nigdy nie wierz mezczyznie

Pierwszy rok studiów. Wielka Warszawa i mała ja, z jeszcze mniejszego pipidówka. Czytam wiersze Poświatowskiej, oglądam komedie romantyczne, wieczorami zataczam się po orbitach samotności, skrycie marzę o wielkim uczuciu, ustach wilgotnych od mięsistych pocałunków, wielkich oczach wpatrzonych tylko we mnie i silnych ramionach, które wgniotłyby mnie w ścianę i romantycznie ściągnęły ze mnie wilgotne majtki. Pragnę porywów serca, gdzieś tam głęboko w duszy wierzę w ‘żyli długo i szczęśliwie”, ale panicznie boję się związków i jestem święcie przekonana, że każdy facet to chuj.

Mam na sobie dzwony w kolorze granitowej nocy, białą koszulę z kryształowymi guzikami, krótkie włosy spięte w koński ogon i głowę pełną marzeń. Właśnie skończyłam prywatne zajęcia z angielskiego i biegnę na miejskiego busa, który w ciągu godziny odstawi mnie na stancję w Rembertowie (choć ogłoszenie zapewniało, że to jedyne 20min od centrum). Po drodze spoglądam na bezpłciowe manekiny wstawione w sklepowe witryny straszące swoją golizną. One nie mają takich problemów jak ja. Nikt im nie złamał serca, co najwyżej wyrwał kończynę górną z obręczy barkowej w trakcie wnoszenia na zaplecze magazynowe albo przekręcił głowę przy wciąganiu sukienki z najnowszej kolekcji wiosna lato. Nikt im nie odebrał zwykłego chleba miłości, nie zdeptał marzeń, nie wycisnął z nich jeziora łez, nie zranił, nie okłamał.  Stoją posłusznie, pogodzone ze swoim losem. Zachęcić, przyciągnąć, zapędzić pod kasę, wydobyć z klienta pośpieszne ‘przepraszam, a ta sukienka w kwiatki na manekinie…?’

Ruszam dalej. Jestem już prawie na przystanku autobusowym, kiedy słyszę za sobą męski głos. Głos jest miękki, wibrujący, z takiego gatunku, który wpada do ucha i pępka jednocześnie. Taki, który odbija się o kawałki skóry i długo brzęczy dookoła głowy. Taki, który potrafi wrócić do ciebie w najdzikszych snach.

-Bo ja już tak za tobą idę od szkoły – mówi biegłą angielszczyzną – i układam sobie w głowie, co by tu powiedzieć, żebyś się zatrzymała na chwilę i mi nie uciekła. – Tak sobie myślę, może dasz się zaprosić na drinka? – nie owija w bawełnę, nie wali tekstami o aniołach spadających z nieba, skradzionych gwiazdach umieszczonych w moich oczach i metkach ‘made in heaven’.

Stoję jak wryta, wpatrzona w faceta. Ma na sobie sprane jeansy i białą koszulę. Czekoladowa skóra lśniąca w ostatnich promieniach słońca. Zęby z kości słoniowej, których perfekcja sprawia, że jeszcze długo nie chcę otworzyć własnej gęby. Czysta egzotyka.

Jak ja bym się z takim na wsi pokazała to dopiero byłaby sensacja. Już słyszę pytania o lęk przed pobrudzeniem, głupie dowcipy o bananach i małpach i kazanie księdza z ambony o czarnym Jezusie. Gadaliby przez lata całe. „A ty wiesz, że ta mała od Andrzeja puściła się z Czarnuchem?” – tak by mówili na bank. I jeszcze pewnie coś o rozmiarze penisa by dodali.

Tymczasem stoję przed bogiem czarnej miłości. Moja próżność jest delikatne łechtana. Kilkadziesiąt lasek na ulicy, a on podchodzi właśnie do mnie. To mnie zaprasza na drinka i to na mój widok się ślini. No i ten jego angielski. Jak pięknie byłoby pogadać z native speakerem. Przełamać barierę językową. Wspomóc się językiem ciała, gdyby zaszła taka potrzeba. Poćwiczyć przed zbliżającym się egzaminem oralnym. Ależ ze mnie szczęściara. Gdybym mu odmówiła, to jeszcze tego samego wieczoru umarłaby jakaś mała sówka.

Już następnego dnia siedzimy w ogródku na Chmielnej. Ja piję białe wino, on czerwone. Nasze kieliszki stojące obok siebie wyglądają jak polska flaga. Robi się patriotycznie. Jest alkohol. Jest pogoda. Jest śmiech. Jest chemia. Taka chemia o której pani w szkole nic nie mówiła. Taka chemia, że cała tablica Mendelejewa zmienia kolory, a liczba atomowa pierwiastków rośnie proporcjonalnie do jego penisa.

Nie zastanawiam się dwa razy, kiedy zaprasza mnie do swojego mieszkania na Powiślu. Mówi, że będziemy tańczyć i podziwiać kontrast naszej skóry w świetle księżyca. Wszystko to takie romantyczne, ale w tamtej chwili nasze przyszłe godziny są już zaprogramowane, zapisane jak notka na blogu do automatycznej publikacji. To się po prostu wydarzy. Nie musi być romantyczny, nie musi udawać kogoś, kim nie jest. Jest chemia. Jest przyciąganie. Mógłby równie dobrze powiedzieć, że zamierza mnie ujeżdżać jak skradziony rower, a ja i tak poszłabym za nim  w stronę rzeki.

Bo nie marzę o księciu na białym rumaku, przysięgach małżeńskich,  długiej sukni ślubnej i weselu na sto par. Marzę o tym, żeby w piątkowy wieczór posmakować egzotyki, zapomnieć o zbliżającym się egzaminie z podstaw prawa. Marzę, żeby zagryźć wargi, zacisnąć nogi, wygiąć rozgrzane ciało w koci grzbiet i wyć do księżyca, że jest mi kurewsko dobrze. Jestem ubrana w zwiewną sukienkę utkaną z nitek hedonizmu , spod której wystaje rąbek rozkoszy. Wiem, czego chcę. Chcę poezji ciał, wolności i grzechu. Jestem młoda i głodna wrażeń. Takich po których zostają tylko miłe wspomnienia pachnące wanilią i dzikim pieprzem.

– Chodź, zatańcz ze mną – Nie pozwala mi nawet usiąść, wyjmuje z ręki kieliszek wina, odstawia na szklany stolik pod oknem i prowadzi w stronę balkonu.

„Północ z gwiazdami i tobą
Północ i spotkanie…”

Powietrze jest lepkie. Sukienka klei  się do ud. On przyciąga mnie do siebie. Pachnie latem, młodością i szaleństwem.

„… Północ przyniosła nam słodki romans
Znam całe swoje życie na wylot
Będę o tobie pamiętał
Cóż innego mogę zrobić…”

Moje serce zaczyna bić szybciej. Kręci mi się w głowie, kiedy przyciska mnie mocniej do siebie i całuje po szyi. Ma miękkie usta, mocne dłonie i sprężyste ciało.

„…Północ z gwiazdami i tobą…”

Wciskam się w niego. Poruszam się w rytm jego ciała. Kładę jego dłonie na swoich piersiach. Chcę, żeby już teraz, w tym momencie rozpoczął uważne studiowanie mapy mojego ciała. Niech poznaje głębię mojego głodnego spojrzenia. Niech błądzi na linii kręgosłupa wiodącej do tego magicznego punktu, przy którym jeśli skręcisz w prawo i powędrujesz odrobinę w dół, zalewa cię fala z oceanu rozkoszy. Chcę tego faceta, jego dłoni, jego ust, jego męskości. Chcę również cholernie, potwornie, przesadnie… siku.

– Czy wybaczysz mi na chwilę? – szepczę namiętnym głosem i pytam o łazienkę.

Idę we wskazanym kierunku, zalotnie kołyszę biodrami, które mam tylko w swojej wyobraźni. Odwracam się i puszczam mu oczko na znak, że zaraz wracam, że zaraz nastąpi ciąg dalszy, że zaraz dowalimy do pieca tak, że temperatura naszych ciał przekroczy normę.

Robię siku w tempie ekspresowym i już mam wychodzić, kiedy widzę na półce damskie perfumy. Kenzo z makówką. Znam, bo sama kiedyś takich używałam. Przypominam sobie jego słowa, że nie ma dziewczyny, że mieszka sam. Głos w mojej głowie, ten sam, który dosyć często podśpiewuje znany kawałek „nie wierz nigdy mężczyźnie, dobrą radę ci dam…” każe mi chwycić za turkusową gałkę i otworzyć narożną szafkę. Dwie półki a na nich królestwo damskich kosmetyków: nawilżający tonik z bratka, krem pod oczy, balsam do ciała. Przez chwilę myślę, że może facet wyjątkowo o siebie dba, ale kiedy widzę paczkę tamponów, sprawa wydaje się oczywista. No chyba, że trafiłam na wyjątkowy egzemplarz…

Gwałtownie spada poziom mojego podniecenia, skóra przestaje błyszczeć, serce spowalnia, temperatura ciała wraca do normy, a oczy zachodzą mgłą rozczarowania i uśpionej złości.

On mnie okłamał. Albo skurwiel mieszka z jakąś laską, a udaje singla, albo to w ogóle nie jest jego mieszkanie, a jakiegoś kumpla, który wyjechał ze swoją dziewczyną na weekend. Nie analizuję sytuacji, bo w tamtej chwili nie mam ochoty szukać prawdy, nie chcę do niej dążyć. Wystarczy mi fakt, że tej prawdy nie ma. Wszystkie moje zmysły, cała moja popieprzona logika, podręcznik fizyki klasycznej w mojej torbie mówią, że nie ma  w tej sytuacji zgodności ze stanem rzeczywistym.

Mogłam zrobić tak jak robi człowiek, któremu zależy: usiąść, zadać pytania, poprosić o odpowiedzi, pogadać. Mogłam olać swoje małe odkrycie, wymazać zawartość szafki, wrócić i kontynuować grę. Mogłam na tą sytuację wypiąć dupę, dosłownie i w przenośni. Mogłam się zabawić, zaszaleć, wziąć to, na co miałam ochotę. Tymczasem wyszłam bez słowa. Nie było dupci, dupci, ani nawet buzi, buzi, bo było głupie i zupełnie niepotrzebne kłamstwo.

 ***

Przypomniałam sobie całą sytuację wczoraj wieczorem, po rozmowie z moją przyszywaną siostrą, która na portalu randkowym szuka odskoczni od swojej codziennych obowiązków. Postawiła sprawę jasno. Nie szuka związku. Zdecydowanie żadnych dramatów. Może być kawa i rozmowa. Może być seks i jakaś wiadomość na dobranoc. Żadnych wielkich oczekiwań. Poza jednym, małym. Bądźmy sobą, otwarci na siebie, szczerzy w tym, jacy naprawdę jesteśmy. Dajmy sobie to, co możemy, żeby choć na chwilę wsadzić w zęby kruche ciastko szczęścia. Nie utrudniajmy sobie życia. Nie komplikujmy prostych spraw.

– Piszesz jeszcze z jakimiś innymi kobietami? – zapytała Gośka w zeszłym tygodniu nowego amanta.

– Nie, nie piszę. Jakbym tak mógł? – odparł zdziwiony. – Tylko z tobą. Nawet przy tak niezobowiązującym układzie tak nie robię. Nie spotykam się z innymi i nie rozmawiam. – Zapewnił.

Gośka zrobiła to, co każda nieufna kobieta w takiej sytuacji by zrobiła. Nalała sobie kieliszek czerwonego wina i założyła nowy profil, który przez kilka dni dojrzewał niczym owe wino w beczce. Nabierał smaku, dojrzałości i kusił słodką obietnicą. Niedawno zrobiła z niego użytek i skręciła faceta w ciągu kilku minut.

– Pytałam z czystej ciekawości, czy pisze z innymi. Nie miałabym nic przeciwko, bo nie jesteśmy razem, mamy prosty układ – mówi Gośka. – Mi to wisiało, ale pomyślałam sobie, sprawdzę, czy naprawdę jest taki, jak mówi, że jest. I okazało się, że bez większego wysiłku wyciągnęłam szydło z worka.  Jest kłamcą. Tylko po co?

 ***

I mój, i Gośki amant wybrali małe, zupełnie niepotrzebne kłamstewko. Prosty układ zachachmęcili tak, że wyszła dupa, której ani ja, ani Gośka dać już nie chciałyśmy. Bo i po co? I jeden, i drugi facet powiedział to, co myślał, że i ja, i Gośka chciałyśmy usłyszeć. I tu popełnili błąd. Wybrali kłamstwo, żeby osiągnąć cel, który już dawno był osiągnięty i… spartaczyli sprawę. Zapomnieli o jednej ważnej rzeczy.

Że my kobiety też czasami chcemy odrobiny zapomnienia, odskoczni, emocji, dartych majtek, bez tej całej pokręconej filozofii miłości. Nie chcemy kłamstw, neurotycznych gier. Nie jest nam nawet potrzebna iluzoryczna słodycz, zakichany romantyzm, tuszowanie rzeczywistości. Jest jak jest, a my chcemy, żeby teraz, przez tę jedną chwilę, było trochę lepiej. Chcemy względnego spokoju ducha, poderwanego do diabelskiego tańca.

Panowie, nie odbierajcie nam tego stosując kłamstwa wtedy, kiedy wszystko powinno być proste. Jak już jesteście w ogródku, to przywitajcie się z gąską. I nie mówcie jej, że jest piękną kurą, bo żadna, nawet głupia gęś w to nie uwierzy.

2 Comments

  1. … albo po prostu mógł mieszkać z siostrą :D

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close