Jesteśmy w kraju uważanym za zamknięty, odległy i nieprzyjazny. Dokładnie w jakimś lesie, wysoko, bo dosyć długo jechaliśmy wojskowym jeepem w górę. Wkoło żywej duszy nie widać ani słychać. Z oddali dobiega mnie szum spadającej wody. Samochód terenowy został niżej. Dalej już tylko z buta można się dostać. Idziemy za dwoma młodymi Irańczykami. Na kamieniu przede mną odcięte ludzkie ucho w niewielkiej kałuży krwi. Nikt nas tu nie znajdzie – myślę sobie, rozglądając się dookoła. Nie powinniście ufać nieznajomym – mówi jeden z młodzieńców. Wy jesteście turystami. Nie powinniście nikomu ufać. Ma chłop rację. Nie powinniśmy.

2h wcześniej

Na ulicy spotykamy poznanego, zupełnie przypadkiem młodego Irańczyka. Z moich obserwacji wynika, że w Iranie istnieje pewien gatunek drzew, na których rośnie mamona, bo nikt za nic nie chce tutaj pieniędzy. Muszę odszukać plantację i wywieźć kilka sadzonek do Polski. Taksówkarz, który spędził z nami ponad pół dnia, zawiózł nad Morze Kaspijskie w ramach rekompensaty za zamknięty rezerwat Miankaleh wymachuje rękoma, odpędzając się od zapłaty, jak od natrętnych komarów. Wzruszam się szczerze, bo jestem przyzwyczajona do świata w którym za wszystko trzeba zapłacić, odwdzięczyć się, zrobić loda albo dać dupy. A on tak sam z siebie wiezie, karmi, zabawia. Wciskam mu w kieszeń banknoty z portretami kilku amerykańskich prezydentów. Niech się chłop edukuje z historii Stanów.

Po drugiej stronie ulicy czeka na nas wojskowy samochód terenowy. Wskakujemy do niego i gęba mi się śmieje od ucha do ucha, bo to jest właśnie samochód moich marzeń. Jedziemy w górę. Podobno nad jakieś jezioro w ostanie Mazandaran. Zdejmij chustę! – krzyczy do mnie kierowca, przy czy brzmi to jak ‘zdejmij majtki’. Nie ściągam. Naczytałam się trochę przed wyjazdem. Może koleś jest z policji religijnej, obyczajowej, pasterskiej albo kosmicznej i tylko czeka na jakąś pomyłkę z mojej strony. Wolę nie ryzykować. Poza tym w takim jeepie, chusta na głowie pasuje idealnie. Przynajmniej łba mi nie urwie.

Najpierw jedziemy przez miasto Behshahr. Najlepsze Miasto w dosłownym tłumaczeniu. Gdzie nie spojrzeć małe, chude hondy, a na nich całe rodziny, bez kasków. Rekordowa ilość to cztery osobniki, ale podobno zmieści się i sześć sztuk, jeśli ich rozmiar niewielki. Modlę się do swojego boga, żeby takie cudne zjawisko zobaczyć i akurat mieć aparat w pogotowiu. Niestety trafiam tylko na pojedyncze egzemplarze. No cóż, nagrody National Geographic za najlepsze zdjęcie z podróży nie dostanę. Podręczną kamerkę mam zaczepioną wokół nadgarstka i nagrywam zatłoczone ulice, zakurzone sklepy, nasze uśmiechnięte mordy, wiatr we włosach i zapach kwiatów na mojej chuście przykrywającej włosy. Będzie na pamiątkę.

Wyskakujemy nad jeziorem. Zero cienia. Jest gorąco. Owce palą żują trawkę. Meeee, dobra trawka, meeeeee. Jakiś wystrojony pan robi sobie zdjęcie z wielką kulką różowych falban. Obejmuje kulkę, bierze ją na ręce, ściska, całuje. Dziwni ci Irańczycy i wielka ta kulka. Przyglądam się uważniej. Wielka kulka różowych falban ma ręce i nos nawet ma. Przyglądam się jeszcze uważniej. To irańska Panna Młoda. Mają właśnie sesję fotograficzną w plenerze.

Nasz kierowca bawi się kieszonkowym nożem, który wygląda jak brzytwa. Trochę mnie to niepokoi. Usypia moją czujność wyciągając największego arbuza świata. Większy od Jowisza. Mnie już ślina cieknie. Żrę jak dzika. Sok cieknie po brodzie, szyi, wpada między cycki i kończy swój bieg w pępku. Wycieram się jeszcze białą tuniką. Na pranie przyjdzie czas.

Chłopaki jacyś niecierpliwi. Gdzieś im się spieszy. Mnie pot po dupie leci, więc na hasło, czy jedziemy, rzucam radosne ‘taaaak jest!’. Mijamy kilka rozstawionych namiotów, dwóch mężczyzn kontemplujących poziom wody w jeziorze, tysiące małych hond bzyczących jak olbrzymie, żelazne komary. Wjeżdżamy w las. Robi się ciemno i zimno. Kierowca wydaje jakieś dziwne dźwięki, przypominające odgłosy ptaków albo… umówiony sygnał.

Mój mózg pracuje dosyć szybko, jak na owe okoliczności. W tempie ekspresowym szacuję wartość swojego życia: mała kamerka sony, wysłużony już Canon z nowym jeszcze niewysłużonym obiektywem, inteligentny telefon, pomadka nawilżająca znanej francuskiej marki, oryginalne Ray-Bany kupione na tureckim bazarze za 5euro i pusta butelka po wodzie. Czy tylko tyle jest warte ludzkie życie?

Bacznie przyglądam się swoim nowym kolegom. Ten jeden to na pół strzała. Chudszy ode mnie, mniejszy, niższy. Jak będzie trzeba, to złamię go w pół i wbiję go w tego drugiego jak pal. Pamiętam, że jest dosyć zwinny, szybko skacze z kamienia na kamień, no i zna te tereny jak podeszwę własnego buta. Poza tym ma odbytą służbę wojskową. Cholera wie, czego go nauczyli w tym irańskim wojsku.

W głowie skaczą mi obrazy tego, co mogą ze mną zrobić. Mogą wbić kosę między żebra tak sprawnie, jak wbijają w tutejsze arbuzy i zostawić na pastwę losu. Mogą? Mogą. Mogą wydłubać mi gałki oczne, nanizać na sznurek i nosić jako oryginalną bransoletkę. Mogą? Mogą. Mogą pogrzebać mnie żywcem, do góry nogami i zasadzić słonecznika w mojej dupie. Mogą? Mogą, jeśli tylko wpadną na taki pomysł. Mogą wszystko. Człowiek może umrzeć na więcej sposobów niż jest sobie w stanie wyobrazić. Nie chcę już sobie wyobrażać, bo zacznę się naprawdę bać, rozbeczę się tam i zacznę pędzić między drzewami na złamanie karku. Oni nas gdzieś prowadzą, a ja ślepo wierzę, że nie obetną mi ucha, nie będą torturować, tylko skończą ze mną szybko i bezboleśnie. Przynajmniej umrę szczęśliwa, wypełniona soczystym arbuzem, pieszczona gorącym słońcem i przywieziona na rzeź samochodem swoich marzeń.

Jestem co raz bliżej ucha. Stawiam małe kroki, ściskając w dłoni kawałek lnianych spodni. Rzucam ponowne spojrzenie w jego kierunku. Mięsiste to ucho. Wszędzie rozwalone fałdy skórne i rozgnieciona tkanka chrzęstna. Patrzę uważnie i oczom nie wierzę. To kawałek rozgniecionego arbuza. Zewnętrzna skóra, pozbawiona zielonej warstwy, ułożyła się na kształt małżowiny usznej. Miąższ i sok z niego perfekcyjnie wcielili się w rolę limfy życia. Kamień spada mi z serca, a ja się śmieję sama z siebie.

Siadamy razem na kamieniach, kroimy resztki arbuza, wbijamy zębiska w soczysty miąższ i rozmawiamy. Przez chwilę jest mi głupio, że ciągle pilnowałam plecaka, jakbym miała tam nie wiadomo jakie skarby. Prawdziwy skarb był obok mnie. Drugi człowiek. Czas, który mi poświęcał. Rozmowa pełna znaczenia i wspomnienia, których prócz wujka Alzheimera, nikt nie ukradnie. Jutro jedziemy na wodospad. Te resztki niepewności, które gdzieś tam sobie grasowały w mojej głowie, bombarduję pestkami z arbuza. Niech zginą, przepadną, nigdy nie wrócą.

1 Comment

  1. […] wycieczce nad jezioro, jestem przygotowana na spotkanie w tym samym składzie: tylko z dwójką naszych nowych irańskich […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close