Lubię historie oparte na faktach. Takie, w których jest trochę prawdy, trochę życia, trochę emocji, trochę myśli więzionych przez szare komórki. „Niezłomny” to historia Louisa Zamperiniego, amerykańskiego lekkoatlety, olimpijczyka, uczestnika II wojny światowej, który pożegnał się z tym ziemskim padołem kilka miesięcy przed światową premierą filmu. Pan Bóg łaskawy jest. Zabrał go do swojego królestwa, bo wiedział, że lepsze przewracanie się w grobie, niż atak serca przy oglądaniu własnej historii.

Ta historia miała potencjał. Świadczy o tym chociażby fakt, że film trwa bite 2h 17min (słownie: dwie godziny i siedemnaście minut), a ja nie przycięłam komara. Nie pobeczałam się jednak, co dowodzi, że owy potencjał nie został wykorzystany. Ja – największy beczek świata nie uroniłam ani jednej łzy. Zabrakło emocji gromadzonych jak para w czajniku, której ciśnienie rośnie, rośnie, rośnie, rośnie, by wreszcie wystrzelić ci prosto w oko. Tam wszystko dzieje się za szybko.

Klatki filmowe napchane są scenami, które skaczą po ekranie. Niby obraz dociera do oka, ale do serca i głowy ma już nie po drodze. W skutek tego zamiast ryczeć tam, gdzie towarzysz umiera wysuszony słońcem i beznadzieją sytuacji, wrzucany do wielkiej wody, ja się pytam dlaczego go nie zjedli? Tam gdzie wychudzeni stoją przed swoim uciemiężycielem, ja się zastanawiam, czy kolesia żebra sterczące pod skórą to efekt pracy komputerów, czy może zamknęli go w piwnicy na kilka tygodni, oferując odpowiednią sumkę na koncie zamiast obiadków. Tam, w scenie symbolicznej, na osobistej Golgocie bohatera, kiedy ten podnosi drewniany pal, myślę sobie, że co? Niezłomny, bo go podniósł? I tak upadł ostatecznie, więc o co kaman? No coś jest nie tak, że ja nie płaczę, a powinnam siedzieć zasmarkana przed ekranem, prosząc o kolejną chusteczkę.

Gdyby nie to, że Domhnall Gleeson pokazał swoje irlandzkie dupsko, to byłby to zmarnowany czas. Pytanie tylko co się z nim stało? Do pewnego etapu drugoplanowy bohater towarzyszy naszemu Niezłomnemu a później znika. Nie ma go. Myślę sobie, że pewnie sam miał już dosyć tego arcydzieła i tak jak w filmie ‘Czas na miłość’ dał nura do szafy i przeniósł się w czasie, jak najdalej od japońskiego obozu jenieckiego, Angeliny i całej jej ekipy.

To nie był dobry film. Teksty nijakie, zdjęcia nijakie, muzyka nijaka, cały film nijaki. Taki też powinien być jego tytuł: „Nijaki”.

PS. Więcej nie napiszę, bo marny film zasługuje na marną recenzję. Poza tym nie chce mi się, bo dziś leniwa niedziela. Trzeba się polenić.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close