toksyczny zwiazek

Noc była czarna i cicha. Niebo zakrywała gęsta warstwa chmur smaganych raz po raz podmuchami wiatru. Bez srebrnych kwiatów, które jeszcze nie tak dawno rozgwieździły bezkresną noc. Gośka zastanawiała się, gdzie one wszystkie się podziały. Może same spadły gdzieś na dziką polanę, znudzone ludzkimi spojrzeniami. Może jeden, największy, najodważniejszy, ten żądny przygód, spojrzał na pozostałe, mrugnął do nich porozumiewawczo, wzdechnął lekko i skoczył. A za nim drugi, i trzeci, i czwarty.. Wszystkie srebrne kwiaty, trzymając się za ręce, spadły z ostatniego piętra nieba. Niektórzy myśleli, że to samobójstwo, inni, że zaplanowany akt odważnej życiowej zmiany. A może ktoś je skradł? Tak po prostu przyszedł w koronkowych rękawiczkach, zagłuszony dzikimi dzwonami z pobliskiego kościoła i szybkim, acz delikatnym ruchem dłoni wsadził je wszystkie w kieszeń. Kilka upiął w kasztanowe włosy, kilka wczepił w źrenice, żeby błyskiem płeć przeciwną wabić, kilka wsadził do wazonu i postawił na parapecie swojego okna. Niech cieszą tylko tych wybranych.

Gośka wyjęła telefon. Przewinęła wiadomości na ekranie. Oddychała pełnią… pełnią księżyca i wiadomości w folderze ‘odebrane’.

– Jesteś toksyczna, dziecinna i niedorzeczna. To wszystko to forma znęcania się. Tak, jesteś zwykłą tyranką. Emocjonalną tyranką. Zepsuta i manipulująca moimi najlepszymi intencjami.

Przewinęła dalej.

– Nie jesteś dobrym człowiekiem. Kontrolujesz, terroryzujesz, manipulujesz i niszczysz mnie kawałek po kawałku. To jest chore. To jest toksyczne.

– Wykasuj te wiadomości i nie czytaj ich więcej – mówię, dając jej kuksańca w bok. – Zmień numer telefonu, jeśli będzie to konieczne. Przetnij ten sznurek, który już i tak przekroczył dopuszcalne normy naprężeń i nie oglądaj się za siebie.

Mówię tak, bo jest mi łatwo tak mówić, bo mnie to nie dotyczy. Ja jestem tylko biernym obserwatorem. Wiem, że i tak tego nie zrobi. Nie wydostanie się z toksycznego układu, bo… potrzebuje go, żeby żyć. W marcu próbowała zakończyć relację, która zamiast ją cieszyć, smuciła. Z tym samym facetem, który raz na jakiś czas straszy ją wizją odejścia, umawia się z innymi babami, a w Wigilię dzieli się z nią nie tylko opłatkiem, ale również grzybicą. Dała się złapać na jego gierki, słowne pułapki, od których kobiecie drży serce i wilgotnieją majtki. Ona chciała odejść, on pisał, nie dawał spokoju. Ona milczała, nie odpowiadała na wiadomości, on wariował i słał epopeje miłosne lepsze niż listy Bethovena do wiecznej ukochanej. Uległa. Przytuliła go do piersi zaraz po tym jak zniszczyli misternie ułożoną wieżę z poduch i rozczochrali prześcieradło równo rozłożone w jego sypialni.

Znam Gośkę nie od dziś. Wystarczająco dobrze, by być pewną, że nie jest kobietą, którą opisywały wiadomości. Jedyne czego w życiu chciała to kochać i być kochaną. Wpadła w zły układ. W nieodpowiednim facecie odkryła swojego boga i wszystkie jego diabelstwa. I pokochała je. Wmówiła sobie, że to ten i tylko ten, i żaden inny.

– Wasze linie miłości się trochę popierdoliły, Gosia – mówię, wyciągając z kieszeni porwane rękawiczki.- Może i ma serce wypełnione czułością, ale w jego umyśle płynie terror i tyrania. Za często cię zasmuca. Za często przez niego płaczesz. Za często nadinterpretujesz jego zachowania. Za często się zadręczasz tym, z kim teraz jest i co robi. Nie widzisz tego?

– Widzę.

– Musisz się wziąć w garść.

– Muszę.

– Nie możesz tak żyć.

– Mogę.

– Nie powinnać.

– Ale ja go potrzebuję – no i weź tu z taką gadaj. – Bez niego to będzie tak jak w tym wierszu, kiedy wiesz… – Gośka szuka tytułu albo chociaż autora, ale rezygnuje po sekundzie i nakreśla szybko przekaz liryczny. – Można wyłączyć dzień i nic się nie stanie. Nadal może być pięknie, bo są gwiazdy, jest księżyc, jest droga mleczna, jest magia. Ale jak się wyłączy noc…to.. to nie ma już nic. – Patrzy na mnie z prośbą o zrozumienie. – Bez niego to tak jakby wyłączyć noc. Bez niego nie ma już nic, Agnes.

-Pojebało cię do końca? – na mnie można zawsze liczyć.

-Tak.

Patrzę na niebo. Księżyc wydaje się pozszywany ze złotych kawałków. Zniszczony i stworzony na nowo. Rozkładam ręce. Zawsze powtarzałam, że baby to jednak głupie są. Kochają bezlitośnie. Oddają swoje talenty i marzenia facetom, często nieodpowiednim i kończą jak ten księżyc na niebie. Zniszczone, zszyte nitką woli przetrwania z łatami na sercu i na dupie. A później marnują godziny w kolejkach po mocno kryjący podkład, który aplikują na blizny po braku zaufania , na szramy po kłamstwach, na dzikie mięso, które wyrosło w miejscu zdrady. Może to jej urok, może to choroba psychiczna.

– Czyli wiesz, że tkwisz w toksycznym związku?

– Wiem.

– Jesteś głupia.

– Jestem – Gośka spogląda na mnie i wstydliwie się zaśmiewa. – On mnie jutro przeprosi. Powie, że nie chciał mnie zasmusić, że tęskni za mną, że nie może beze mnie żyć. Że to jest fizyczna, mentalna, duchowa i emocjonalna potrzeba, którą czuje od dnia, kiedy się poznaliśmy. Potrzeba która nie słabnie, a wręcz przeciwnie, rośnie w siłę. I ja w to uwierzę i powiem, że potrzebuję trochę czasu, żeby sobie poukładać swoje emocje i po dwunastu minutach nie będę pamiętać, że mnie zasmucił, że znowu się kłóciliśmy o takie bzdety, że znowu wyprowadził mnie z równowagi, że…

– Gośka – przerywam jej, bo słyszałam to już setki razy. – Ty z tych emocji mogłabyś zaparzyć truciznę tak mocną, że pół stolicy wykitowałoby w minutę. Myślisz, że to jest miłość?

Pytam Gośkę i nagle sama zadaję sobie to pytanie. Gośka jest najmłodszym dzieckiem alkoholika i matki od lat cierpiącej na niezdiagnozowaną depresję. Jej facetowi można przypisać ‘mommy issues’. Mamusia nie przytulała wystarczająco często, nie mówiła, że go kocha i że jest dzielnym chłopczykiem, który może wszystko. W ich domach nie było rodzicielskiej miłości. Była pustka, czarna dziura. Klasyczny przykład emocjonalnych kalek, które odnalazły się, złapały się za ręce, za łby, za włosy i wypełniły pustkę po mamusi i tatusiu. Kiedy są razem, jest im dobrze. Może kochają się tak, jak potrafią? Nieudolnie, nieporadnie, bezlitośnie.

– Tak. Ja go kocham. I chcę, żeby był w moim życiu na zawsze, choć wiem, że ‘zawsze’ nie istnieje – Gośka zaczyna się trząść. Nie wiem, czy z zimna, czy z emocji, czy tęsknoty za swoim dupkiem, którego nie widziała od kilku dni.

To był ten moment, kiedy zrozumiałam, że moja rola nie polega na prawieniu morałów i udzielaniu rad. Że nie istnieje tylko jeden model szczęście i każdy z nas potrzebuje czegoś innego, by  czuć się potrzebnym, zaspokojonym i w pewnym sensie spełnionym. Że nie mogę kogoś na siłę uszczęśliwiać swoją wizją miłości i partnerstwa. Że nie zmienię człowieka, jeśli on nie chce, nie widzi potrzeby zmiany, bo ta zmiana i chęć pracy nad problemem musi wychodzić od niego samego.

– Jak cię następnym razem wkurwi, to wiesz, gdzie mnie znaleźć, a teraz chodź, zimno się robi.

Naciągam czapę na czoło, wstaję i wyciągam po nią rękę.

– Dzięki – słyszę – że wysłuchujesz tego po raz setny.

– Zawsze do usług. Jak widać ja też mam nie po kolei w głowie.

Spoglądam jeszcze raz w górę. Gdzieś tam coś mrugneło, zamigotało. Mały, srebrny kwiat nieśmiało pojawił się na niebie. Może zawsze tam był, może schował się na chwilę przed ludzkim spojrzeniem, a może dopiero zrodził się z łez księżyca. Bo nawet łysy zapłakał tej nocy nad losem wszystkich Gosiek świata.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close