jak smakuje jezowiec

White Island to kupa piachu wywalona kawałek od wyspy Camiguin, a Camiguin to druga najmniejsza wyspa na Filipinach, a Filipiny to już wiecie, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, czyli mówiąc w skrócie kurewsko daleko.

Na wysepkę można przypłynąć łódką, a jak się uprzesz to pewnie i w pław. Ja jestem miękka kredka, wybieram opcję pierwszą i nawet kapok zarzucam na garba. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Jedna łódka, kupa żółtego piachu i kilku Filipińczyków leniwie wyciągających się na nim. W wodzie jakaś kobieta unosi się na fali. Piękne ciało. Naprawdę piękne ciało ukryte pod toną tłuszczu. Bliżej brzegu jakaś para. Chyba śpią, tworząc plątaninę nagich rąk i nóg. Jak przyssane do siebie egzotyczne pijawki wyplute przez morze.

Chłopa zostawiam. Sama ruszam przed siebie. Z tej strony plaża wygląda na zupełnie opustoszałą. Ktoś poskładał wszystkie parasole, wyzbierał muszle i przykrył niebo burym kocem. Jest ciepło, ale grafitowe chmury wróżą deszcz. Szybkim susem wskakuję na kupę piachu, przechodzę na drugą stronę. W oddali Filipińczyk wyciąga coś z sieci. Podbiegam do niego. Wygląda jak Bob Marley po wakacjach w Czarnobylu.

– Co tam masz? – pytam jak na ciekawskiego babsztyla przystało i bezczelnie zaglądam do koszyka.

Kucam na piasku. Z oddali muszę wyglądać jakbym robiła siku. W koszyku kilka kolczastych kulek. Kładzie mi jedną na dłoni. Wygląda jak jeż zwyczajny, tylko noska jak koralik brak. Jeżowiec. Nigdy wcześniej nie trzymałam w ręku jeżowca. Łaskocze! Patrzę na kulkę poruszającą się po mojej dłoni. Przyglądam mu się z bliska. Niesamowite kolory. Ma na kolcach odpryski słońca, spieczoną słońcem skórę nektarynki i kasztanowe piegi.

– Co z tym robisz? – powinien odpowiedzieć, że buty, prezerwatywy albo deski klozetowe. Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Co się robi z owocami morza? No żre się, a co ma się robić?

– Sprzedaję  – odpowiada.

– Ile taki jeden? – pytam, bo lubię wiedzieć.

– 20 peso – to tyle, co mój balut, myślę sobie.

– Chcesz?

– Jak to się je? – znowu pytam, bo znowu nie mam zielonego pojęcia. Nigdy wcześniej nie jadłam jeżowca.

Filipińczyk wskazuje na ostro zakończony nóż. Na surowo! Otwiera się najeżoną kulkę i wyjada środek pilnie strzeżony kolcami. Później można jeszcze poklepać się po brzuchu.

Patrzę na małego jeżowca, który chyba czuje, co się święci, bo ma ochotę spierdolić do morza. Porusza się po dłoni znacznie szybciej. Przestawiam go tak żeby nie spadł na piasek.

Jak smakuje jeżowiec? Ciekawość staje się czymś  w rodzaju niewidzialnej ręki, która ciągnie mnie jeszcze bliżej koszyka. Zaglądam jeszcze raz. Z daleka wszystkie wyglądają jak kłębki wełny. Z bliska jak nietypowe kuki armatnie. Filipińczyk wskazuje na innego jeżowca z białymi jak płatki śniegu kolcami. Wyobrażam sobie, że rzucić takimi kulkami w kogoś, to dopiero byłaby zabawa.

– Afrodyzjak – mówi Filipińczyk i cieszy się jak impotent na nawet najmniejszy szelest w swoich spodniach.

Taki argument akurat do mnie nie przemawia. W Bordeaux objadałam się małżami, które też do afrodyzjaków należą.  I co? Owszem marzyłam o spaniu, ale w pojedynkę, odwrócona dupą w drugą stronę. Chciałam iść do łóżka, ale walnąć w kimę. Żadne bara bara w głowie mi nie było.

Siedzę w kuckach przy tym koszu jeżowców już jakieś 20 minut. Zdążyłam zrobić im zdjęcia telefonem komórkowym, aparatem fotograficznym, nakręciłam kamerką krótkie ujęcie, jak ten jeden wybraniec porusza się po mojej dłoni. Jeśli posiedzę jeszcze dziesięć minut to wyciągnę ołówek i naszkicuję go na zużytej chusteczce higienicznej. Kolejne dziesięć może zaowocować portretem jeżowca stworzonym pospiesznie palcem na piasku. Trzeba podjąć decyzję. Jeść albo spadać.

Filipińczyk odwraca mojego jeżowca do góry nogami.

– Tutaj ma zęby  – agresywnie pociera maleńki aparat szczękowy.  Przyglądam się zaciśniętym, maleńkim ząbkom, które pod wpływem nacisku brudnych paluchów, otwierają się. Podobno zęby jeżowca nigdy się nie tępią. Mój jeżowiec wygląda teraz jak owadożerna roślina.

Jakoś nie mogę sobie wyobrazić smaku tego kolczaka. Co też może skrywać w swoim środku? Do tej pory moje kulinaria na Filipinach to świat lodów z wodorostów, ryby Lapu-Lapu, egzotycznych owoców, prosiaka, kurczaka, ryżu z czosnkiem i jednego baluta. Czas na jeżowca. Jak nie będzie dobry, to go wyrzucę i tyle.

Spoglądam na kolczastą kulkę. To coś żyje. Delikatnie porusza kolcami. Chodzi mi po ręku.  Mam chwilę zwątpienia. Przekładam swojego jeżowca z ręki do ręki. Baluta spróbowałam, to czemu jeżowca miałabym nie zjeść? Wrócę do domu wzbogacona o kolejne kulinarne doświadczenie.

– Wezmę jednego, okay? – mówię do Filipińczyka, który w tej samej chwili sięga po ostre narzędzie zbrodni.

– Ale nie zabijaj – Filipińczyk patrzy na mnie jak na pierdolniętą. Pewnie myśli, że za chwilę wsadzę do gęby całego, razem z kolcami. Przeżuję kilka razy i wypluję jakieś kawałki, które nie chciały przejść przez gardło. Patrzy na mnie z zainteresowaniem.

– To już mój jeżowiec – mówię i podaję Filipińczykowi dwie monety dziesięciopensowe.

Tak, to mój jeżowiec. Mogę zrobić z nim co mi się spodoba. Mogę go grillować i zjeść na ciepło, zamiast na surowo. Mogę nim rzucić w przypadkowego turystę i udawać głupa. Jest deszcz żab. Może być deszcz jeżowców. Mogę go przywiązać do sznurówki i zabrać na spacer po plaży.

Tymczasem Filipińczyk podnosi swój koszyk, a ja odchodzę z moim jeżowcem. Idę w stronę morza. W klapkach wchodzę do wody i wrzucam go daleko od brzegu. Tam jest jego miejsce. To jest jego dom. Jeśli kiedyś na jakiegoś stanę przypadkiem, to przypomnę sobie tę historię i pomyślę, że trzeba było zjeść gada ze smakiem. Tymczasem niech sobie jeszcze pożyje. To był zbyt piękny dzień, żeby umierać.

Wracam do hotelowego pokoju i czytam o jeżowcach. Gesslerowa mówi, że jeżowca przekraja się na pół, co by się zgadzało z tym, co mówił Filipińczyk i z na wpół żywego zwierzaka, wyjada się galaretowatą ikrę. „Jedna łyżeczka tego specjału to jakby koncentrat z dziesięciu homarów, dwóch płatów anchois i głowy jednej krewetki, doprawiony cudownym, morskim aromatem.” Może tak, może nie.

Baluta zjadłam i jeżowca pewnie też bym wciągnęła, gdybym nie trzymała go wcześniej na ręku i nie widziała jak delikatnie porusza kolcami. Za bardzo przywiązałam się do tego kolczaka. Nie mogłam go od tak wszamać na surowo. Miękka kredka jestem.

To jak naprawdę smakuje jeżowiec? Bo ja nadal nie mam pojęcia.

1 Comment

  1. […] inny oddaje się harcom na gorącym piasku, ktoś popija sok z mango, jeszcze inny ktoś wpierdala mojego jeżowca. Ja stoję tu, na szczycie Hibok-Hibok spocona, śmierdząca, szczęśliwa i przerażona zarazem, […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close