NutriBullet

Lubię jeść. Jedzenie-obok seksu-to największa przyjemność w życiu człowieka. Nie liczę kalorii, uwielbiam mięcho, z fast foodów zdarza mi się sięgnąć po McDonalda, choć ostatnio coraz rzadziej. Słucham tego, co mi burczy w brzuchu i należę do grona tych szczęśliwców, którym owoce i warzywa naprawdę smakują.

W domu konstruuję bomby… witaminowe. Znudzona bananem i truskawką oraz innymi zestawami smakowymi, które na stałe zagościły w mojej kuchni, postanowiłam udać się na poszukiwania połączeń, które sprawią, że moje kubki smakowe zatańczą rock&rolla, a mnie samej przybędzie kilka lat życia i ubędzie kilka siwych włosów.

Znalazłam przepisy na nowe smutasy, załączone do jakiegoś magicznego robota kuchennego, który obiecywał zamienić szarą kuchtę domową z centymetrowymi odrostami w złotowłosą księżniczkę, wyszczuplić ją bez użycia photoshopa i generalnie sprawić, że będzie kwiczeć z radości. Olałam sprzęt, bo nie ze mną takie numery, ale składniki na bombę starannie zapisałam i schowałam kartkę w metalowej puszce po herbacie. Obiecywali ‘delicious and bursting with goodness’. Przekopałam wszystkie dostępne słowniki języka angielskiego i nigdzie nie znalazłam tłumaczenia ‘delicious’ jako ‘wstrętne’. Musiała zajść jakaś pomyłka albo ja nie wiem, co jest smaczne, a co nie.

Kiedy przyszedł odpowiedni czas, uzbrojona w fartuch i ukochany blender przygotowałam pierwszy z listy. Składniki wyglądały na samo zdrowie. Zdarza się, że to co zdrowe też dobrze smakuje, ale w tym przypadku całość nadawała się do spuszczenia w kiblu już za sam wygląd. Z natury sknera jestem i szkoda mi wyrzucać cokolwiek. Dosypałam więc dwie łychy odżywki białkowej, licząc na poprawienie smaku, wymieszałam, zatkałam nos kciukiem i palcem wskazującym i wypiłam. Ku zdrowotności.

Dla odważnych, chcących się przekonać na własnych kubkach smakowych, podaję składniki bomby:

2 garście jarmużu
szklanka borówek,
pół banana
pół szklanki ugotowanych płatków owsianych
10 migdałów
2 łyżki surowego kakao
woda źródlana

Rozczarowana pierwszym niewypałem, postanowiłam dać bombom drugą szansę i zmajstrowałam kolejny koktajl. Tym razem lista składników wyglądała następująco:

2 garście jarmużu
pół awokado (bez pestki i bez skórki)
1 średnia nektarynka (bez pestki)
szklanka borówek
10 połówek orzechów włoskich
woda źródlana albo migdałowa (ja dałam źródlaną)

Wyszła kolejna sraka, którą ratowałam odżywką białkową.

W sumie miałam 5 przepisów, ale po tych dwóch pierwszych tak się załamałam, że stwierdziłam, iż szkoda warzyw i owoców na mieszanki, po których ma się ochotę hafta puścić i lepiej wprowadzić je do systemu w sposób naturalny, czyli pożreć w takiej postaci, w jakiej występują, czyli prosto z pudełka. Przepisy na pozostałe 3 znajdziecie tutaj, wystarczy kliknąć tutaj. Żartowałam, nie tutaj, tylko TUTAJ.

Jeśli wyjdzie ci coś lepszego niż kupa, to daj znać, może znajdę odwagę i podejmę kolejną próbę.

Rozczarowana niewypałami zaczęłam winić swój stary blender, który do tej pory sprawował się bez zarzutu: Kenwood Smoothie 2GO, gdyby ktoś pytał i poczęłam czytać o tym nowym, magicznym sprzęcie, który mam wrażenie, że oprócz warzyw, owoców, blenduje również szare komórki. I to wszystko za jedyne 399,99 PLN.

NutriBullet, czyli ja się kurwa załamałam. Nie znam sprzętu, więc nie piję do niego, bo może to i dobre jest, ma moc i robi w kuchni cuda (choć założę się, że ja potrafię większe, zwłaszcza na blacie kuchennym ;) ale ludziom odpowiedzialnym za reklamę, to się bęcki należą i wsadzenie rączek, które takie głupoty piszą, do tego blendera. Ups, przepraszam, do ekstraktora, bo za użycie słowa blender producent może się pogniewać.

Na stronach reklamowych czytam, że NutriBullet wydobędzie składniki odżywcze z jedzenia i myślę sobie, że ktoś tu robi ze mnie głupią, bo jeśli w żarciu tych składników nie ma, to żaden magiczny bullet ich nie wydobędzie, nawet jeśli obsługiwany przez samego Salomona. Żadna koparka, żaden dźwig, żadne rączki. Poza tym nie wiem, jak was, ale mnie na biologii uczyli, że istnieje coś takiego jak układ trawienny, który pobiera, trawi i wchłania pokarm. Mówili, że gdzieś tam w brzuszku mam jelito cienkie, żołądek, jelito grube i inne gadżety, które razem stanowią dosyć cwaną maszynerię i dzięki którym jestem najedzona, zdrowa, piękna i inteligentna. Wystarczy otworzyć usta, wsadzić do buzi wartościowy pokarm, przegryźć dokładnie i po sprawie. Tak, nie potrzebujesz żadnego NutriBulleta, bo masz swoje prywatne ostrza ekstrakcyjne, które miażdżą, rozrywają, rozcierają, siekają, mielą. I to nie jedno ostrze, a 32 sztuki, przy założeniu, że jesteś osobnikiem dorosłym i nie zarobiłeś sztachetą na wiejskiej przytupance w remizie. Te ostrza to nasze zęby (łac. dentes). Masz też swoje prywatne ostrze pomocnicze, czyli język, który podsunie papusiu pod ząbki, przesunie papkę w stronę gardła i przemieli. Nie wiem, może ja naprawdę głupia jestem, ale nie rozumiem na czym polega fenomen tego całego cudeńka? Ktoś rozsunie kurtynę mojej niewiedzy?

Najlepsze są teksty typu: „urządzenie, które przywróci Ci witalność i energię!” Znalezione na facebookowej stronie urządzenia. Czyli mam rozumieć, że jeśli podłączę się do takiego sprzętu, to będę tryskać energią i góry przenosić, a może wystarczy, że tylko dotknę tego tajemniczego pojemnika? Bo jeśli to urządzenie, które przywróci mi witalność i energię, to ja rozumiem, że zawartość jest zupełnie bez znaczenia? Takie reklamy i teksty to trochę atak na moją inteligencję jest. Ludzie łykają to jak młode pelikany i srają po gaciach, oszczędzając czasami miesiącami, żeby sobie taki blenderek zafundować. Wystarczy, że przeczytają Poprawia samopoczucie, wygląd, sen. Redukuje stres i zmęczenie i zapominają, że to nie o samo urządzenie chodzi, że sam ekstraktor nie poprawi samopoczucia, ale to, co do niego wrzucimy. Jedz brylanty, a będziesz świecić całymi dniami i odwrotnie – jedz gówno, a będziesz czuć się i wyglądać jak kupa i żaden NutriBullet ci nie pomoże.

Najlepsze są te strony i reklamy, w których wykorzystują zapłakanych grubasów, chcących zrzucić trochę sadełka. NutriBulletowopodobne cuda już czekają na ciebie. Jesteś nieatrakcyjna, sfrustrowana, kup sobie nasze cacko, a twój tłuszczyk spakuje walizki i wyjedzie topić się w karaibskim słońcu. I pamiętaj, że nie ważne co do niego wrzucisz. Samo urządzenie to cudo jest. Jeszcze chwila, a producent i ekipa do spraw sprzedaży rzucą się na ludzi samotnych, desperacko poszukujących swojej drugiej połówki, zapewniając, że od dziś twoje życie nabierze sensu. Wystarczy, że kupisz NutriBullet albo jakąś jego siostrę z brzydszej matki, a w twoich drzwiach stanie twój wymarzony książę z bukietem karmelizowanej marchwi, szepczący z uśmiechem na ustach ‘dla ciebie, na poprawę wzroku, żebyś lepiej widziała sieczkę, jaką reklama może zrobić z szarych komórek człowieka.’

Serio, mam wrażenie, że wracają czasy Mango Shop Gdynia, czyli pospolite cygaństwo.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close