mistrzyniinstagrama

To wszystko zaczęło się wczoraj. Zaczęłam czytać jakiś artykuł na temat fotografii w podróży, a skończyło się, jak zawsze, na żarciu. Wrzuciłam na ruszt kurczaka, a sama poczęłam przeglądać obrazki w necie, przy okazji szukając inspiracji na zdrowe, szybkie i smaczne śniadania. To była nadzwyczaj edukująca podróż przez wirtualny świat smakosza, która uświadomiła mi m.in., że już nikt nie pije zwykłej czarnej kawy, w zwykłej szklance duralexu!

Zauważyliście to?! Stara, poczciwa szklanka, która króluje na polskich stołach, w której sama odmierzam mąkę na naleśniki nie istnieje w świecie instagramowych stylizacji. Sorry Duralex, może i jesteś odporny na uderzenia, może i można określić cię jako funkcjonalny, ale prawda jest taka, że jesteś zbyt nudny i pospolity, żeby robić karierę na Instagramie. Jesteś jak tani film pornograficzny, który owszem, istnieje i w zaciszu domowego ogniska spełnia swoje zadanie, ale nikt otwarcie nie przyzna się, ze korzysta z tego, co ma do zaoferowania. Nadajesz się tylko na szybkie, wstydliwe numerki przed ekranem telewizora, kiedy TVP1 nadaje „Rolnik szuka żony”, ewentualnie kiedy wścibska sąsiadka wsadzi nosa w nasze drzwi i jako wzorowi gospodarze musimy uraczyć ją kawą. Dobrze, niech już tak będzie, ale bez żadnych zdjęć, żadnej dokumentacji. Kawusię szybko się wypije, szkło umyje, szklankę odstawi na półkę i wstydliwy problem z głowy. Twoja brzydota nie urazi zmysłu estetyki mistrzów instagramowego Flat Lay. Dlaczego? Bo nikt cię nie wsadzi w instagramową siatkę.

Teraz królują nietuzinkowe kubki z chwytliwym napisem typu „Ciężko jest być tą fajną, ale ktoś musi” albo „To nie nadwaga, to nadmiar mojej zajebistości” i cnotliwe filiżanki z delikatnej porcelany z pawim piórem. Sądząc po przeciętnym profilu na Instagramie dzisiaj każdy, kto zagłębił się w temat żarcia, diety i tego całego kulinarnego szaleństwa fotograficznego, musi posiadać w swojej kuchni 2745242749 filiżanek, 26735484064 spodeczków, 635495642327 czajniczków, 84645394056 kieliszeczków, 536282963 wazoników, 439656635 kubków, 745452829064 kubeczków, 537892645 ściereczek, 2363254678 sreczek, 3529043 łyżeczek, i tyleż samo widelczyków. Drogie panie, gdzie wy to wszystko trzymacie? Czy razem z kulinarnym profilem na Instagramie zakładacie mini magazyn na dachu swojego domostwa?

Ale ja nie o tym chciałam pisać. Bo to w sumie fajne jest, że ludzie tworzą coś pięknego, że inspirują, że zbierają gwiazdy i wkładają je do wazonu, żeby tylko ich zdjęcie zostało wyróżnione. Że ryzykują życie, bo akurat dziś do zdjęcia jest im potrzebna pszczoła do dekoracji, i tę pszczołę trzeba jakoś złapać. Trzeba iść do jej gniazda i zaatakować, siłą wyciągnąć z ula, bo akurat dziś jest w planie fotka z lejącym się miodem w tle i taka pszczoła będzie idealnie pasowała do stylizacji. Że potrafią zwlec cztery litery i trzy godziny iść do lasu po kilka metrów kwadratowych mchów, bo jutro będzie grzybowa na Instagramie, a jak grzyby, to wiadomo las, a jak las, to mchy sprawdzą się świetnie gdzieś tam w tle. Że w środę wrzuci się zdjęcie tego boskiego chleba, pachnącego dzieciństwem, a jak chleb, to pszenica albo jakieś inne zboże, tudzież ziarno, więc trzeba wyciągnąć kombajn Bizon model Z056 od ciotki mieszkającej w bloku po PGR i narwać trochę suchych badyli gdzieś na polu, za miastem i wtedy nasze zdjęcie dostanie milion lajków, tysiące czerwonych serduszek, a my odfruniemy na skrzydłach samouwielbienia.

Ale ja nie o tym, zupełnie nie o tym. Bo ta miłość do żarcia i ten cały nurt fotograficzny napędzany kreatywizmem, to naprawdę fajne są. I mnie się to podoba, bo ja kocham piękne ujęcia, piękne chwile zatrzymane na dłużej, piękne orgazmy w gębie. I wczoraj właśnie pomyślałam sobie, że ja chętnie spędzę trochę czasu na tej wyspie nieprzeciętnych fotek, na bezkresnym morzu stylu i artystycznego szyku. Mało tego: Ja sobie pomyślałam, że ja tam aktywnie ten swój czas spędzę, że ja się sprawdzę, uwolnię duszę twórcy, dam jej pole do popisu.

Aparat w końcu dobry mam, kilka obiektywów, nawet statyw gdzieś w schowku pełni służbę wieszaka na kapelusze. Lubię dobrze pożreć, bez śniadania z domu nie wyjdę. Mam oko do pięknych rzeczy i nawet kilka filiżanek w szafce kuchennej się znajdzie! Takie zamiary miałam wczoraj. Takie bojowe nastawienie. Że świat nowych możliwości właśnie otwiera dla mnie swoje wrota. Że niemożliwe nie istnieje, że zostanę okrzyknięta nowym instagramowym talentem. I co? I gówno.

Pierwsze problemy zaczęły się rano, kiedy zdałam sobie sprawę, że w lodówce nie mam potrzebnych składników na zaplanowane śniadanie, a czasu na wycieczkę do pobliskiego sklepu brak. (Zanotowane w kajeciku: Mistrzyni Instagrama planuje i robi zakupy dzień wcześniej).

No nic. Najważniejsze, że są jajka. Agnes zrobi muffiny jajeczne. Powinny się nadawać do kadru. Wstałam dosyć późno, więc burczało mi w brzuchu już w chwili, kiedy wbijałam do miski pierwsze jajo. Szybko dodałam pokrojony szpinak, czerwoną paprykę,  szczypiorek i trochę wyciśniętego czosnku. Formę wysmarowałam masłem i bum do piekarnika na 15 minut.

Aparat fotograficzny miałam na górze razem z miejscem, które wydawało mi się idealnie oświetlone, wręcz perfekcyjne do pstrykania fotek. Rezygnuję z niego, bo… wchodzenie po schodach i wnoszenie tych wszystkich gratów jest czasochłonne i męczące, a ja jestem już bardzo głodna. (Zanotowane w kajeciku: Mistrzyni Instagrama planuje i organizuje swój dzień tak, żeby mieć czas na przygotowanie miejsca pracy).

Rzucam ścierkę na stół, bo akurat jest pod ręką, widelec i nóż, bo przecież czymś te muffiny jajeczne muszę zjeść, robię szybko kawę inkę, ale nie mam już czasu na szukanie pięknej, porcelanowej filiżanki z połowy dziewiętnastego wieku, sygnowanej znakiem królewskiej manufaktury w Berlinie, bo mój żołądek zaczyna wygrywać pieśń żałobną. Jestem potwornie głodna i właśnie piekarnik drze się, że muffiny gotowe (Zanotowane w kajeciku: Mistrzyni Instagrama planuje i nie zabiera się do roboty na głodnego).

Wyciągam muffiny na talerz, oczywiście na pierwszy lepszy, który mi wpada w rękę. Talerz nawet nie należy do mnie, a do Lisa, której chłop poczęstował mnie kiedyś żeberkami na wynos. Dobre były. (Obiecuję, że talerz oddam!). A przecież mogłam wziąć taki ładny z zielonym akcentem, żeby pasował do koloru muffinek. Nie było czasu. (Zanotowane w kajeciku: Mistrzyni Instagrama planuje: ma wizję, przygotowane gadżety, dekoracje i inne potrzebne pierdoły).

Rzucam wszystko na ścierkę. Rozglądam się dookoła pokoju. Kwiat! No ba! Kwiat musi być. Zdjęcie bez kwiatu to teraz jak czekoladowe jajko bez niespodzianki. Teraz nawet kawę pije się z kwiatem. Naleśniki się je z roślinami ozdobnymi. Chleb smaruje się kwiatami. Gołąbki serwuje się z pąkami róży. Kwiaty rumianku smaży się na patelni. Kwiaty rządzą! Kwiaty muszą być na każdym zdjęciu! W smoothie, w herbacie, w budyniu, w puddingu z nasion szałwii hiszpańskiej, w wodzie kokosowej, w cieście francuskim. Kwiaty! Wszędzie kwiaty. Nie będę gorsza. Wyciągam kwiat z wazonu. Rzucam obok talerza. Gotowe. Można jeść. Chwytam za widelec. Aaaaaaa…. Jeszcze zdjęcie. Wyciągam telefon komórkowy. Pstrykam szybką focię i wracam do żarcia.

Nawet niezłe wyszły. Kawa już zimna. No nic, zrobię nową. Zdjęcie nijakie. Mogłam spróbować ująć to wszystko z innej perspektywy. I ten kwiat fioletowy taki trochę z dupy, ni przypiął, ni przyłatał. Światło do bani. Jakieś cienie groźne, których w żadnym programie nie usunę, bo nie potrafię. W ogóle to nasuwa mi się tylko jedno słowo: porażka… No może dwa słowa: spektakularna porażka.

Wszyscy wiedzą, że rozpacz wyrażona, to rozpacz pomniejszona, więc jak na osobę prowadzącą bloga, ja dziś tę swoją beznadzieję opisałam i oczekuję cudu zesłania wymiernych korzyści, w postaci ukojenia zranionej, artystycznej duszy mej, zaraz po kliknięciu przycisku ‘publikuj’. Niech będzie mi dane.

Zaprawdę powiadam wam, kto nie spróbował artystycznej fotografii żarcia, nie będzie wiedział, jaka to ciężka praca. Czapki z głów, Panie i Panowie. Ja jednak wolę jeść :)

Efekt mojej 2minutowej pracy:

sniadanienainstagramie
„Nie mogę skupić się na robieniu zdjęć, kiedy na stole stygnie coś dobrego do żarcia. Zamiast jedzenia, wolę fotografować  krajobrazy. Ich nie da się zjeść.” – Agnes, just Agnes w wywiadzie dla magazynu „Żryj tak, jakby każdy twój dzień miał być ostatni”.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close