cosiedziejezkobietami

Jest połowa sierpnia 1997 roku. Jak na wzorową nastolatkę przystało szlajam się gdzieś w północno-wschodniej Polsce, podróżuję stopem, śpię w dzikich miejscach, bo nie stać mnie nawet na najtańszy pokój.

Kompleksowy program zbilansowanej codziennej diety obejmuje brzoskwiniowy jogurt z Biedronki i bułkę kajzerkę za 20 groszy. Posiłek być może nie był zoptymalizowany pod kątem moich potrzeb, ale na pewno pod kątem możliwości. Miałam zaplanowany prosty budżet wyjazdowy, z którego jasno wynikało: im mniej wydaję na żarcie, tym dłużej będę mogła bujać się po kraju. Aż dziwię się, że nie zaczęłam kraść, sypiać z przypadkowymi kolesiami za rogala z makiem albo zaglądać do śmietników.

Mimo wszystko jestem względnie szczęśliwa. Śmieję się jak głupia z wszystkiego i z wszystkich (głównie z samej siebie), nie przejmuję się niczym, nie zamartwiam, nie myślę zbyt wiele. Żyję chwilą.

15 sierpnia jestem w Łomży. Pamiętam doskonale, bo moje poszukiwania odpowiedniego miejsca noclegowego pod odpowiednią chmurką zostają brutalnie przerwane przez Inwazję Mocy. Pamiętacie to granie? Tę dzikość serca? Te żółte bandamki i koszulki RMF FM-u fruwające na scenie? Nie widziałam innego wyjścia, jak połączyć siły i dać się ponieść roztańczonym dziwadłom.

Na scenie królował akurat albo Big Cyc, albo Piersi. Tłum wojaków skakał w pobliżu jak zmutowane żaby, które uciekły z Czarnobyla, trwoniąc przy tym piwo w plastikowych kubkach. Gdzieś dalej jakiś koleś wkładał młodej lasce język w usta, a ona zaciskała swoje dłonie na jego pośladkach. Ktoś jadł pieczoną kiełbasę z musztardą, ktoś inny próbował podnieść się z gleby. Wszyscy skąpani względnym szczęściem albo upojeni tanim alkoholem. I wtedy zobaczyłam ją. Małą, niepozorną blondynkę. Chyba płakała. Podeszłam do niej i najzwyczajniej w świecie zapytałam, czy wszystko okay. Spojrzała na mnie zdziwiona. Tyle ludzi tu jest, taki tłum, a ty zauważyłaś, że ja płaczę. Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Nie pamietam, jak potoczyła się rozmowa. Wiem tylko, że ona musiała gdzieś lecieć, wracać. Zdążyłyśmy się wymienić adresami. To były czasy, kiedy telefony komórkowe miały rozmiary i ciężar lodówek, więc raczej nie zabierało się ich na plenerowe koncerty, a w słowniku takiego szczyla jak ja, słowo ‚komórka’ istaniało tylko w znaczeniu schowka na węgiel, tudzież podstawowej jednostki budowy organizmów. Mimo to, udało nam się utrzymać kontakt przez długie lata.

***

Ja odwiedziłam ją w Toruniu, gdzie studiowała. Ona wpadła do mnie na weekend do stolicy. Pisałyśmy do siebie tradycyjne, dłuuuuuuugie listy, pełne planów na przyszłość, miłosnych rozterek, wyschniętych łez i pierwszych rozczarowań szarą rzeczywistością. Pamiętałyśmy o swoich urodzinach, imieninach, znałyśmy imiona naszych pierwszych miłości i tytuły ulubionych kawałków muzycznych. Chyba mogę śmiało napisać, nie zatrzymując palcy nad klawiaturą, że przyjaźniłyśmy się. Do tego momentu, kiedy tak zwyczajnie w świecie, urwał się kontakt. Przez całe lata była cisza, aż do wczoraj, kiedy udało nam się wymienić kilka wiadomości. I to nie było ani fajne, ani ekscytujące. Wręcz przeciwnie.

***

To było jak wejście do tej wody, do której wchodzić się nie powinno. Musiałam nie zauważyć wielkiego znaku zakazu i zapłaciłam za to gangreną, która wdała się w tkanki mojego dnia.  Bolało, cuchło i jedynym rozwiązaniem była natychmiastowa amputacja zakażonego tematu. A zaczęło się zupełnie niewinnie. Ja podekscytowana zapytałam, czy to ona, bo na zdjęciu miała krótsze włosy, a okulary przeciwsłoneczne zasłaniały jej pół twarzy. Tak, to ona. Zażartowałam, że chyba trochę urosła, bo pamiętałam ją jako z metra ciętą, a na zdjęciu wygląda na solidne 150 centymetrów. Przyznałam się, że jakoś nie mogę sobie miejsca znaleźć, że może bym do Wrocławia się przeniosła, a może do Hiszpanii przeprowadziła. W końcu świat taki wielki, daje tyle możliwości, a ja mam sto pomysłów na godzinę.

– A ty gdzie jesteś? – zapytałam. – Bo przecież mogła zarzucić swoją życiową kotwicę gdzieś nad mazurskim jeziorem, ale równie dobrze za murem chińskim. Świat jest wielki, a my nie gadałyśmy tyle czasu.

– My pod Warszawą.

Ja naprawdę nie rozumiem jak to jest, że kobiety (bo to głównie babski przypadek) w chwili zmiany stanu cywilnego i/albo wejścia w rolę matki, nagle zmieniają swoją formę fleksyjną. Kobieta rodzi się w liczbie pojedynczej i nagle na pewnym etapie życia, jeb! Zaczyna przyjmować wszystkie możliwe końcówki liczby mnogiej, głównie -my. Pytam znajomą, co porabia w weekend, a ona mi odpowiada, że idzieMY na spacer. Pytam, co kupiła w Arkadii w ostatnią handlową niedzielę, a ona mi mówi, że kupiliśmy nową sofę. Zupełnie jakby małżeństwo i rodzicielstwo pozbawiało je własnego „JA”. Nie ma już „JA”. Ba, nie ma nawet „JA, z mężem” albo „JA, z dziećmi”. Jest już tylko liczba mnoga. I to trochę smutne jest. Zwłaszcza w przypadku, kiedy twój rozmówca akcentuje w rozmowie, że pyta o ciebie, że to ty jesteś podmiotem jego zainteresowania. Ty. I to nie znaczy, że ma wywalone na twoje dzieci, twojego chłopa, twoją szaflerę drzewkowatą, czy psa, którego przygarnęłaś ze schroniska na Paluchu. Nie, nie ma (a może i ma, ale ci tego nie powie otwarcie). Zapewne zdaje sobie sprawę, że jesteś ty i twoja rodzina i w stosownym momencie zapyta o te elementy, które sprawiły, że twoje życie jest piękniejsze i bogatsze. Tak właśnie, małżeństwo i rodzicielstwo mają sprawić, ze twoje życie będzie bogatsze. Bogatsze w piękne momenty i piękne doświadczenia. Ale to nadal ma być twoje życie i to nadal masz być ty. W osobie pojedynczej.

– Piszesz MY, więc zakładam, że się ustatkowałaś. Co prabiasz w życiu? – pytam, bo naprawdę jestem ciekawa. Chcę wiedzieć, czy udało jej się wyjechać do Wietnamu, który zawsze chciała zwiedzić, czy pracuje w wyuczonym zawodzie, czy może jak ja, setki razy zmieniała ścieżkę swojej kariery. Chcę wiedzieć, jak poznała swojego męża i czy dzieciaki są do niej podobne. Chcę wiedzieć, ile zostało z marzeń tej niepoprawnej romantyczki, która poiła mnie tanim winem zawsze wtedy, gdy na moimi niebie pojawiały się ciemne chmury.

– Tak, rodzinka z dwoma synami. – Pada odpowiedź i zaraz szybko pytanie o moje dzieci. Otwarcie i szczerze przyznaję, że wybrałam życie bez własnego potomostwa, że przyjęłam rolę dobrej cioci, która daje mi upragniony święty spokój i wolność.

I tu się zaczęło. Że to fajna fucha, bycie ciocią, ale czasem musi być smutno. (Tak, najbardziej mi smutno, kiedy czytam sobie w ciszy zajebistą książkę, z nogami wyciągniętymi do nieba, a sąsiad gania za swoim brzdącem, któremu z pieluchy wypada kupa. Bardzo jest mi wtedy smutno) i że warto być mamą i jakieś teksty, które już sama nie wiem, czy miały zachęcić mnie do macierzyństwa, czy przekonać ją samą, że warto było się na nie zdecydować. A później było jeszcze gorzej, bo każde jej jedno zdanie było wycelowane w mój model szczęścia, zupełnie jakby ten mój wybrany model był jakiś kulawy, gorszy, bo bezdzietny.

W strukturze mojego modelu nie ma miejsca na przeciery marchewkowe, zmianę pieluch, wróżki zębuszki, ujebane czekoladą buźki, radości z pierwszego kroku, wbijanie do małej głowy zasad dobrego wychowania, etc. etc. Jest za to mnóstwo przestrzeni dla przyjaciół, dzieci znajomych i kuzynek, na dalekie podróże, nowe doświadczenia, nieśpieszne spacery w nieznanych zakątkach świata, na adrenalinę, spokój, rozwój i generalnie robienie tego, co mi się podoba, bez poczucia, że mam w kieszeni tonę odpowiedzialności za małego człowieka. I wiecie co? Mój model szczęścia nie jest gorszy od twojego, nie jest też lepszy. Jest po prostu inny. Nie wmuszaj swojego modelu Matki Polki innym kobietom, bo to idzie się od tego porzygać tak jak od niechcianej papki szpinakowej. Naprawdę robi się niedobrze.

***

Rozmowa trwała krótko. Dziwna była. Poprosiłam o kilka zdjęć maluchów. Fantastyczne smarkacze. Skomentowałam upływ czasu, jak to wszystko szybko leci i jak się zmienia,  życzyłam miłego dnia i pożegnałam się. Tak, nie było to ani fajne, ani ekscytujące. Jedyne pytanie jakie padło w moją stronę było ‚a ty?’ w odniesieniu do posiadania dzieci. No ale o czym tu gadać, jeśli moja odpowiedź brzmiała ‚Nie mam, bo nie chcę’. Przecież powszechnie wiadomo, że kobieta bez dziecka to marny kompan do rozmów. O czym tu z nią pogadać, jak ona nic nie wie, nie zna się na życiu, bo dzieci nie ma… Ułomne to jakieś, niedorozwinięte…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close