wstajeszranoijesteskurwiszonem

Najpierw pomyślałam, że to pomyłka, bo nie trudnię się prostytucją i forma powitania „cześć  kurwiszonie” jakoś nie wpisywała się w codzienność mojego dnia. Z czystej babskiej ciekawości przeczytałam całą wiadomość, choć założyłam, że jest to zwykłe nieporozumienie. „Mam nadzieję, że wasze hotelowe spotkanie się uda. Pasujecie do siebie. Uprzedzam, zawiedzie cię w łóżku” – z wypiekami na twarzy czytałam, ciesząc się, że ta przepełniona emocjami wiadomość przez przypadek trafiła do mnie. Zawsze to jakaś rozrywka w moim nudnym życiu. „Byłaś jedną z wielu, obawiam się”– takim smutnym stwierdzeniem kończy adresat. Nie zastanawiam się nawet minuty i wyłączam komputer.

Trzy dni później, wiadomość od tej same osoby: Nie masz nic do powiedzenia?! Nic? Absolutnie nic? Tutaj pada stek wyzwisk, kalejdoskop obelg o różnym wydźwięku emocjonalnym, wszystkie opisujące kobietę rozwiązłą. Nieźle musiał ktoś nadawcy zaleźć za skórę. Po raz kolejny wyłączam komputer i myślę sobie, że jeśli nie przestanę jeść lodów i ciasteczek każdego dnia, to nie zmieszczę się niedługo w ulubione majtki.

Dzień później przychodzi kolejna wiadomość. „Jeśli ty nie masz nic do powiedzenia, to ja coś powiem. Gratuluję. Zniszczyłaś związek. (Kolejna porcja wyzwisk)” Przez chwilę zastanawiam się nad całą sytuacją. Próbuję ułożyć charakterystyki postaci i krótkie streszczenie tego, co się wydarzyło. Jakiś Pan bzyknął jakąś Pani i jeszcze inna Pani dowiedziała się o tym. Mało tego, ta inna Pani uważa, że to moja wina, że to ja jestem tą Panią, którą bzyknął jej Pan i wini mnie za rozpad swojego związku. Trochę to żałosne i smutne zarazem. Zamiast usiąść z tym Panem, przy butelce wina i obgadać temat, to ona szuka winnych. Bo to ich problem jest. Nie osób z zewnątrz. To na ich talerzu zabrakło czegoś, co sprawiło, że Pan poszedł sobie zjeść na miasto. Ta inna pani nie wcisnęła mu siebie na penisa. Nie zmusiła go. Po prostu akurat była gdzieś w pobliżu ze swędzącą cipką, którą ten Pan ochoczo podrapał.

Mogłam napisać, że zaszła jakaś pomyłka, jakieś nieporozumienie, ale nie lubię mieszać się w nie swoje sprawy, plus wiadomość była zaadresowana do kurwiszona. Nie odpowiadam na wiadomości nie do mnie. Milczę więc, ale kiedy przychodzi kolejna wiadomość, tym razem z imieniem i nazwiskiem mojego serdecznego kumpla, prawie spadam z krzesła. Zaczynam analizować naszą ostatnią rozmowę. Prosiłam go o pomoc w wypełnieniu pewnych papierów. Kiedy zapytałam, gdzie się spotkamy, rzuciłam propozycję ‚w naszym hotelu’, przy czym nasz hotel, to przytulna knajpa hotelowa, w której swego czasu często spotykaliśmy się…. przy herbacie. Nagle wszystko nabrało sensu, choć nic sensu wtedy nie miało. Pozbierałam wszystkie kawałki wiadomości, złożyłam je w całość. To jednak nie była pomyłka. Tomek musiał coś kiedyś przeskrobać, otworzyć nie te nogi, co trzeba, wpaść na pannę i nadziać się na nią swoim narządem rozrodczym. Musiało zabraknąć w ich związku zaufania i jego Panna wyskoczyła do mnie z taką akcją, niesłusznie wyciągając swoje poronione wnioski.

Skontaktowałam się z Tomkiem. Zapytałam, o co, kurwa, chodzi i co się dzieje i dlaczego usunął mnie ze swoich znajomych (!). Odpisał, że awaria w związku, że w oczach jego ukochanej zamiast błyszczących gwiazd, wściekają się czerwone reflektory, że miał nadzieję, że w ten sposób jego luba mnie nie znajdzie i nie będzie niepotrzebnie mnie niepokoić. Szkoda, że zapomniał mnie o tym poinformować.

Włączyłam ignora. Wiadomości spływały do mojej skrzynki z regularnością sraczki ludzi cierpiących na rozwolnienie. Różne były. Że bóg zapomniał dać mi i wstydu, i urody (jakbym nie wiedziała!), że ona cierpi (tak, nawsadzaj mi, wyzwij od takich i owakich, to na pewno poczujesz się lepiej), że może to Tomek wszystkiemu winny, bo już takie numery jej wcześniej wywijał, że może sprowokował sytuację, że ona wie, że były jakieś inny kobiety w jego życiu (czegoś tu nie kumam, najpierw mnie wyzywa, a później chce gadać jak z najlepszą przyjaciółką ode serca?), że ona nie daje sobie rady i musi poznać prawdę (daj sobie spokój, czasami lepiej nie znać prawdy).

Któregoś dnia trafiła na mój zły dzień. Wiecie, taki dzień, kiedy wstajesz rano i już masz wkurwa, w lodówce nie ma mleka, w łazience właśnie skończył się papier, dzieci sąsiada drą gębę, na czole błyszczy nowy pryszcz, a w twojej skrzynce nowa, niechciana wiadomość. Napisałam do Tomka, że ma założyć swojej pannie smycz, kaganiec i trzymać ją w bezpiecznej odległości od komputera, bo moja cierpliwość się kończy i generalnie to jeszcze jedna taka wiadomość i zgłaszam sprawę na policję, robię loda oficerowi i liczę, że załatwią tę sprawę według mojego życzenia. Zaczął przepraszać w jej imieniu i tłumaczyć, że ona cierpi, że czuje się zraniona i że jest mu przykro. Dobrze, niech cierpi, ale niech zostawi mnie w spokoju.

Mogłabym tę sprawę załatwić inaczej. Napisać, odpowiedzieć, umówić się na spotkanie, wytłumaczyć, ale, po pierwsze, panna źle zaczęła, a po drugie uświadomiłam sobie, że dla Tomka znajomość ze mną znaczyła tyle, co klocek postawiony pod krzakiem (ostatecznie zerwał ze mną kontakt, bo mu Panna zabroniła kontaktu ze mną) i stwierdziłam, że ja umywam sobie ręce od wszystkiego i grodzę się murem milczenia, przez który nie przebije się żadna kurwa, żadna szmata, żadna zdzira rzucona w moją stronę. Włączam ignora, który może ranić stronę atakującą bardziej niż kawałki szkła.

Bo tak się nie załatwia spraw, drogie panie. Ja rozumiem, że zranione serce boli, że zdradzona dusza krzyczy tak, że nikt nie słyszy, a twoja błona bębenkowa pęka. Ja rozumiem, że jak ktoś ci poprzestawia drogowskaz i pomiesza kierunki swoim zachowaniem, to człowiek się gubi. Bo nagle twój wschód zachodzi, a na północy południe się dzieje. Bo wiatr wieje ci prosto w oczy i kanapka już nawet nie spada masłem do dołu, a ląduje ci centralnie na oczach. Ja rozumiem, że to boli i wkurwia zarazem, kiedy osoba, z którą dzielisz życie, miesza ci w twojej poukładanej szafie, przestawia kolory i zamiast lawendowej saszetki wpuszcza własnego bąka, który będzie się błąkał między półkami długo i być może nigdy nie zdechnie. Ja to wszystko rozumiem. Tylko twój ból i cierpienie nie usprawiedliwia poniżania drugiej osoby, nawet jeśli dorzuciła do całej afery swoje dwa grosze. Bo to płytkie jest.

I dorosły człowiek nie załatwia sprawy w ten sposób. Dorosły człowiek rozmawia, a później decyduje czy jest w stanie wyprodukować tyle dobrych zdarzeń i miłych przeżyć, żeby przykryć gówno, które nazbierało się w jego szafie, z nadzieją, że kiedyś nie będzie smrodu. A taki smród może ciągnąć się za człowiekiem do usranej śmierci. Bo to, co kiedyś bolało, może w każdej chwili powrócić i walnąć cię odorem prosto między oczy. Bo nie trzeba wiele, żeby przywołać dawne lęki, dawne cierpienie, dawne potwory, które wyżarły kawałek naszej duszy. Bo one nigdy nie umierają. One żyją w naszych piwnicach, zamknięte na kłódkę, gniją tam kawałek po kawałku. I wielką sztuką jest wymazanie ich z pamięci. Sztuką natomiast nie jest atakowanie osób trzecich wiadomościami, z których wylewa się trujący jad. Bo to słabe jest.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close