na szczycie

– A jeśli on tam jest, gdzieś pod skalną ścianą, na tym wietrze i zimnie, i czeka aż ktoś po niego przyjdzie, przykryje ciepłym kocem i poczęstuje gorącą herbatą? – Mówię i oczy zachodzą mi łzami. – Co, jeśli on tam jest, a nikt po niego nie idzie? – łkam. – Co jeśli on żyje, a pomoc nie nadchodzi? – Nie mogę się pogodzić, że dziś człowiek jest, a jutro go tak po prostu nie ma.

Z imieninowego tulipana opada kolejny płatek. Znane oczy patrzą na mnie i mówią, że dla Marcina nie ma już ratunku. Że takich upadków się nie przeżywa. Że jego wędrowne motyle poleciały w wieczność, że my możemy co najwyżej upić się smutkiem.

– A może on w ogóle nie spadł? – iskierki nadziei odbijają się we łzy płynącej odważnie po policzku. – Może cierpiał na chorobę, o której nie mieliśmy zielonego pojęcia? Może po prostu przyspieszył, bo chciał zgubić resztę, bo chciał być sam. Może stracił pamięć? Może siedzi teraz gdzieś w jakiejś szkockiej chatce i pije gorącą herbatę z rumem? – wyrzucam z siebie z prędkością karabinu maszynowego, uśmiechając się tylko po to, żeby po chwili wykrzywić usta w zardzewiałą podkówkę.

To było w zeszłą środę. Rano dostałam wiadomość, że Marcin, z którym dzieliłam radość wejścia na najwyższy szczyt Norwegii, spadł w przepaść.

– Ale jaką przepaść i czy nic mu nie jest? – choć słowo ‘przepaść’ niesie ze sobą ciężki negatywny wydźwięk, nawet przez chwilę nie pomyślałam, że mogło stać się nieszczęście. Myślałam, że może wpadł, nabił sobie guza, może dwa, co najwyżej złamał nogę, wygramolił się i wrócił do swoich, bogatszy o nowe doświadczenia.

W odpowiedzi otrzymałam linka o wspinaczu, który w zeszłą niedzielę, w towarzystwie dwóch osób, w nieciekawych warunkach schodził z najwyższego szczytu Szkocji. Czytałam i nie mogłam uwierzyć. Ale jak to? Przecież ja go znam. Jeszcze wczoraj, na facebooku oglądałam zdjęcia zasypanej śniegiem Szkocji, podziwiałam śnieżne labirynty, zazdrościłam…. Jeszcze wczoraj…

Podobno załamała się pogoda. Mgła. Niemal zerowa widoczność. Wiatr. Śnieżyca. Schodzili we trzech. Wrócili tylko we dwóch.

Marcin szedł jako pierwszy. O czym myślał, kiedy stawiał kolejny krok? O kolejnej wyprawie w góry? Kolejnym szczycie przykrytym czapą śniegu, zdobionym lodową biżuterią? Może o ciepłych ustach swojej żony i jej uśmiechu? O suchej parze skarpet i butelce zimnego piwa przy schroniskowym piecu? Może nie myślał w ogóle. Może szedł na tzw. autopilocie, krok za krokiem, byle w dół, w stronę najbliższej osady, gdzie ludzki głos sprawia, że czujesz się bezpieczniej. Jedno jest pewne. Szedł i nagle go nie było. Jeden krok. Jedna chwila. Jeden nasyp śnieżny. Jedna krawędź klifu. Jedna przepaść.

Akcję ratunkową przerwano. Niebo pogniewało się jeszcze bardziej. Niewiadomo za co. Czarne chmury nadbiegły tłumnie. Zaczęło sypać jeszcze bardziej. Marcin został gdzieś tam w górach przykryty śnieżną kołdrą.

– Nie mogę w to uwierzyć – powtarzam chyba po raz setny. – Pamiętasz ten stary, opuszczony tartak w Norwegii? – Wyryliśmy na nim swoje inicjały. – Śmiałam się, że na tych drewnianych dechach będziemy żyć wiecznie. – Spoglądam smutno na chłopa i znowu coś szczypią mnie oczy.

Płomienie jęczą, płaczą w kominku. Choć nie widziałam Marcina wieki całe, w moim sercu gra żałobna muzyka. Naciągam koc pod sam nos. Pod firanką rzęs kryształowe łzy tańczą taniec smutku. Wewnętrzną stroną pledu, wycieram kolejną sukę. Ukradkiem, żeby anioł śmierci nie miał satysfakcji.

***

Wczoraj oficjalnie podano do wiadomości, że Tomasz Mackiewicz, który 7 razy próbował zdobyć Nanga Parbat, zostanie na tej górze na zawsze.

Nie szedł na nią, żeby umierać. Szedł na nią po życie właśnie. Wyciągnął dłonie i zaprosił  Nagą Górę do tańca. A może to góra zaprosiła Jego? Do tego szalonego i niebezpiecznego tanga, w słońcu i w deszczu, w śniegu i mrozie. Wieczorami, pod gwieździstym niebem szeptała Mu do ucha: chodź, przytul się mocniej. Zostawiała na Jego skórze zimne pocałunki. Ściskała Go mocno, aż brakowało powietrza. Kazała do siebie wracać. Tuliła. A On nadal tańczył… Lekko i agresywnie, dziko i spokojnie, bezwarunkowo, wytrwale. Grała Mu orkiestra czekanów, uprzęży, raków, klamerek i śrub lodowych. A On tańczył i tańczył… Na linie… na mrozie.. na wietrze…  I szeptał tej górze tak – na śmierć i tak na życie. Dopóki muzyka nie dobiegła końca..

***

I dla Marcina, i dla Tomka jest już za późno. Musiałby wydarzyć się cud, żeby zmienić bieg wydarzeń…

Męczyłam ten tekst bardzo długo. Pisałam i kasowałam. Nie chciał powstać. Słowa nie układały się w płynną całość. Miałam pustkę w głowie i pustkę w sercu. Pozwolę sobie zakończyć go tekstem Grubsona.

Jestem tego pewny,
w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry,
wszyscy razem spotkamy się.
Mimo świata, który (który),
kocha i rani nas dzień w dzień,
gdzieś na szczycie góry (szczycie góry),
wszyscy razem spotkamy się.

Się porobiło, czeka to też nas,
Ziemia coraz więcej pragnie ciała ludzkich mas,
Nikt nam nie powiedział, jak długo będziemy żyć,
do jakich rozmiarów ciągnęła się będzie życia nić.
Nikt nam nie powiedział, kiedy mamy się pożegnać,
i ile mamy czekać, aby znowu się pojednać,
ramię w ramię nawzajem siebie wspierać,
rodzimy się, by żyć, żyjemy, by umierać.

Aniele śmierci, proszę, powiedz mi,
czemu w stosunku do nas jesteś obojętny,
najlepsze są dla Ciebie młode ofiary,
nigdy nic Ci nie zrobiły, a traktujesz je jak psy.
Zobacz! Ile miłości w każdym człowieku,
nie jeden by chciał przeżyć choć pół wieku,

[…]

Jestem tego pewny,
w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry,
wszyscy razem spotkamy się.
Mimo świata, który (który)
kocha i rani nas dzień w dzień,
gdzieś na szczycie góry (szczycie góry),
wszyscy razem spotkamy się.

…spotkamy się, spotkamy się, spotkamy się, spotkamy się…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close