festiwal gorski

– Ja wolę po górach chodzić – usłyszałam od kumpla, który dowiedział się, że jadę na XXIII Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady.

– A ja lubię wszystko, co z nimi związane. Lubię po górach chodzić. Lubię o górach słuchać. Lubię o górach czytać. Lubie góry oglądać. Lubię je czuć. Lubię o nich śnić. Lubię poznawać ludzi gór. Lubię koszulki z górami, skarpety z górskim motywem i chleb pokrojony w kształt górskich szczytów. Lubię, gdy jestem na górze i lubię, gdy jest pod górę, bo wtedy może być już tylko z górki. Lubię wszystko. – Zapędziłam się w swojej odpowiedzi, czując, że zamknęłam przy tym oczy i przeniosłam się do zupełnie innego świata. – A do tego jeszcze książki, spotkania autorskie i filmy. – Dodaję na szybkiego, choć sama nie wiem, czego mam się spodziewać.

Na festiwalu jestem pierwszy raz, choć co roku powtarzałam sobie, że tym razem się uda, że tym razem już na pewno dojadę, że będę tam, że zaszczycę swoją obecnością Lądek Zdrój. I zawsze coś innego wypadało. A to Brad Pitt dzwonił i przez dni całe musiałam mu udzielać porad sercowych, a to Johny Depp potrzebował konsultacji odnośnie nowej dziary, a to jakiś bankiet, jakieś spotkanie, lampka szampana w słynnym paryskim domu mody, tudzież nieplanowane szczytowania. Nie miałam fizycznej możliwości dołączenia do ludzi gór, aż do ostatniego weekendu. I wiecie co?

To był zajebisty weekend.

Wróciłam naładowaną taką pozytywną energią, że nawet cieszę się, że ostatnio zamieniłam swój rozmiar 36 na 38, bo w tym małym badziewiu ta energia by się nie pomieściła i rozwaliłaby mnie od środka. A tak jestem bezpieczna i gotowa do działania. Teraz to albo przepłynę ocean na lisciu palmy, albo wbiegnę na ostatnie piętro Pałacu Kultury i Nauki na uszach, albo zdobędę Śnieżną Panterę ubrana tylko w japonki i majtki panterki, albo wreszcie rzucę robotę i z plecakiem, kilkoma liofilizatami i polską szuszoną wołowiną wyruszę w podróż życia. Tak, taka nabuzowana jestem. Taka zmotywowana do działania. Taka pełna energii i wiary, że niemożliwe nie istnieje i że jak człowiek czegoś pragnie, to cały wszechświat sprzyja mu potajemnie (zapachniało ciasteczkami Coelho, czyż nie?)

No dobrze, było zajebiście, ale co tam się właściwie działo?

1. FILMY, czyli produkcje, które robi się po to, żeby rozmawiać z ludźmi, opowiadać im jakąś historię i być może przy okazji wygrać festiwal.

Program filmowy był dłuższy niż lista moich grzechów i grzeszków, a przyznaję bez bicia mam to i owo na sumieniu. Wszystkie kusiły tematem, opisem, tutułem, nieprzeciętnym bohaterem i obietnicą poruszającej historii. 29 filmów konkursowych, z których wybrane prezentowane były w obecnosci ich bohaterów i twórców. Siedząc w namiocie kinowym uśmiechałam się sama do siebie, otwierałam usta ze zdziwienia, zamykałam oczy z przerażenia, niejednokrotnie ocierałam cichaczem łzy wruszenia i z każdym dniem dochodziłam do mistrzowskiego poziomu ignorowania bólu dupska od godzin spędzonych na twardym krześle. To są filmy, które zmuszają do refleksji. Żadna hollywoodzka sieczka, po której szare komórki kurczą się jak wełna z dupy merynosów australijskich wyprana w 60 stopniach. To produkcje, które poszerzają horyzonty, otwieraja nowe i sprawiają, że chcesz działać, bo z każdą minutą uzmysławiasz sobie, ze nie musisz być wybuchową mieszanką Supermana, Batmana i Chucka Norrisa, żeby robić rzeczy wyjątkowe, przy czym te rzeczy wyjątkowe to może być choćby zanurzenie własnego tyłka w lodowatej wodzie.

2. KSIĄŻKI, czyli kto je czyta, żyje podwójnie.

Przed wyjazdem złożyłam obietnicę, że nie kupię żadnej książki, no chyba że będę mogła wrzucić ją do miski swojego kundelka i delektować się nią w formie elektronicznej. Niektóre obietnice przekraczają jednak nasze możliwości i już od samego początku są skazane na niepowodzenie. Tym razem złamanie obietnicy nie bolało nikogo, a przyniosło 363 strony ekscytacji i górskiego podniecenia (Czekan Porucznika, Denis Urubko) i 395 stron obietnicy orzeźwienia i pięknej opowieści (Zapisany w kręgach, Marek Raganowicz). Spotkanie z książką górską przyniosło również listę kilku tytułów, które już wpisałam na listę do Św. Mikołaja i serdeczny uścisk dłoni faceta do którego mam słabość, którego poznałam osobiście na irańskim Damavandzie i który to nasze spotkanie nadal pamiętał (Krzysztof Wielicki, którego chyba nie muszę nikomu przedstawiać? Wspaniały człowiek, wybitny wspinacz, chodząca legenda).

3. WARSZTATY, PRELEKCJE I SPOTKANIA, czyli znowu jestem studentką

Czułam się jak nastolatka. Z otwartym notesem, pilnie robiłam notatki, biegnąc z jednych warsztatów na drugie. W jednym ręku torba, w drugim bułka z pasztetem i ogórkiem i biegiem z jednego namiotu do drugiego. Znalazłam czas na trening w górskim niedotlenieniu, GPS bez tajemnic i oczywiście te literackie, na których ludzie mądrzejsi ode mnie opowiadali o tym, jak samodzielnie wydać książkę czy album fotograficzny i jak pisać, by inni chcieli to czytać. Mało jadłam, trochę więcej piłam, bo bez tego mogłam przeżyć. Nie odmówiłam sobie jednak spotkań z kolesiami, którzy tworzą historię: Z Andrzejem Bargielem (to ten koleś, który zjechał z K2 na nartach), czy uczestnikami zimowej wyprawy na K2 (nasi wojownicy, szaleńcy, którzy odmrażali sobie dupska w Karakorum). Fajnie słucha się takich ludzi, ogląda ich zdjęcia i filmy. Do pokoju hotelowego wracasz albo silnie zmotywowany, albo… dobity, bo dochodzi do ciebie zła myśl, że to do nich należy świat, a nie do ciebie.

5. GALA ROZDANIA ZŁOTYCH CZEKANÓW, czyli szczęście maszeruje z tymi, którzy starają się z całych sił. 

Po raz pierwszy w Lądku. Znane gwiazdy wspinaczki wręczają tę prestiżową nagrodę tym, którzy pokonali własne lęki, przekroczyli własne granice, zaryzykowali własne życie, dokonali ważnych przejść, wytyczyli nowe drogi, zmierzyli się ze swoimi demonami i udowodnili, że jeśli człowiek ma jakieś pragnienie, to cały wszechświat temu pragnieniu sprzyja (znowu ciasteczka Coelho? No cóż…), a czasami można jeszcze przy tej okazji zgarnąć jakąś nagrodę. Cała impreza rozdania nagród okraszona była występem ciacha z całkiem niezłym ciałem, które wiło się na rurze i sprawiało, że źrenice pań rozszerzały się z podniecenia. Słyszałam jakieś głosy, które domagały się przedstawicielki płci żeńskiej, ale z panami to nigdy nie wiadomo. Zaraz jakaś ręka powędrowałaby w kierunku krocza. Zaraz jakieś gmeranie w spodniach by się zaczęło. Organizator mógłby być postawiony w niezręcznej sytuacji. A tak, wszystko na poziomie, z kulturą i cichym westchnieniem pań.

6. BENEFIS ANNY CZERWIŃSKIEJ, czyli bieg przez życie drogą przypominającą bardziej tor przeszkód niż wygodną, wydeptaną ścieżkę. 

Spotkanie z ludźmi, którzy nie dali zamknąć się w lodowym uścisku góry, którzy mieli szczęście, że zdobyli wspaniałe szczyty, a do tego mogli właśnie w ostatni weekend usiąść razem i na jednej scenie opowiadać sobie anegdoty, żartować i po prostu być razem. A wszystko to dla Pani Ani z okazji jej 50lecia działalności wspinaczkowej. Krzysztof Wielicki, Leszek Cichy, Piotr Pustelnik i inne sławy polskiego himalaizmu zebrali się właśnie dla Niej. Annę Czerwińską miałam okazję poznać w zeszłym roku w Nepalu. Opowiadała o swoich dokonaniach bez krzty arogancji, bez zbędnego obrastania w piórka, jakby mówiła o wyjściu do sklepu po bułki. Czułam, jakbyśmy znały się od zawsze. Barwna postać, która nie usiedzi w miejscu. To są takie spotkania, które pozostają w tobie na długo.

7. KONCERTY, jesienne na dwa świerszcze i wiatr w kominie. 

Grubson zaśpiewał ‚Na szczycie’, który dla Was nagrałam. Kawałek, który po śmierci Mackiewicza długo maglowałam, choć na co dzień nie słucham tego rodzaju muzyki. Na resztę koncertu nie dotarłam, bo każdy prosił mnie o autograf, a ja nie potrafiłam odmówić… Sława zobowiązuje. Aż się boję, co to będzie za rok. Za to odbiłam sobie na koncercie Strachów na Lachów, podczas którego opętana samotnością, myślą swą szukałam szczęścia, które zwie się wolnością i patrzyłam w oczy, które lubią mnie, i które wiem, że mnie nie zgubią.

8. TRENINGI, czyli się nie ćwiczy, się nie biega, to i dupa się wylewa.

Rano o 8ej yoga na trawie, później trening otwarty Formy na Szczyt, zaraz po tym bieg Everest na dystansie 8848 metrów. Tak, to mogło się wydarzyć. To naprawdę mogło mieć miejsce. Tak mógł wyglądać mój aktywny udział festiwalowy… Gdybym nie była miękką kredką i nie zdecydowała się na leniwe spędzanie czasu. Ale jestem miękka kredka, która wolała otulić się ciepłą puchóweczką i szwędać się od namiotu do namiotu, w poszukiwaniu inspiracji i zachwytów serca (patrz: punkt następny).

9. SZALEŃSTWO ZAKUPÓW, czyli nic nie prześladuje nas tak, jak rzeczy, których nie kupiliśmy.

Na szczęście nie będę mieć koszmarów nocnych. Nie będą mnie ganiać kolorowe skarpety, bo kupiłam ich kilka par. Nie będzie mnie prześladować polska wołowina suszona, pełna cudnego białeczka, bo wrzuciłam do koszyka kilka torebek. Nie będą mnie dręczyć liofilizaty ukraińskiej firmy LYO, bo przywiozłam kilka na spróbowanie. Nie będą mnie nękać batoniki dające kopa, ani koszulki termoaktywne firmy Brubeck. Może tylko ten śpiwór, który kusił puchem z kaczuszki, przyjdzie do mnie pod osłoną nocy, w postaci złego ducha i zapyta, dlaczego nie zdecydowałam się zabrać go do domu?

10. LAMPKA PROSECCO O 8.30 RANO, czyli ja piję gwiazdy do śniadania.

Kiedy z rana sięgam po lampkę szampana albo prosecco, zawsze tłumaczę sobie, że gdzieś tam w świecie jest już wieczór i odpowiednia pora na takie przyjemności. Na tym wyjeździe przestałam. Po prostu celebrowałam chwilę, spotkanie ze znajomymi, delektowałam się smakiem i delikatnym łaskotaniem bąbelków w język. Dla takich chwil warto żyć!

11. LUDZIE, UŚMIECH I ENERGIA

Program festiwalu był napięty jak plandeka na żuku. Czasami trzeba było zrezygnować z jakiegoś spotkania, żeby zobaczyc jakiś film albo olać seans filmowy i pozwolić trzewikom na marsz w stronę wielkiego namiotu. Po prostu nie udało się być wszędzie. Najważniejsze jednak działo się poza sceną. To spotkania z przyjaciółmi, śmiech i dobra energia. To ten drugi człowiek, na którego można było się trochę otworzyć. To ten drugi człowiek i jego historia.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close