jak nie nudzić się podczas biegania

Bieganie to mój upośledzony kochanek. Ja go rzucam, a on do mnie ciągle wraca. Zostawiłby mnie w spokoju raz na zawsze i pozwolił zająć się uprawą kalarepy. Nie pytajcie go o zdanie. On powie, że to ja upośledzona, padam przed nim na kolana i błagam o więcej. Albo pytajcie: i tak nic wam nie powie, bo ryby, raki i bieganie głosu nie mają.

Zazwyczaj odchodziłam, bo się nudziłam. Tak. Musi mi brakować jakiejś szarej komórki odpowiedzialnej za czerpanie radości z biegu i z tej całej dyskoteki Pana Endorfina. Po kilku kilometrach, kiedy zaczynałam się rozkręcać, nagle bum, odcina mi zainteresowanie. Jednym odcina prąd i nie mają siły biec dalej, a mnie się zaczyna nudzić. Co robisz, kiedy oglądasz nudny program? Wołasz chłopa, żeby nie męczyć się w samotności. Co robisz, kiedy czytasz nudną książkę? Przestajesz, wygładzasz zagięte już kartki i pakujesz na prezent dla koleżanki. Będzie jak znalazł na urodziny. W końcu liczy się gest. Co robisz, gdy nudzi ci się jakaś kiecka? Wrzucasz do szafy molom na pożarcie. Smacznego. Co robisz, kiedy biegniesz i nagle ci się odechciewa? Ty pewnie się zmuszasz, prowadzisz długie, mądre rozmowy z samym sobą, przekonując się, że jednak warto wygrywać ze swoimi słabościami. Ja jestem miękka pała, zawracam na pięcie, zniechęcona człapię do lodówki i wyciągam wiaderko lodów. Słodki hedonizm na najwyższym poziomie.

Tak było jeszcze do niedawna. Potrafiłam biec przez las i w połowie drogi zatrzymać się, bo już mi się nie chciało. Nie, że nie mogłam. Nie, że moc mnie opuszczała. Nie, że sił brakowało. Nie, że nogi mnie nie niosły. Nie, że jedno płuco zostawiłam gdzieś na podbiegu. Nie, nie, nie. Zatrzymywałam się, bo mi się nie chciało. A mnie się musi chcieć, bo jak mi się nie chce, to jak osioł, zaprę się i nie pójdę za żadną marchewkę. I wiecie co? Znalazłam sposób.

Przetestowałam już kilka razy na sobie. To działa! Dyszkę strzelisz i nawet nie zauważysz kiedy.

Włączam tryb wyobraźni. Proste, prawda? Jak konstrukcja cepa. Tylko trzeba pamiętać o podstawowych zasadach. W mojej głowie musi być akcja. Nie mogę wyobrażać sobie, że leżę plackiem na bezludnej wyspie i sączę drinka, bo wtedy dupa zbita, położę się plackiem na asfalcie i będę czekać na kelnera. W głowię muszą powstawać dynamicznie zmieniające się obrazy. Pozytywne! To ja kogoś ratuję, gonię, a nie uciekam przed kimś. To ja jestem bohaterem pierwszoplanowym, wszyscy chcą być blisko mnie, paść u moich stóp i zeskrobać błotko z moich butów.

Dziś wskoczyłam po raz kolejny w sportowe laczki. Na rozgrzewkę wystarczyło kilka kawałków muzycznych. Później trzeba mi było czegoś więcej. Tej adrenaliny, która sprawia, że zamiast nóg masz skrzydła.

Wyobraźnia zaczyna działać. Biorę udział w jakimś sportowym wydarzeniu. Jakiś bieg przełajowy. W stronę piekła i z powrotem. Tylko dla twardzieli. Widzę jakieś twarze uwalone błotem. Moi towarzysze. Działamy jako grupa. Ostatnie zadanie przed nami. Trzeba odebrać jakieś współrzędne ukryte gdzieś w starym drzewie. Drzewo po drugiej stronie jeziora. Jezioro wielkie jak dziura w moich nowych legginsach. No może trochę większe. Takie jak dziura Helenki. No może jeszcze trochę większe. Takie jak dziura w płocie Kowalskiego. Może jeszcze większe. Jak dziura w polskim budżecie. No duże to jezioro. Żeby pobiec dookoła to jakieś dwie godziny przynajmniej. A później jeszcze trzeba wrócić. To ze cztery w sumie. Widzę siebie. Nie jestem miękka pała. Jestem Hero w spodenkach w kolorowe kwiatki. Wyskakuję z pomysłem, że szybciej będzie przepłynąć. Patrzymy na przeciwników. Nikt nie odważył się na taki ruch. To szaleństwo! – słyszę za plecami. Ja nie umiem pływać! – zwierza się ten, któremu jeszcze sporo sił zostało. Ja choćbym chciał, nie dam rady – oznajmia siedzący na kamieniu, ledwo zipiący kumpel. Ja to zrobię! – krzyczę i widzę te spojrzenia. Agnes, jakaś ty cudowna, wspaniała, nieustraszona Agnes! Wskakuję do wody i płynę. Jestem szybka. Płynę 50 metrów pod wodą. Oni tam stoją na brzegu. Obgryzając paznokcie, skórki, palce całe, a ja płynę. Tak jak mnie szkolono w siłach specjalnych amerykańskiej marynarki. Jestem szybsza od najszybszych. Jestem już po drugiej stronie. Brnę przez błotnisty las. Szukam tego drzewa. Jest. Jest mapa! Są współrzędne. Jestem najlepsza. Płynę z powrotem. Widzę swoich towarzyszy. Patrzą na mnie z podziwem. Wychodzę z jeziora. W zębach kawał zrolowanego papieru. Biegniemy dalej. Nie potrzebuję przerwy. Nie jestem miękka pała. Jestem jak Rambo w kolorowych spodenkach. Gdyby ktoś teraz do mnie strzelił, złapałabym kulkę w zęby i pobiegła dalej. Taka jestem cudowna. Taka wspaniała. Oczywiście zdobywamy pierwsze miejsce.

Taki obraz starcza mi na pierwsze trzy, cztery kilometry.

Biegnę dalej. Teraz jestem agentem do zadań specjalnych. Glockiem posługuję się lepiej niż tuszem do rzęs. Mam mięśnie ze stali. Nie maluję się, a i tak jestem piękna. Jestem obłędnie seksowna, niebezpieczna i szalona. Prawie jak w realu ;) Faceci się mnie boją, ale lgną do mnie. Mogę przynieść im rychłą zgubę. Nie znam litości. Podwójna moralność i dosyć skomplikowana osobowość – to cała ja. Zazwyczaj działam sama, ale raz na jakiś czas przydzielają mi do współpracy jakiegoś Bonda. Nie mam czasu na umizgi i szybki numerek pod prysznicem, ale daj mi jakąś super broń, a będę ją pieścić godzinami i poświęcę jej całą swoją uwagę. Raz odbijamy grupę zakładników, w tym wysokiego rangą wojskowego, który w nagrodę kupuje mi willę w słonecznej Kalifornii. Innym razem walczę z miejscowym gangiem narkotyków. Tylko ja i szef miejscowej bandy. Nie znam litości.

Kolejne sceny, kolejne obrazy niczym z filmu akcji, kolejne pokonane kilometry.

W tych swoich wyobrażeniach nie wystarcza mi przeciętność. Nie mogę być dobra albo bardzo dobra. Muszę być najlepsza. Nie mogę być szybka. Muszę być najszybsza. Szybsza od błyskawicy, od rosnących podatków i od królika uciekającego przed nożem kucharza. Muszę czuć adrenalinę i niepokonany strach. Wtedy asfalt się roluje, bieżna stęka pod dotykiem moich adidasów, a ja frunę. Niesie mnie wyobrażenie o moich możliwościach.

Pewnie w psychologii to ma jakąś nazwę. Być może nazywa się to choroba psychiczna. Dopóki działa, nie będę leczyć.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close