himalaje

W górach jest wszystko to, co kocham. Misterne piękno, dzika i śmiała namiętność, czarodziejskie światło tańczące z kolorami dnia i nocy, ta cisza, która pozwala ci usłyszeć swój własny wewnętrzny głos. Jest w górach coś magicznego. Coś, czego nie opiszą żadne słowa, bo góry trzeba czytać sercem, a ono nie zna standardowych zwrotów , nie ma typowego zbioru wyrażeń opracowanych według określonej zasady. Trzeba tam być, spojrzeć w niebo, w stronę śnieżnych gigantów strzegących tajemnicy życia, odetchnąć spokojem wirującym między skałami, wsłuchać się w samego siebie i iść w stronę, którą dyktuje nam nasze wewnętrzne ja. A ono zawsze mówi: W górę, Sursum Corda, w górę serca.

Tam wysoko, gdzie endorfiny i adrenalina buzują w żyłach, a serce bije mocniej przy każdym mikropęknięciu lodowca. Tam, gdzie w twojej głowie niekończąca walka o kolejny krok, o kolejny oddech, o kolejny mozolny ruch. Tam gdzie nieme modlitwy i ciche kurwy wołające o pomstę do nieba. Tam, gdzie ból odwrotu i radość ze zwycięstwa. Tam, gdzie doceniamy smak rzeczy prostych i zapach rzeczy znanych. Tam, gdzie jest potęga, potęga gór najwyższych.

Bo w nich jest jakaś niewytłumaczalna, magiczna siła przyciągania. To taka Mekka, cel pielgrzymek miłośników gór z całego świata. Każdy, kto nosi góry pod skórą, każdy, komu w duszy grają górskie potoki, każdemu, komu serce bije w rytm uderzeń raków o granit skały, prędzej czy później zawita w Himalaje. Do tego miejsca, gdzie jedni uciekają, żeby się odnaleźć, zdobyć odpowiedzi na dręczące ich pytania, inni, wręcz przeciwnie, żeby się zgubić, zatracić, wymazać z pamięci pewne obrazy, a jeszcze inni tylko po to, by żyć. By żyć pełniej, inaczej…

Himalaje zmieniają człowieka. Wystarczy jeden mały trekking, a nic już nie będzie takie samo i ten wielki magnes, zakopany gdzieś u ich podnóża będzie przyciągał twoje serce. I będziesz do nich albo wracał, albo nieustannie marzył o powrocie. To ta magia Himalajów.

Pamiętam taki moment, niedaleko wioski Chuckung, u podnóża południowej ściany Lhotse. Patrzę na czorten upamiętniający trzech polskich himalaistów. Oni tu byli: Jerzy Kukuczka, Rafał Chołda, Czesław Jakiel. To takie dziwne uczucie iść śladami wybitnych wspinaczy. Wzruszenie, że tu jestem. Smutek, że nie ma już ich.

Południowa ściana Lhotse wygląda groźnie. Niczym zła bogini, której zadanie jest tylko jedno: przerwać linę, zniszczyć bicie serca, połknąć wielu, zamknąć ich w lodowej gardzieli. Jest przerażająco piękna. Stoi chłodna, wyniosła, gardząca tobą, gardząca mną, gardząca życiem. Boję się jej. Wieje chłodem. Tylko raz na jakiś czas pokazuje swoją twarz, spod kawałka czarnej woalki chmur. Niegodzien zwykły śmiertelnik oglądać jej lico.

W tamtym miejscu, pod tą południową ścianą, przy czortenie naszych bohaterów czujesz się taki… mały.. Oddychasz głęboko i zastanawiasz się nad własnym losem i nad własnymi wyborami. Możesz to zrobić przy porannej kawie, owszem, ale tam nabiera to szczególnej wyjątkowości, bo wspominasz tych, którzy świadomie podjęli decyzję, że jeśli iść to tylko w górę.

Tutaj, patrząc na magię południowej ściany zapominasz o drobiazgach życia codziennego, o drobnych niepowodzeniach, rozlanym mleku, plamach na nowej kanapie, kąśliwej uwadze sąsiada. Tutaj, stojąc pod czortenem naszych bohaterów budzi się w twoim sercu pragnienie tworzenia piękna, dążenia do rzeczy wielkich i szlachetnych, do przełamania wewnętrznych oporów i spełnienia swoich marzeń, tych mniejszych i tych większych. Tutaj na chwilę ginie lęk, który rodzi się tylko w chwilach spojrzenia na tą wielką, przerażającą południową ścianę. Tutaj twoje serce bije trochę szybciej, a ty czujesz się tak najnormalniej w świecie odmieniony. I choć woda nie będzie bardziej mokra, ogień nie zabije smoka, a nożyce nie pokonają kamienia, to po powrocie z Himalajów nic nie będzie już takie samo.

To samo uczucie towarzyszyło mi w bazie pod Island Peak. To był ten poranek po udanym szczytowaniu. W krwi przestały tańczyć endorfiny, adrenalina przysiadła w kącie, spokojnie rozglądając się dookoła. Kolory wydawały się pochodzić z dotąd nieznanej mi palety barw. Na skałach suszyły się różnokolorowe śpiwory, goreteksowe nakrycia, raki szczerzyły swoje zęby i błyszczały w pierwszych promieniach wschodzącego słońca.

Siedzę na kamieniu z kubkiem gorzkiej herbaty. Po bazie spacerują tłuściutkie ułary. Marzy mi się rosół. Taki tłusty z wielkimi okami, świeżą pietruszką, może z odrobiną lubczyku. Ułary radośnie gruchają. Tutaj są bezpieczne. Nie dlatego, że większość z ekipy jest wegetarianami, ale dlatego, że tutaj, w Nepalu uważane są za święte ptaki i nikt ich nie ruszy. Nawet taka mała, nawiedzona Polka jak ja.

Rozglądam się dookoła. W ludziach panuje jakiś taki spokój, a może to tylko zwykłe przemęczenie? Myślałam wtedy, pamiętam, że wędrówką górską jest życie człowieka. Że każdego dnia zdobywamy nasze mniejsze i większe Everesty, podejmujemy wybory, pniemy się w górę. To w nas kryją się wszystkie narzędzia, potrzebne do zdobycia życiowych celów.

Mamy linę, którą wiążemy się z ludźmi na wspólną drogę i cała sztuka tkwi w umiejętnym marszu razem. Nie ciągnij partnera, nie męcz go, nie spowalniaj, idźcie dobrym tempem. Mamy jakiś scyzoryk szwajcarski i tylko od nas zależy, kiedy go wyjmiemy z kieszeni i przetniemy ten sznur. To twój wybór, czy chcesz ten lodowiec życia przejść sam, podpiąć się do innego zespołu, a może zatrzymać się na chwilę, ustalić nowe zasady i iść w górę, nadal na innej linie z pierwotnie wybranym partnerem. Mamy czekan do asekuracji i podparcia. Takiego przyjaciela, który jest na wyciągnięcie słuchawki telefonicznej. Podeprze, kiedy sił zabraknie, pomoże wyhamować upadek, który będzie mniej bolesny, będzie asekurował wtedy, kiedy sami nie damy rady.

Patrzyłam wtedy w niebo i myślałam, że tyle piękna jest na świecie, tyle dobrego. Widziałam to w ludziach pakujących swoje graty obok, w zmęczonych oczach naszych Szerpów, ale przede wszystkim widziałam to w sobie.

Himalaje są niezwykłe. To niezliczone stupy, malowane na stropach mandale, młynki modlitewne i targane nepalskim wichrem flagi modlitewne. Żeby dostrzec ich wyjątkowość, trzeba tam po prostu być. Trzeba stanąć w środku nicości, zadrzeć głowę w górę, zamknąć oczy, pozwolić sercu zabić mocniej i poczuć je.

Nie znam wysokich Himalajów, ale już teraz wiem, że to góry, które wydłubują oczy diabłom i kradną śnieżne aureole aniołom. A te moje Himalaje, których skrawek doświadczyłam, to miejsce zaskakujących kontrastów. Brudne, bezduszne obłoki i ciągnące się za nimi widmo wiatrów, które rozszarpią duszę człowieka na strzępy i pierwsze promienie słońca, które przyniosą ukojenie zmarzniętemu ciału. To ciężkie, powolne jaki, z dzwonkami, w których skaczą radosne melodie prostego szczęścia i zgrzyt ostrych raków walczących o ostatnie minuty przetrwania. To kolory nieba i piekła na flagach modlitewnych szarpanych na wietrze. To czarne, granitowe szczyty i biel wiecznego lodowca. To nieznośny hałas hulającego wiatru i głucha cisza ukryta w szczelinach. To uśmiech szerpy, jego pomocna dłoń i grymas bólu po długiej mozolnej wspinaczce. To niebezpieczne, mgliste przepaście i cicha przystań pod krzakiem rododendrona. To szczęście i cierpienie. To radość i łzy. To nadzieja i zwątpienie. To śmierć i życie. To Himalaje właśnie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close