Kobieta w Iranie

Lecę do Iranu. – Oznajmiłam uroczyście jakiś czas temu. Tyś to już do reszty zgłupiała. – odparła niewzruszona rodzicielka moja. Posłusznie kiwnęłam głową, dosyć delikatnie, tak żeby dwie ostatnie szare komórki przez ucho przypadkiem nie wyleciały. Późniejsze reakcje były różne:

Uważaj na siebie. Republika islamska to chujownia. (krótko, zwięźle i na temat – moja bff)

I po co ty do tego Iraku jedziesz? Przecież tam wojna. (moja prababcia, która nie dowidzi, nie dosłyszy, a tak naprawdę to nie żyje od lat)

Czy Iran i Turcja są teraz bezpiecznymi wyborami? Nie boisz się? Oczywiście trzymam kciuki, aby wszystko się powiodło, nikt Cie nie porwał z powodu wystawionego udka, a terroryści z ISIS nie odrąbali głowy. Takie czasy, że okolica niespokojna, nie? (dyplomatyczna odpowiedź mojej niedawno odnalezionej siostry bliźniaczej).

Wyprawa w te rejony? Tobie to się chyba nudzi albo jak każdy uzależniony musisz zwiększać dawkę przygód i adrenaliny. Powodzenia! (szybka diagnoza mojego kumpla)

Irak, Iran, co za różnica. Ja bym tam tego nie tykał. (kolega, który wyraził się dosadniej, ale nie wiedzieć czemu akurat tu włączam ocenzurowanie)

Wpadnij pożegnać się przed wyjazdem. (mój doradca wordpressowy)

Wspólnym mianownikiem większości reakcji było pytanie: Nie boisz się? Już spieszę z odpowiedzią. Bardzo się boję! Tego, że to będzie środek lata, temperatura sięgnie 50 stopni i że za kawałek cienia dam się pokroić i robić za mozaikę w teherańskim meczecie. Tego się bardzo boję. Cała drżę na myśl o tym, że słodycz z której jestem zrobiona skarmelizuje się w takim upale i moje dupsko zamieni się w jeden wielki kawałek karmelu, na który kraj nałoży embargo i już nigdy nie przekroczę granicy.

Tymczasem uczę się wiązać hidżab, czyli chustę zakrywającą włosy, uszy i szyję, którą każda kobieta, tuptająca po irańskiej ziemi (nawet turystka) musi przyodziać. Przymierzam prostokątne materiały w różnych kolorach. W większości wyglądam jak cierpiąca na nowotwór. Zwłaszcza w żółto-brązowej, dosyć niezdrowo, jak świeżo po radioterapii; w białej niczym Niepokalana Panna Maryja; w niebieskiej przypominam Matkę Teresę z Kalkuty (również Agnes!); w zielonej wyglądam jak zwykła emerytka dźwigająca siatki z zakupami, a w kolorowej jak ruska babuleńka. Jeszcze nie wiem na które szaleństwo się zdecyduję, ale na chwilę obecną skłaniam się ku Maryi.

Misternie umalowanymi oczyma będę próbować nadrobić wygląd uwięzionej w szczypcach raka. Na powieki nałożę cienie w odważnych kolorach i wyrazistymi kreskami nadam oczom odrobinę charakteru. Żeby zmylić otoczenie. Może nawet zdecyduję się na wyraziste usta w kolorze czerwonego wina.

Na tyłek potrzebuję długie spodnie, zakrywające krągłości pośladków, które niepotrzebnie mogłyby kusić męskie oko. Dla świętego spokoju może zostawię dupę w domu. Decyzji jeszcze nie podjęłam. Jeśli jednak nie będzie takiej możliwości, to jeszcze w tym tygodniu czeka mnie polowanie na długie, lniane, najlepiej białe portki.

Do tego kolejna warstwa przykrywająca kobiece atrybuty, w postaci tuniki. Jedną już mam, piękną, haftowaną. Niestety bezwstydnie odkrywa całe nadgarstki. Mój prywatny doradca w kwestii irańskiej mody podsunął fantastyczne rozwiązanie: obcięte skarpetki, które perfekcyjnie zakryją niepożądany kawałek skóry, a po zrolowaniu będą stanowić wyszukaną bawełnianą bransoletkę. Wierzę, że będę wyglądać spektakularnie.

Nie mam pewności co do butów, ale myślę, że kalosze zakryją wyuzdaną łydkę, okryją gumą kostkę i skryją palucha przed niechcianymi męskimi spojrzeniami.

Teraz tylko muszę pamiętać, żeby w gacie dużo gotówki wsadzić, bo bankomaty w Iranie istnieją tylko w wyobraźni wygłodniałych turystów, a karty płatnicze mogą służyć jako zakładki do książek, ewentualnie jako bardzo wyrafinowana forma mini noża do krojenia awokado (sprawdzony sposób), do tego nie zapomnieć, że do autobusów muszę pchać się innymi drzwiami co faceci, bo segregacja płciowa ciągle żywa i jakoś przecierpieć wolny, ciągle pod nadzorem Internet.

Jeśli okaże się, że bycie kobietą w Iranie jest upierdliwe, to planuję ścisnąć cycki jakimś elastycznym pasem, kilkoma ruchami kieszonkowego scyzoryka ściąć kasztanowe kosmyki, pozbyć się biżuterii i zacząć mówić dramatycznym barytonem. Nazwijmy to planem B.

1 Comment

  1. Dzięki wielkie! Na wypadek słabego łącza, mam plan B. Nie powinno świecić pustkami ;)

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close