Żeby zobaczyć ptaka, wystarczy otworzyć okno albo rozpiąć męskie, a czasami i damskie spodnie. Żeby zobaczyć wyjątkowego ptaka, potrzeba odrobinę zachodu, planowania i ruszenia dupy z kanapy. Żaden flaming nie przyjdzie do ciebie sam, nie puknie cię w ramię czarną końcówką swojego różowego dzioba i nie strzeli słodkiej foci pilotem do TV, a później wrzuci twoją zdziwioną gębę na fejsa.

Jestem w północnym Iranie, w miasteczku Sari, w pobliżu Morza Kaspijskiego. Na śniadanie jem dwa jajka gotowane na twardo. Od razu widać, że kucharz miał je w dupie (nie dosłownie, choć w dzisiejszych czasach ciężko czegokolwiek być pewnym… Cholera wie, gdzie, co i kto sobie wkłada). Jaja sine wokół żółtka, czyli gotowane zbyt długo. To nawet takie beztalencie kulinarne jak ja wie. Jem dwa i zapycham się arbuzem. Mmmmmm… Palce lizać. Na fladze Iranu powinien widnieć arbuz skrzyżowany z melonem. Odkąd przyjechałam jem go każdego dnia. Arbuz na śniadanie, na obiad i kolację, arbuz do łóżka, na piknik, w lesie, na skale, w górach, melon do taksówki i parku. Arbuzowy nektar spływa mi po dłoniach, brudzi białą tunikę i nawadnia wymęczony upałem organizm.

Plan jest taki: Dostać się do Behszahr, tam wskoczyć do taksówki i ruszyć w kierunku Miankaleh. Miankaleh to rezerwat dzikiej przyrody, bogactwo tutejszych ptaszorów i innych gadów i swego rodzaju hotel dla ptaków wędrownych, które przylatują i znajdują tu schronienie, pod warunkiem, że nie wpadną w zęby jakiegoś obłąkanego szakala. Podobno piękne miejsce. Raj dla miłośników ptaków. Już niedługo się przekonam.

Wszystko idzie zgodnie z planem. Prawie…

Taksówkarz z niepierwszej łapanki wiezie nas w wyznaczonym kierunku. W radiu irańskie przeboje. Nic nie rozumiem, ale podśpiewuję sobie pod nosem. Patrzę na zegarek. Strasznie to daleko. Jedziemy i jedziemy i dojechać nie możemy. Oby to było tego warte – myślę sobie – Bo jak zobaczę zwykłego wróbla, to się zatłukę sztucznym dziobem kupionym na chińskim bazarze. Przy drogach stoiska z arbuzami. Są wszędzie. Tak jak u nas truskawki w sezonie, tak tam arbuzy. Nagrzane irańskim słońcem, pokryte warstwą przydrożnego kurzu i spalin, czekają pokornie na ręce, które leczą, tzn. macają, kupują i kroją.

Myślę o tych wszystkich pięknych ptakach, które zobaczę. Hej, hej sokoły! Niezwyczajny modrzyk zwyczajny, kaczka dziwaczka, sterniczka białogłowa, rdzawoszyjne kwoki, a przede wszystkim flamingi. Widziałam fotkę w Internecie i na tle zachodzącego słońca wyglądały zjawiskowo. Ich zawinięte dzioby i szyja odbijające się w lustrze tafli wody wyglądały jak wielkie haczyki na ryby. Jeszcze tylko kilka minut.

Kierowca zatrzymuje się przy przydrożnym sklepie. Pewnie po fajki albo wodę. Obserwuję przez zakurzoną szybę co tam się dzieje. Dwie półtoralitrowe plastikowe butelki wypełnione bursztynowym płynem i lejek podawane z ręki do ręki. Oż w mordę. Toż to nic innego jak irańska stacja benzynowa. Młody chłopak wlewa 3 litry płynu, które pozwolą nam jechać dalej. Takie rzeczy tylko w Iranie. Ruszamy w dalszą drogę.

Mijamy kolejne arbuzy na taczkach, jakiś port chyba. Musimy być gdzieś blisko morza. Podjeżdżamy do wielkiej bramy. Przed nami wjeżdża auto. My jesteśmy zatrzymani przez młodego chłopaka w mundurze, który coś tłumaczy taksówkarzowi. Nie wygląda to dobrze. Nawet głupi się zorientuje, że nie chcą nas tam wpuścić. Może im się nie podoba moja tunika? Może właśnie mówią, że wyglądam jak strach na wróble flamingi i że nie mogą sobie pozwolić na wystraszenie ptaków z ich naturalnego środowiska? Trzeba się uczyć języków. Angielski już nie wystarcza.

Ani jeden, ani drugi nie mówią w języku królowej Eli. Z języka ciała, rysunków na piasku, dowiadujemy się, że ptaki wypięły na nas pierzastą dupę. Chcemy się jednak upewnić i pokazujemy palcem na telefon, wymawiając słowo ‘friend’ tak głośno i wyraźnie, że nawet głuchoniemy by usłyszał. Dzwonimy do znajomego już Irańczyka i prosimy o tłumaczenie informacji. Nasze przypuszczenia się sprawdzają. Rezerwat o tej porze roku jest zamknięty dla turystów. Jakiś znajomy znajomego podobno może zadzwonić do znajomego znajomych i ten znajomy ma znajomego, który może spróbować załatwić nam przepustkę. Miło z ich strony. Niech próbują. Młody człowiek w mundurze siedzi na telefonie. My czekamy.

Taksówkarz interesuje się elektrycznym papierosem. Bierze macha, ślini przy tym cały ustnik. Gdzieś w plecaku mam chusteczki antybakteryjne. Przydadzą się do wytarcia przed kolejnym wsadzeniem w gębę. Ochrona rezerwatu ciągle na telefonie. My ciągle czekamy. Jestem już zmęczona i powoli odechciewa mi się tych ptaków. Podobno o tej porze roku miejsce i tak jest nudne, bo większość skrzydlatych stworów wysiaduje jaja. Sezon na pokazywanie się turystom i pozowanie do zdjęć oficjalnie został zakończony jakiś czas temu. W jednej chwili podejmuję decyzję: w dupie z ptakami. Wracamy.

Nauczka na przyszłość: dzwonić, sprawdzać godziny otwarcia, upewniać się, czy cię wpuszczą. Lekcja dla ciebie: W lipcu i sierpniu ptaków w Miankaleh nie zobaczysz. Pocałujesz metalową bramę i pojedziesz zbierać muszelki na pobliską plażę, moimi śladami dokładnie tam, gdzie zawozi nas niepytany i nieproszony taksówkarz. Aż się boję, jak nas podliczy. Będę musiała zostać, zaspokajać potrzeby i karmić jego prywatnego ptaka przez najbliższych kilka tygodni albo i miesięcy.

Morze Kaspijskie jest piękne. Woda jak wrzątek. Chciałoby się rozebrać do rosołu i wskoczyć do niej. Nie mam jednak pewności, czy gdzieś tam zza skały nie wyskoczy policja. Obiecałam, że nie dam się aresztować. Poprawiam chustę na głowie i wracam do zbierania muszelek. Faceci pluskają się w wodzie w samych gaciach. Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Taksówkarz zaprasza na obiad do siebie. Jestem głodna i ciekawa jak mieszkają. Kiwam głową, że tak, owszem, bardzo chętnie, z wielką przyjemnością. Po drodze zatrzymuje się w jeszcze jednym sklepie. Za wiele nie ujechał na tej irańskiej, butelkowanej ropie. Tym razem wraca z butelką mleka. Jeśli to wleje do baku, to ja rozdziawię usta ze zdziwienia i już tak mi zostanie. Nie wlewa. Wsiada za kółko jedzie dalej. Jak się później dowiaduję napój nazywa się doogh. Wygląda jak mleko, smakuje jak zsiadłe mleko z miętą, a jest napojem na bazie jogurtu, popularnym w tej części świata. Orgazmu w gębie nie doświadczam, ale piję, bo całkiem nieźle gasi pragnienie.

Wyprawa po ptaki zakończyła się szamaniem jednego pierzastego, serwowanego z pestkami granatu i szafranowym ryżem. Chciałam ptaka, miałam ptaka. Dobry ptak nie jest zły, a ten był pyszny. W Miankaleh popatrzeć nie było mi dane, a tu mogłam nie tylko patrzeć, ale i brać do ręki, kosztować i cmokać ustami. Tak jak to ptaki lubią najbardziej.

2 Comments

  1. […] jezioro albo najmniejsze morze świata. Zamykam oczy. Jest Lipice 2015. Przypominam sobie ‚nieudaną’ wyprawę do rezerwatu ptaszorów. Mam na sobie tunikę kolorową jak tysiące motyli, które w tym samym czasie wpadły do […]

  2. […] nami ponad pół dnia, zawiózł nad Morze Kaspijskie w ramach rekompensaty za zamknięty rezerwat Miankaleh wymachuje rękoma, odpędzając się od zapłaty, jak od natrętnych komarów. Wzruszam się […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close