi? No kto?

W planach było wejście na najwyższy szczyt Filipin, górę Apo (2954 m n.p.m), na wyspie Mindanao. Niestety bóg ognia rzucił kilka iskier na wulkan, to i owo się spaliło, w skutek czego zamiast obiecujących widoków z góry, tabliczkę ‘nie, trekowcom’ podstawiono mi pod nos.

Trzeba było szybko znaleźć jakieś inne pocieszenie. Padło na aktywny wulkan Hibok-Hibok (1,332 m), na wyspie Camiguin, którego ostatnią erekcję erupcję zanotowano w 1951 roku. Nie obeszło się bez ofiar. Jeśli wierzyć danym, około 600 osób trafiło do raju. Ufam, że nie dołączę do ich grona i wyciągam buty trekkingowe z plecaka. Wcześniej na wszelki wypadek wrzucam w google hasło ‘jak uchronić się przed lawą’. Wyszukiwarka wypluwa grę on-line w której uciekasz przed goniącą cię lawą z możliwością wcielenia się w rolę trzech różnych zwierząt. Klawisze: C aby zamienić się w szczura, X aby zamienić się w małpę, Z aby biegać jako pantera. Nie do końca o to mi chodziło, ale dobrze wiedzieć, że są takie opcje. Tylko gdzie ja te klawisze w dżungli znajdę? Czasu na googlowanie odpowiedzi na kolejne pytanie nie ma, bo wybija godzina piąta i trzeba lecieć przywitać się z Alberto.

Alberto, w skrócie Berto, jest filipińskim przewodnikiem. Na potrzeby tej notki nazwiemy go kaczuszką. Znacie taką starą, bardzo starą piosenkę o miłości, która nie miała racji bytu? Leciało to tak:

„Kaczuszko, wiesz, maki są tak duże, duże, duże, a ty masz krótkie nóżki, jak zwykle u kaczuszki. Kaczuszko, wiesz, maki są czerwone tak jak róże, kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest.”

No, to już wiecie skąd ta kaczuszka.

Kaczuszka spada nam z nieba dzień wcześniej, kiedy to jesteśmy skłonni zlecić naszemu hotelowi zorganizowanie całej wyprawy. Jesteśmy przygotowani na koszt 2.5 tys. filipińskich peso od łebka, co wydaje się dosyć dużo, no ale jeśli trzeba, to trzeba. Tymczasem poznana zupełnie przypadkiem kaczuszka mówi, że weźmie nas pod swoje skrzydła za 1700 peso za dwie osoby i zaprowadzi na samą górę. Różnica kolosalna. Nie wiem, co hotel miał do zaoferowania w cenie 5 tys. pesos, ale domyślam się, że minetka/lodzik w jeziorze kraterowym to minimum.

– Alberto, ale ty na pewno jesteś przewodnikiem i na pewno zaprowadzisz nas na właściwy szczyt? – dopytuję się dzień wcześniej.

– Yes, ma’am.

– Czy na pewno znasz drogę i nie zabłądzimy?

– Yes, ma’am.

– Za 1700 pesos za dwie osoby?

– Yes, ma’am.

– Ile razy byłeś na górze?

– Yes, ma’am.

– W jakich butach najlepiej iść?

– Yes, ma’am.

No dobra. Będzie ciekawie.

Nie widzę powodu, żeby nie wierzyć Kaczuszce. Jeszcze tego samego ranka, zanim kogut zapieje trzy razy, siedzimy we trójkę na małym motorku. Kaczuszka za kierownicą. My z tyłu na miejscu pasażera.

Pół godziny później ruszamy w teren. To jest ten moment, kiedy przydaje się spray na komary. Pryskam się od góry do dołu. Za uchem, pod pachą, między nogi, w lewą dziurkę od nosa, w prawe oko i mało brakuje, a z rozpędu prysnęłabym sobie bezpośrednio w usta. Ruszamy do boju.

Jest godzina szósta rano. Słońce jeszcze nie szaleje, a mnie już pot po dupie cieknie. Czuję, że między pośladkami tworzy się miniaturka wodospadu Niagara. Nigdy wcześniej nie wspinałam się w strefie klimatu równikowego. Do tej pory na górskim szlaku wyglądałam jak zmokła kura tylko wtedy, gdy przyszło mi iść w deszczu. Tutaj na Hibok-Hibok wszystko się zmienia. Ręce mam pokryte solidną warstwą potu. Z nosa kapią słone krople. Przez chwilę myślę, że to spray na komary. Wycieram dłonie chusteczką higieniczną. Duża wilgotność powietrza daje się we znaki. Po kilku minutach znowu jestem spocona jak dziwka w kościele.

Technicznych trudności żadnych, choć są chwile, że tęsknię za swoimi kijkami trekkingowymi. Sama trasa przypomina maraton po schodach prowadzących do nieba. Miliony stopni i miliony skradzionych oddechów. Jeszcze więcej kropli wylanego potu. Po dwóch godzinach marszu w górę jesteśmy w kraterze. Po jeziorze ostała się tylko sucha kałuża. Szukam lawy, ale po niej też ani śladu. Stąd na samą górę jeszcze jakieś 45minut.

O ile pierwszą część trekkingu można nazwać spacerem pod górę, o tyle tę od krateru spokojnie można podciągnąć pod definicję wspinaczki. Gigantyczne kamienie. Czarne, złowieszcze. Wyglądają jak groźne, uśpione potwory strzegące równikowego lasu. Dotknij je, a obudzisz je z głębokiego snu. Rozwścieczysz. Chwila nieuwagi, a chwycą cię za nogi i roztrzaskają czaszkę o swojego mokrego sąsiada.

Dalej ściana. Jakieś cztery metry niemal pionowej ściany ubitej z mokrej ziemi, wystających zdradliwych korzeni, złudnie obiecujących podparcie dla stóp wspinacza. Stoję i patrzę. Czuję się jak w grze komputerowej, w której muszę przejść kolejny poziom z jednym tylko życiem.

– Tu masz wgłębienie i tam masz wgłębienie. Jedna noga tu, druga noga tam – cierpliwie tłumaczy chłop.

– Mam za krótkie nogi! – zaczynam się denerwować.

– Alberto ma krótsze od twoich i już jest na górze – mówi, a ja w odpowiedzi posyłam mu spojrzenie, które potrafi zabić.

Ciężko mu nie przyznać racji. Nasza kaczuszka z metra cięta, ale widać, że zaprawiona w bojach. Stoi na górze i cierpliwie na mnie czeka. A ja się pieszczę ze sobą. Sama nie wiem z jakiego powodu robię z siebie taką cipę. Nie takie przeszkody pokonywałam. Na niemieckim szczycie bez raków szłam po lodzie i w śniegu brodziłam po kolanach, na austriackim wspinałam się po skałach, na widok których do tej pory robi mi się ciepło w gaciach, a tutaj kawałek ścianki z gliny i jeszcze chwila i zacznę się mazać jak przedszkolak. Agnes, weź się w garść i nie rób z siebie pipy.

Zbieram się do kupy. Jedna noga tu, droga noga tam i już jestem na górze. Kurwa, nigdy stąd nie zejdę – myślę sobie, ale martwić się tym będę później. Teraz prosto przed siebie. W nagrodę za pozytywne nastawienie dostaję w łeb z wystającego bambusa. Kilka razy ślizgam się po mokrych kamieniach i choć podeszwa z vibramu, nogi trzęsą się jak z galaretki. Nawet nie chcę wyobrażać sobie, jak wygląda wejście na krater w dniu, kiedy pada deszcz.

Po 45 minutach jesteśmy na górze. Kaczuszka ucina sobie drzemkę, a ja siadam na skale i zastanawiam się, gdzie i z czego zbudować sobie chatkę, bo taka opcja wydaje mi się o niebo lepsza niż zejście z tej góry. Przy okazji podziwiam widoki. Widać White Island, na której byłam dzień wcześniej. Na pewno ktoś teraz na tej wyspie wchodzi do turkusowej wody, ktoś inny oddaje się harcom na gorącym piasku, ktoś popija sok z mango, jeszcze inny ktoś wpierdala mojego jeżowca. Ja stoję tu, na szczycie Hibok-Hibok spocona, śmierdząca, szczęśliwa i przerażona zarazem, bo nagle przypomina mi się, że cierpię na lęk wysokości.

– Przesuń się, to zrobię ci ładne zdjęcie – słyszę.

– Nie mogę. W głowie mi się zakręci, jak się ruszę. Nie mogę się ruszyć. Już tak sobie tu zostanę. Tu mi dobrze. Nie chcę zdjęcia. W dupie mam zdjęcie. – nakręcam się jak zdrowo szurnięta.

Z tego zdenerwowania zaczynam widzieć penisy. Po mojej prawicy jest ich cała rodzina. Mniejsze i większe, stojące fallusy przykryte napletkiem. Przebudzona Kaczuszka podchodzi i chwyta jednego w prawą rękę. Pociera kutasika, wylewa kleistą ciesz na rękę i cieszy się jak Reksio przy szynce. Ja przecieram oczy ze zdumienia i zaczynam nucić wojskową piosenkę ‘Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen? Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?’ Erekcję z happy endem mi to przypomina.

Niesamowity jest świat roślin, zwłaszcza tu na Hibok-Hibok. Owy penis to roślina owadożerna z rodziny dzbanecznikowatych. Lepka ciesz to sok trawienny, który wypełnia dzbankowate liście, a napletek to wieczko, które chroni roślinę przed deszczem. Dzięki temu soki trawienne nie tracą swojej mocy i mogą rozprawić się z biednym owadem, który zwabiony wpada w dzbanek i już tam zostaje.

Myślę przez chwilę, że ja jestem takim owadem, a Hibok-Hibok dzbanecznikiem. Zwabiona wlazłam do środka. Siedzę na penisie uśpionego potwora i jeśli się nie ruszę, to rozłożę się w tempie ekspresowym, a Hibok-Hibok wchłonie moje składniki odżywcze. Zamykam oczy i uśmiecham się sama do siebie. Ja to jednak nienormalna jestem. Powoli uspokajam oddech. Jakiś ptak śpiewa piosenkę o wulkanie, który pragnął, żeby ziemia, morze lub niebo , zesłało mu kogoś do kochania, sowa coś huczy o białasce, która trzęsła portkami na myśl o ścianie, a ja nabieram powietrza w płuca. Jestem na Filipinach, siedzę na szczycie Hibok-Hibok, wiatr czesze moje potargane włosy, na dole czeka na mnie sok z mango. Czego chcieć więcej? Life is good. Agnes is happy! Jeszcze tylko muszę zejść z tego potwora.

***

Gdyby wam kiedyś przyszło do głowy włazić na wulkan, to poniżej kilka praktycznych wskazówek dla zainteresowanych:

Hibok-Hibok to nie jest, wbrew potocznie przyjętej opinii, góra dla każdego!

Wejście – koniecznie z przewodnikiem, chyba że lubisz płacić kary.

Cena – około 1700 filipińskich peso (140 PLN) za osobę. Pytaj na ulicy lokalnych. Hotele naliczają OGROMNĄ prowizję.

Buty – najlepsze trekkingowe, wysokie, usztywniające kostkę. Sandały, tenisówki –no no. Chyba że chcesz wyrwać sobie palucha przez wystające, wszędobylskie liany albo zwichnąć kostkę na mokrym kamieniu.

Skarpety – poliestrowe, w bawełnianych utopisz się w sosie własnym.

Wdzianko – wygodne gacie i szybkoschnąca, najlepiej dri fit koszulka.

Prowiant – min. 3 litry wody na osobę + batoniki dające kopa i coś pysznego na lunch na samej górze. Kiszki zagrają ci marsza już po pierwszej godzinie marszu pod górę.

Przydaje się spray na komary i krem z wysokim filtrem UV na zejście, kiedy słońce już praży niemiłosiernie.

***

ZLAZŁAM!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close