jak pakowac sie na wakacyjny wyjazd

– Jestem najbardziej wyluzowaną kobietą, jaką znasz, prawda? – spoglądam na chłopa czyszczącego aparat fotograficzny specjalną skórką ze szczurzej dupy marki fuzz.

– Ty?! – wykrzykuje zdziwiony, a filtr polaryzacyjny wypada mu z ręki i ginie gdzieś w futrzanym dywanie.

– No ja! Znasz inną kobietę, która pakowałaby się na wakacje w ciepłym kraju pół godziny przed wylotem na lotnisko? – pytam.

Nie zna. Ja też nie znam. Ty pewnie też nie znasz.

– Ty nie jesteś najbardziej wyluzowana. Jesteś małą furiatką i już czuję, że będę za to płacił. Dlatego rusz dupę i idź się pakuj.

Nie poszłam. Zamiast tego włączyłam sobie kolejny odcinek Lucyfera. Fajnie byłoby spotkać na swojej drodze takiego diabła. Spakowałam się następnego dnia. 15 minut mi to zajęło.

– Wiesz, spakowałam jedną sukienkę, ale zapomniałam o butach do niej. Tenisówki do małej czarnej to może być zbyt wiele ekstrawagancji nawet jak na mnie, nie sądzisz? – powiedziałam bardziej do siebie niż do niego, bo co facet może wiedzieć o tego typu dylematach.

Zaraz później zajarzyłam, że zapomniałam też szczotki do włosów, antyperspirantu i że nie mam podkładu, bo akurat się skończył.

– Będę musiała zrobić niewielkie zakupy na lotnisku – powiedziałam na głos, spoglądając na odpryśnięty lakier na paznokciach. – Muszę kupić zmywacz i jakiś lakier, bo nie wzięłam, i jeszcze podkład i szczotkę do włosów. I antyperspirant.

Pomyślałam o tych wszystkich kobietach, które mają czas i siłę na to, żeby przed wakacjami pobiec do kosmetyczki i zrobić sobie żele, hybrydy, shellac czy jak to tam się nazywa i przez chwilę im pozazdrościłam. Pierdolone paniusie.

Na lotnisku kupuję miniaturową szczotkę do włosów, przez którą później będę musiała dwa dni przetrwać o wodzie i suchych kawałkach chleba wyrwanych z kaczego dzioba. Jak takie małe gówno może być takie drogie? Kupuję też zmywacz, lakier i podkład. Zapominam o antyperspirancie.

Następnego dnia się zaczyna…

– Dasz mi trochę swojego antyperspirantu? – pytam badając nowego pryszcza na policzku. Zawsze, ale to zawsze jak gdzieś się wybieram wyskakuje mi jakieś gówno. Dobrze, że prawdziwe piękno mam w swoim bogatym wnętrzu.

– Będziesz pachniała jak facet – odpowiada.

– Trudno. Wolę być męska niż śmierdząca – wzruszam ramionami i łapię małe opakowanie wycelowane prosto we mnie.

– Nie miałaś sobie kupić na lotnisku?

-Zapomniałam – wzruszam ramionami po raz drugi.

– Potrzebuję jeszcze twojej szczoteczki do zębów… – patrzę na niego już trochę zakłopotana. – Kupię zaraz w jakimś sklepie! – obiecuję i myślę sobie, że pakowanie się 15 min przed wyjazdem to może nie był znowu taki dobry pomysł.

– Dasz mi swój pasek do spodni? – mówię, wychodząc z łazienki.

– A swój gdzie masz?

– Zapomniałam – przyznaję zgodnie z prawdą.

– Łap – chwytam czarny kawałek skóry, który dolatuje do mnie razem z jego słowami.

Wciągam między szlufki, patrzę w lustrzane odbicie. Ciężki pasek ściąga lekki kawałek materiału spodenek. Gacie zwisają na moich chudych biodrach. Pieprzona grawitacja.

– Wiesz co, nie chcę go, użyję apaszki – mówię oddając mu pasek i wyciągając trójkątny kawałek bawełny. – Ale możesz mi dać swój…

Taki był początek, a później było już tylko lepiej…

– Że co?! – wrzeszczę. – Zostajemy tu na noc?! – pytam, mając nadzieję, że powie, że się przesłyszałam.

– Mówiłem ci tysiąc razy – odpowiada spokojnie.

– Nie mówiłeś! – wydzieram się tak, że starszy pan siedzący przy stoliku obok aż podskakuje.

– Mówiłem. Nie moja wina, że masz problemy z przyswajaniem informacji – odpowiada jeszcze spokojniej.

– Nie mówiłeś! – może i mówił. Pewnie nie przywiązywałam większej uwagi, a słowa nie jak kilof, weszły jedną stroną, wyszły drugą i w głowie nie zostały. – Mówiłeś, żebym zabrała tylko to, co mi będzie potrzebne na rowery. – Nie mogę pogodzić się z zaistniałą sytuacją – To chyba normalne, że nie brałam swojej kosmetyczki! Jak ja jutro będę wyglądać? Po rowerach, śmierdząca, w znoszonych majtkach, bez kremu, bez szczotki do włosów, bez kurwa niczego.

Patrzę na siebie. Sandały, krótkie spodenki przepasane apaszką, koszulka bez rękawów i tyle. Ani mniej, ani więcej. W plecaku mam jeszcze tylko rękawiczki na rower i buffa na wypadek, gdyby na rowerach łeb urywało. Reszta została w aucie na portowym parkingu. Tutaj na wyspie Gozo mam tylko to, co na sobie.

Tu następuje FOCH. Przez jakieś 15 minut zastanawiam się, jak sobie poradzić w tej sytuacji. Mogę pożyczyć kosmetyki od jakiejś babki w hotelu, ale która będzie chciała dzielić się z jakąś obcą babą kremem, pudrem, tuszem, czy zapachem?  Ja bym nie chciała, żeby ktoś obcy nakładał moje cuda na swoją parszywą gębę. Mogę zawsze coś kupić, ale dzień wcześniej wydałam fortunę na lotnisku. Kasą nie sram. Mogę po prostu wziąć prysznic i zrezygnować z kosmetyków, ale jestem już w takim wieku, że bez kremu skóra się ściąga, bez podkładu wyglądam jak śmiertelnie chora, a bez czarnej kredki oko traci blask. Mogę też…. Olśnienie! Mogę pójść do tej apteki na którą właśnie patrzę i zapytać o próbki. Idę.

– Dzień dobry. Mój mąż jest debilem. Nie powiedział mi, że zostajemy na tej wyspie na noc. Wszystkie moje kosmetyki zostały w porcie, w samochodzie. Czy jest szansa, że macie jakieś próbki podkładu najlepiej z filtrem?

– Nie mamy. I nie mamy pojemników, ale tam na dole mogą mieć.

Idę na dół.

– Dzień dobry  – rezygnuję z tekstu mój mąż jest debilem, bo ostatnim razem nie zadziałało.  – Nie wiedziałam, że zostajemy na noc  i zostawiłam wszystkie kosmetyki w hotelu w Sliemie. Macie może jakieś próbki? – pytam spoglądając na stoisko z produktami Lancome. Takie marki zawsze mają jakieś próbki. Jak dobrze trafię, to nawet oko sobie umaluję.

– Nie mamy pojemniczków – pani w białym fartuchu rozkłada dłonie.

Ty mi tu z takimi tekstami nie wyskakuj. Ja stąd nie wyjdę bez próbki.

– To może jakaś saszetka? Jakikolwiek kolor, byle beżowy i jakakolwiek marka, byle z filtrem – dodaję. Żebrak nie może wybierać.

Pani w kitlu odchodzi i wraca z saszetką Shiseido. Jeszcze lepiej. Zawsze miałam ochotę wypróbować to cudo. Będzie okazja. Nie mój kolor. Kość słoniowa. Będzie za jasny jak nic. Po drodze w body shop próbuję raz jeszcze.

– Dzien dobry mój mąż jest debilem. Nie powiedział, że zostajemy tu na noc, a ja nie zabrałam ze sobą swoich kosmetyków – nie mogę się pohamować i mocno akcentuję słowo ‚debil’. – Nie chciałabym wystraszyć jutro połowy populacji tej wyspy, ju noł?

– Ooooo, jak romantycznie. Taka niespodzianka, tak? – podnieca się dziewczyna z Body Shopu.

– Nie!!!! Po prostu jest debilem – myślę sobie, ale mówię tylko: nie, nie dogadaliśmy się.

Dostaję odrobinę podkładu. Wracam do knajpy. Wyłączam funkcję FOCH.

– 70 euro proszę.

– Co? – patrzy na mnie jak porażony prądem.

– 35 euro na podkład i 35 euro na puder. Ciesz się, że z kremu zrezygnowałam.

– Poważna jesteś?

– Śmiertelnie.

– Dobrze – sięga za portfel, a ja zaczynam się śmiać.

– Żartowałam głąbie. Dostałam próbkę. Jesteśmy uratowani. Może jeszcze gdzieś zdobędę filtr przeciwsłoneczny. Na wypadek gdyby jutro grzało od samego rana. Wyłączyłam też FOCHA. Chodź, spadamy stąd.

Próbkę Biodermy faktor 50 dostaję  w przydrożnej aptece.

– Pierwsza myję zęby! – krzyczę z łazienki. – Mamy tylko jedną szczoteczkę do zębów. – O proszę! Sobie to laluś nawet perfumki zapakował – mówię grzebiąc w jego kosmetyczce. – A ja? Ja mam chodzić śmierdząca?! – Krzyczę widząc zawartość jego torby toaletowej. Daj trochę – dodaję.

– Będziesz pachniała jak facet.

– W dupie to mam – wypinam język w jego stronę. – Masz jakiś krem?

– Taka mała miniaturka niebieski Nivea.

– Ten? – krzyczę wyciągając zieloną Tołpę.

– To jest niebieski?

– Nie. Zielony.

– I jeszcze powiedz, że nie masz problemów z przyswajaniem informacji.

Nakładam nawilżający krem do twarzy dla facetów. Pod pachy psiukam męski dezodorant. Wychodzę.

– A co ty tam masz? – patrzy na moje nogi.

– Gdzie?

– No tu między nogami..

– Ale gdzie? – powtarzam lekko zaniepokojona.

– O tu! – Wskazuje na moje krocze. – Kutas ci rośnie!

Phi! Wielkie mi rzeczy…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close