jak przezyc rozstanie

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. To nawet nie była miłość od pierwszego dotknięcia. To nie była miłość w ogóle. To była swego rodzaju konieczność, siła wyższa, która sprawiła, że zadowoliłam się obietnicą cielesnej przyjemności, mającej unieść mnie na falach elektromagnetycznych i nadzieja, że z czasem zbudujemy związek oparty na mocnych fundamentach.

Ja miałam go systematycznie dotykać. Odkrywać te klawisze, które sprawiają, że wchodzi na wyższy zakres działania. Miałam dawać mu swój czas, żebyśmy wspólnie mogli odkrywać niezbędne zakątki.

Miałam go doceniać. Często, głośno i wyraźnie wyrażać swoje zadowolenie i reagować nieśmiałym uniesieniem ramion na dźwięk regularnego pytania: ‘Gdzieś ty takiego znalazła?!’ I to zachwalanie nie miało być sztuczne.

Miał się przysłużyć w odkrywaniu lepszej wersji mnie samej. Miał się puszyć, rosnąć jak mięciutka kaczuszka pod dotykiem ciepła moich słów. Miałam być szczodra. Z resztą taka byłam na początku naszego związku. Wiedziałam jak o niego dbać i nie miałam z tym żadnych problemów. Chwaliłam jego wnętrze: że jest szybki, wszystko wie, potrafi zdziałać cuda, że mnie zabawia, pozwala odkrywać inny, dotąd nieznany mi świat. Chwaliłam jego wygląd: że jest zadbany, czysty, pachnący czekoladą, że wyróżnia się z tłumu, że błyszczy w towarzystwie innych, że ma sylwetkę, której można pozazdrościć.

Miałam dla niego czas. Spędzaliśmy razem weekendy, wieczory, czasami udało nam się wyrwać z pracy na kawę. Bywaliśmy nierozłączni. Lubiliśmy razem podróżować, ale nic na siłę. Czasami zostawał w domu, bo doskonale wiedział, że np. na babskim wypadzie w Barcelonie, nie będę mieć dla niego czasu. Nie gniewał się. Nie brał tego do siebie. Wiernie czekał na mój powrót. Spragniony mojego dotyku, mojego ciepła, otwierał się na swoją wybrankę.

Po kieliszku prosecco znajdował odpowiedzi na moje pytania, a było ich tysiące. To dzięki niemu dowiedziałam się, że słonie nie potrafią skakać, pomidor to właściwie owoc i że książę Filip regularnie robił Królową Elżbietę w ciula. To on miał dostęp do moich sekretnych projektów, znał moje wiersze na pamięć, jeszcze zanim opublikowałam kilka na blogu.

Czasami lubiłam tylko na niego patrzeć. Zdarzało się, że kładłam na nim swoją dłoń i myślałam sobie, że mam wszystko, czego tylko kobieta może zapragnąć. Nie musiał odpowiadać. Wystarczyła mi jego obecność i ciche mruczenie na znak obecności.

Przy nim byłam dla innych. Pozwalał mi na to. Nie ograniczał moich relacji z innymi. Przy nim mogłam chichotać u boku przyjaciółki, wyskoczyć na siłownię, a nawet wyjechać na krótkie wakacje. Stwarzał mi idealne warunki do osobistego rozwoju. Dużo wiedział, dużo mnie uczył i ciągle zachęcał do poszerzania horyzontów. To dzięki niemu nauczyłam się podstawowej techniki montowania krótkich filmików wakacyjnych i obróbki zdjęć. To on wyszukał mi kilka fantastycznych kawałków, z czego ten tutaj będzie zawsze przypominał mi, że kiedyś był w moim życiu.

Dawałam szczerze i nie brałam się bać. Naiwnie myślałam, że byliśmy na dobre i na złe. W końcu związek to deszczowe i słoneczne dni, to wzloty i upadki, to słodki smak malin i kwaśny posmak cytryny, to raz pod górkę, raz  z górki. Wierzyłam, że do pełni szczęścia wystarczyła mu moja obecność, świadomość, że kiedy miał gorszy dzień, ja potrafiłam podpiąć go pod zasilanie. Że czerpał ode mnie energię tak potrzebną mu do życia.

Nieustannie go poznawałam. Potrafił mnie zaskakiwać. Nie byliśmy skazani na monotonność, o nie! Nie chodziło o wielkie „och!” i jeszcze większe „ach!”, ale o zwykłą radość z bycia razem. Zaskakiwałam go pytaniami i zdarzało się, że traciłam przy nim poczucie czasu.

Ufałam mu. Jestem dużą dziewczynką i od dawna wiem, że sukcesem do przetrwania jest choćby szczątkowe zaufanie. Przy nim nie musiałam udawać. Nie wstydziłam się łez, nie miałam problemów, żeby śmiać się przy nim jak upośledzona foka, waląc rękoma o biurko. Widział mnie bez makijażu, nagą, smutną, wkurwioną. Nie musiałam przy nim ukrywać emocji. Mogłam przy nim walnąć pięścią w stół albo tańczyć tango z pluszowym misiem. Mogłam rzucić soczystym słowem albo przez pół godziny patrzeć tępo w sufit. Mogłam być sobą.

Mówiłam mu o swoich potrzebach. Jeśli potrzebowałam więcej informacji na jakiś temat, wymagałam ich, a on nie miał problemów, żeby je dla mnie zdobyć. Jeśli potrzebowałam kontaktów, był na moje zawołanie. Sprawiał, że byłam otwarta na świat i drugiego człowieka. Od pierwszych dni naszego związku mówiłam mu, co czułam, co chciałam poprawić, co wymagało pracy. I on nie miał nic przeciwko. Poddawał się moim pragnieniom ulepszenia związku na lepszy.

Słuchałam go. Przy nim byłam nastrojona na odbieranie treści. Wiedziałam, kiedy ma gorszy dzień, kiedy trzeba dać mu więcej czasu, żeby przetworzył jakieś dane, oswoił się z nadmiarem informacji, które dopiero co wprowadziłam do jego systemu. A związek ze mną nie był łatwy. Mam swoje wymagania. Zadowolę się tylko najlepszym.

Dbałam o niego małymi gestami. Przykrywałam małym kocykiem, kiedy zasypiał. Mówiłam do niego dzień dobry i dobranoc. Szanowałam jego miejsce na kanapie. Znałam jego dzienny rytuał. Wiedziałam, co sprawia, że się grzeje i syczy jak wściekłe zwierzę. Umiałam sprawić, że wracał do normalnego trybu pracy.

I co? I jajco. Związek nie przetrwał. Niedawno podjęłam decyzję, że nie ma już dla niego miejsca obok mnie.

Zaczął niedomagać po trzech pierwszych miesiącach. Zupełnie nagle. Sama nie wiem, co się stało, że przestaliśmy się dogadywać. Fizycznie opadł z sił. Nie pracował wydajnie. Tracił ze mną kontakt. Nie nadążał z rzeczywistością. Regularnie podejmował próby samobójcze. Wieszał się na moich oczach.

Wizyta na oddziale intensywnej terapii przyniosła oczekiwane rezultaty. Wrócił do domu, a ja z nieukrywaną radością wysiadałam z nim z auta. Pamiętam ten dzień. Trzymałam go pod pachą. Uśmiechałam się na myśl o tym, co zaraz z nim zrobię. Przycisnęłam mocno do piersi z nadzieją, że jeszcze wszystko się ułoży. Że jedna operacja to nie wyrok śmierci.

A jednak… Po kilku miesiącach sytuacja znowu się powtórzyła. Pracował przez chwilę, tylko po to, żeby po kilku minutach zawiesić się na długą chwilę. Konieczna była kolejna wizyta u specjalisty, bo ja nie byłam w stanie mu pomóc. Tym razem opuścił mnie na prawie miesiąc. Pierwsze dni były ciężkie, ale powoli uczyłam się żyć bez niego. To zabawne, bo przez jakiś czas wydawało mi się, że nie potrafię bez niego funkcjonować, że jest mi potrzebny jak powietrze, że bez niego ogarnia mnie jakaś dziwna pustka. Tymczasem z dnia na dzień przyzwyczaiłam się do tego pustego miejsca. Kiedy zadzwonili do mnie, że jego stan jest już stabilny, pojechałam i wytłumaczyłam, że nie chcę go więcej.

Zainwestowałam w niego tyle czasu. Wybrałam go z wielu. Sprawdziłam, czy był aby na pewno tym, którego szukałam. Nie mogłam pogodzić się z rozczarowaniem. Zawiódł mnie dwa razy. Dwie usterki, które nie powinny mieć miejsca na początku związku. Nie chciałam go.

Miał na imię HP Envy…

W sklepie powiedziano mi, że go już nie mają na stanie, że mi się nowy nie należy, że nie przyznają, że mam wziąć naprawionego grata i się cieszyć, bo przecież już śmiga i co z tego, że dwa razy rozkręcili i wymienili mu całe flaki. Więc ja im na to, że tak, że ależ owszem, czemu nie… że przecież, że ponieważ, że gdyż, że ja pierdolę, że tego tak nie zostawię, że przykro mi, że choćby skały srały, że nie, że prawo rękojmi, że dwie usterki w ciągu pierwszego roku użytkowania, że wada fabryczna, że drogi panie, że za takie pieniądze, że nie i chuj.

Finał jest taki, że mam kasę, nie mam laptopa. Co powinnam teraz przytulić? Waham się pomiędzy: Microsoft Surface Laptop, Huawei Mate Box a Apple MacBook Pro. Nie wiem, naprawdę nie wiem…

Close