kobiety wino smiech ciagniecie

– Chcesz trzymać czy wolisz ciągnąć? – mówię patrząc jej prosto w oczy. Nie odpowiada. To ja jestem ta śmielsza i bardziej otwarta. – Dobra, to ty trzymaj dwoma rękami, ja pomogę jedną, a drugą będę ciągnąć sama – dodaję.

Zapieram się nogą o kanapę. Stopa zapada się w szczelinie między poduchami, znoszona, lekko przetarta na palcach skarpeta  przekręca się dając stopie wyraz bolesnej deformacji. Wstrzymuję oddech i próbuję ciągnąć. Kot spogląda na nas z zainteresowaniem. Nastawia ucho i przysłuchuje się jęknięciom, sapnięciom i urywanym słowom. Nie jest lekko.

– Co za jebany korek, no! Nawet nie chce drgnąć – zaczynam się irytować, bo albo ja taka słaba, albo korkociąg do dupy, albo butelka feralna. Albo i jedno, i drugie, i trzecie.

– Daj, ja pociągnę – nabiera odwagi Balbina. Chwyta jedną ręką za szyjkę butelki. Drugą obejmuje uchwyt trybuszonu. Balbina czerwienieje, sinieje, twarz jej zmienia kolory jak dyskotekowe światełka. Ni chuja. Nie idzie. Prędzej ona bąka puści, niż korek butelkę.

– Dawaj, bo teraz to się zezłościłam – zamieniamy się miejscami. Trzymaj mocno obiema rękoma, tak jak na początku – mówię. Ja będę ciągnąć – obie parskamy śmiechem. Nagle słowo ‘ciągnąć’ wydaje nam się najzabawniejszym słowem na świecie. Śmiejemy się jak głupie. Dobrze, bo śmiech to zdrowie, ale niedobrze, bo razem ze śmiechem uchodzi ze mnie energia tak bardzo w tej chwili potrzebna. Doprowadzam się do porządku. Biorę głęboki oddech i ciągnę.

Próbuję wiercić, kręcić, zmieniać kąt natarcia. Dziadek z wiersza Julka się zaparł i z pomocą babki, wnuczka, Mruczka i pół lokalnego zwierzyńca wyciągnął pieprzoną rzepę. Wyciągnę ten pieprzony korek i ja. Choćbym miała się zasapać i błagać o pomoc kota, który od samego początku patrzy na mnie jak na istotę niegodną stąpania po tych samych metrach kwadratowych co on. W dupie to mam. Przyleciałam się napić wina i bez tego wina nie odlatuję.

***

Balbina mieszka w UK. Dała nogę z Kaczogrodu zupełnie niedawno. Poznałyśmy się tak jak teraz się ludzi poznaje – przez Internet. Dosyć dawno temu, bo nie pamiętam konkretnej daty pierwszego mejla. Nie pamiętam, czy był to poniedziałek, czy piątek. Nie pamiętam, czy padało, czy świeciło słońce tego dnia. Nie pamiętam też, co miałam na sobie, czarne jeansy czy sztruksową spódniczkę w której widać mi kawałek pośladka. Nie wiem, co zjadłam tego dnia na śniadanie, ani też czy zmyłam gary po kuchennej rewolucji. Nie pamiętam, co akurat leciało w TV i jaki kawałek muzyczny był na czasie. Generalnie gówno pamiętam.

Tylko to, że przyszedł pierwszy mejl, na który odpisałam. Później kolejny, jeszcze jeden i jeszcze jeden. I tak już zostało. Później przeniosłyśmy naszą znajomość na wyższy level i zaczęłyśmy klikać w czasie rzeczywistym.

No a później było nasze pierwsze spotkanie. Chłop się cieszył, bo dawno nie widział mnie śmigającej na szczocie z taką zawrotną prędkością. I choć zgodnie z Balbiną ustaliłyśmy, że jesteśmy przyjaciółmi, to jakieś pozory trzeba było stwarzać. Wiecie, zupełnie tak jak na początku każdego związku, kiedy nie puszczasz bąków, nie robisz kupy, z ust zawsze pachnie ci malinami, włosy masz tylko na głowie i nie sikasz przy otwartych drzwiach. Podłoga musiała być wypucowana.

Najpierw ona przyleciała do mnie. Obie byłyśmy lekko zestresowane, bo co innego pisać mejle, gadać na messengerze, a co innego patrzeć komuś prosto w oczy, liczyć jego piegi, obserwować jak mu skacze powieka przy produkcji dźwięcznych głosek i generalnie być skazanym na drugiego człowieka przez pełne dwie albo nawet trzy doby. Wino było dobre na rozluźnienie, ale też na wzniesienie toastu. Za znajomość, za Internet, za spotkanie.

Obiecałam, że następnym razem to ja odwiedzę ją i choć styczeń to taki jakiś chujowy miesiąc jest. Zawsze busy i zawsze jakiś taki pod presją i naciskiem poprzedniego roku, to właśnie w styczniu obiecałam wpaść z wizytą do UK. Nie przypuszczałam, że wino będzie potrzebne. W końcu już się znałyśmy.

 ***

A sytuacja w styczniu była u mnie generalnie do dupy. Ktoś sobie próbował zniszczyć to, co ja sobie ładnie przez pewien czas budowałam i choć mojej winy w tym nie było wcale, to gówno musiałam sprzątać ja – z racji zajmowanego stanowiska.

– Jest chujowo. Nie śpię, nie jem, nie ćwiczę, siwieję, przybywa mi zmarszczek i nie mam ochoty na bzykanie – wyznałam jakiś tydzień przed planowanym wypadem.

– Wierzę ci. Ważne jest, że sprawa wyjaśnia się na Twoją korzyść, a później wpadniesz do mnie – odparła Balbina, która była wtajemniczona w całą tą gównianą sytuację. – Przylecisz do mnie, czy odwołujesz urlop? Sytuacja jest w końcu nietypowa. – zapytała chyba z nadzieją, że jednak zostanę w chałupie, a ona nie będzie musiała prać dywanów na przyjazd księżnej Agnes.

– Przylatuję. I pijemy wino. I uczysz się ode mnie, jak sobie radzić w przyszłości z gnidami – odpowiedziałam stanowczo z głębokim poczuciem odpowiedzialności za przystosowanie swojej przybranej córki do życia z mendami.

Nie lubię marnować bezsensownie pieniędzy. Bilety były kupione z odpowiednim wyprzedzeniem. Upolowałam jakąś okazję, która co prawda dupy nie urwała, ale portfela też nie. I naprawdę cieszyłam się na kilka dni spędzonych w innym otoczeniu z człowiekiem z którym można pogadać, pośmiać się i pomilczeć.

– Że trzeba je bezlitośnie tępić ii zgniatać? – przeczytałam na wyświetlaczu swojego mądrego telefonu.

– Tak – widać, że tej mądrości życiowej sobie nie przypiszę.

– To ja jednak wódkę proponuję. Skutecznie zaradza dołkom – wyskoczyła ze zmianą planów Balbina. – I miasto wygląda ładniej – dodała na zachętę tak przekonująco, że aż gęsia skórka wyskoczyła mi na dłoniach.

Przypomniałam sobie swoje ostatnie upojenie alkoholowe, kilkanaście lat temu, kiedy to zaliczyłam zgon coś około godz. 18ej w piątek, a powstałam z martwych dnia trzeciego. Zupełnie jak Jezus. Z tą tylko różnicą, że jeśli mnie przebito czymkolwiek, to na pewno nie włócznią i śladu po owym czynie nie pozostało.  Utrata pamięci miewa swoje dobre strony. Także ten.. Za wódkę dziękuję.

– Nie, bo zarzygam ci chałupę! – zareagowała od razu. – W buty ci narzygam, za poduszki i na kota! – dodałam kilka szczegółów, żeby podkreślić stanowczość pierwszej wypowiedzi. – O tak, obrzygam ci kota! – to mogło przekonać Balbinę i powstrzymać przed wyciągnięciem gorzały na stół.

– Po setce? – zapytała z niedowierzaniem. – No dobrze. Wino brzmi też dobrze – zgodziła się bez zbędnej walki o to, czym ukoimy nasze wygniecione serca, zmarszczone dusze i niebezpieczne myśli.

To wino było więc naszym przeznaczeniem. Było zapisane  w okienku dialogowym naszego komunikatora  i zapewne jeszcze w gwiazdach. Po wino tam leciałam. I bez tego wina odlecieć nie miałam zamiaru.

 ***

– Ciągniesz? – spojrzała mi głęboko w oczy, nie puszczając mocnego uchwytu.

Kot spieprzył za firankę, jakby bał się, że za chwilę dostanie korkiem w odbyt.

– Ciągnę! Daję radę! Ty tylko trzymaj, nie puszczaj. Czuję, że zaraz pójdzie, że zaraz dojdziemy.

I doszłyśmy. Nawet kropla nie wylała się na drewniane panele. Obie westchnęłyśmy w tej samej chwili. Kot wysunął dupę zza firanki. Będzie wino. Będzie toast. Za przyjaźń, za Internet, za spotkanie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close