Plaża Papagayo należy do najpopularniejszych plaż na Lanzarocie. Niewielki kawałek złocistego piachu odgrodzony od świata klifami przyciąga miłośników brązu. Kiedy wpiszesz w Googla frazę ‘papagayo’ dowiesz się, że za wjazd trzeba zapłacić 3 euro, że droga wyboista, że sklepów w pobliżu Papagayo nie ma, że tylko jedna knajpa z dosyć przyjazną obsługą i trochę wygórowanymi cenami. Nie dowiesz się jednak najważniejszego: że na plażowiczów czyha tam niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo  w postaci drapieżnych fal, które chętnie złożą mokry pocałunek na twoim ręczniku, klapkach, a nawet plecaku, czy telefonie komórkowym.

To nie było tak, że ja tych fal nie widziałam. Mówiłam głośno i wyraźnie, że się zbliżają, że może by tak zebrać manele i się przenieść. Ale gdzież by tam. Lenistwo wzięło górę. A to za chwilę, ale przecież tu nie dojdzie, nie dosięgnie, co najwyżej po palcach popieści. Akurat siedziałam wpatrzona w spienione morze i zastanawiałam się dlaczego wulkanizacja nazywa się tak, jak się nazywa, skoro nie ma w niej żadnych wulkanów. Tak, wiem, głębokie rozmyślenia, nie ma co. I to był ułamek sekundy. Skoczyłam na równe nogi. Chwyciłam torbę i koszulkę. Chłop zdążył chwycić swój plecak. Wrzasnęłam ‘o kurwa’ i już było po wszystkim. Fala wróciła na swoje miejsce, a my patrzeliśmy jak kretyni w zalane wodą hotelowe ręczniki. Żałosny widok, powiadam wam. Nie było wyjścia. Trzeba było się przenieść wyżej.

Wyżej nie było dmuchanych materaców, ani leżaków, ani niczego, na czym można by spocząć. Kupa piachu, kilka skał i teren nachylony tak, że o leżance zapomnij. Zapadła decyzja: odwrót i poszukiwanie nowej miejscówki na sąsiedniej plaży. Bo podobno gdzieś tam dalej, niedaleko Papagayo, z drugiej strony parkingu, tam też jest plaża. I podobno większa i nie taka zatłoczona. No i poszliśmy. Przez suche połacie piachu, przypominające krajobraz księżyca, choć pewności nie mam, bo na księżycu nigdy nie byłam. Ale tak to sobie właśnie wyobrażam. Piach i porozrzucane na nim niewymiarowe skały o strukturze pumeksu. Gdzie niegdzie jakaś roślinka, niemo krzycząca: tu jest życie!

Rzuciłam mokre, ciężkie ręczniki na piach, tuż między dwie kępy suchych krzaków. Postawiłam torbę plażową i rozejrzałam się po okolicy. Od strony morza, prosto na mnie zbliżał się pan. Miał na sobie T-shirt. Krótki T-shirt powinnam dodać. Tylko krótki T-shirt powinnam zaznaczyć. Zazwyczaj na plaży widywałam panów w innej konfiguracji ubraniowej. W gaciach, bez koszulki. W kąpielówkach znaczy się. Z dumnie prezentowanym mięśniem piwnym, rzadziej sześciopakiem. A tutaj odwrotnie. Pan dreptał bez gaci, za to w koszulce. Zatrzymałam wzrok poniżej pępka nieco dłużej niż przyzwoitość pozwalała. Pan uśmiechnął się do mnie. Ja odwzajemniłam uśmiech. Trochę głupkowaty muszę przyznać. Mój uśmiech, nie że ten pan. Spojrzałam w prawo, spojrzałam w lewo, wróciłam wzrokiem w stronę klejnotów dyndających na wietrze i doznałam olśnienia. Bo niegłupia dziewczyna jestem i miewam swoje momenty.

– Jesteśmy na plaży nudystów – wymamrotałam trochę zmieszana, bo takich widoków nie oczekiwałam. – Zostajemy? – uznałam za stosowne zapytać o zdanie towarzysza wycieczki.

– Zostajemy – usłyszałam.

Po kilku minutach siedziałam na golasa wpatrzona w spienione fale, wariujące tym razem na tyle daleko, że nie było czego się obawiać.

– Muszę ją posmarować kremem do opalania. Nigdy nie wystawiałam jej na takie słońce – wyznaję zaglądając sobie między nogi. – Tył owszem, zdarzało się, ale przodu nigdy.

-Masz rację. Niewiadomo jak się zachowa pod wpływem słońca. Może jak gremlin? – porównanie mojej cipki do małego, włochatego zwierzątka wydaje się trochę nie na miejscu, ale rozumiem, że rozmówca ma na myśli raczej złamanie zasad opieki nad egzotycznym stworzeniem, aniżeli wizualne podobieństwo.

– No. Jeszcze zacznie rozrabiać i terroryzować całą plażę – skupiam się na ewentualnych skutkach, pomijając kwestię zgodności w wyglądzie zewnętrznym. – Lepiej nie ryzykować – mówię i smaruję się grubą warstwą filtru przeciwsłonecznego.

Rozglądam się dookoła, jak na żółtodzioba naturystycznego przystało. Żadnej młodości, żadnych jędrnych pup i sterczących sutków (swoich walorów nie rozpatruję). Zamiast tego średnia wieku 65 plus, cycki do pępka i smutne, pomarszczone penisy, których dni chwały już raczej minęły. Brak jakiejkolwiek próżności, kultu nagiego ciała. Natura, pełna akceptacja i wolność.

– Zastanawiam się, czy wszystkie plaże nudystów tak wyglądają? Tylko popatrz, starsi ludzie, pogodzeni z nieuchronnością czasu, w pełni akceptujący swoje ciało, bez żadnych niezdrowych podniet na widok gołego cycka.

– Coś w tym jest – rzuca od niechcenia chłop.

– Myślę, że u nas w Polsce i w ogóle na świecie jest jakiś dziwny brak akceptacji naturalnych obrazów. Człowiek zobaczy kawałek gołego cycka i wariuje – mówię. – Znasz kobietę, która by naturalnie stała przed obcym facetem, na plaży, dajmy na to, w samych majtkach? Nie. Bo ona zaraz zechce się nakrywać, przykrywać, zakrywać, bo on zaraz będzie na nią patrzył z rozdziawioną japą i śliną cieknącą po brodzie. Ona zaraz pomyśli, że on to perwer i brak komfortu murowany. A przecież do podniety trzeba trochę więcej. Odpowiedniej atmosfery, odpowiedniego cycka, nie byle jakiego, ale konkretnego, obopólnego przyzwolenia… – trochę mnie ponosi, unoszę się na falach własnej wyobraźni.

– Agnes, czy ty siebie słyszysz? – nagle udaje mi się wzbudzić zainteresowanie rozmówcy. – Chcesz powiedzieć, że jak facet zobaczy gołą babkę, nie powinien się podniecić, chyba że otrzyma przyzwolenie!?

Wybucham śmiechem.

– Właśnie wyobraziłam sobie osobnika płci męskiej oglądającego pornola (nie oszukujmy się, panowie wiodą prym w oglądalności filmów dla dorosłych…)

– Tak! Dokładnie. I taki delikwent wysyła mejla do producenta: Przepraszam, czy to będzie okay jak się podniecę? Czy mogę? Proszę o przyzwolenie.

– I dostaje odpowiedź po trzech tygodniach – Zanoszę się śmiechem.

Układam w głowie oficjalną wiadomość do wysłania w takowych okolicznościach.

Szanowny Pan/Pani,

Ja niżej podpisany, miłośnik uciech cielesnych i rozkoszy płynącej z miłości własnej, zwracam się z prośbą o wyrażenie zgody na natychmiastowe podniecenie. Prośbę swoją motywuję tym, że inaczej chuj mnie strzeli… Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby. Z poważaniem. Wacek.

Na plażę wjeżdżają dwa rowery. Uaha, rowery dwa, rozjechane. Pan z Panią. Pan wsadza dłoń w strój rowerzysty i poprawia to i owo. Nie wiem czemu, skoro i tak za chwilę zdejmie obcisłe gacie. Może silnym gestem upomina ‘Tylko żebym dołków nie musiał dla ciebie kopać’. Nie znam ich relacji, nie wiem w jakiej komitywie żyją.

Rozglądam się jeszcze raz po plaży. Towarzystwo mieszane. Tu golasy, a tam tekstylni ukryci w krzakach. Odnoszę wrażenie, że większość odzianych to przypadkowi spacerowicze, którzy zabłądzili i teraz uciekają wpatrzeni w stronę oceanu. Ale zdarzają się też tacy, którzy wmieszani w goły tłum ładują się witaminą D. Nikt im nie zabroni i to całkiem fajne jest, że nie ma podziałów. Chcesz ściągnąć gacie, proszę bardzo. Nie czujesz się komfortowo, nic nie szkodzi. Dopóki nie traktujesz golasów jak małpy w Zoo, jest dobrze.

Przez krzaki wpada piłka. Koleś w czerwonych spodenkach plażowych czai się i nie wie za bardzo jak podejść i po nią sięgnąć.

– Bidak, wygląda jakby się czaił od dobrych paru minut. Piłka mu tu wpadła – mówię i wyobrażam sobie niezręczność sytuacji.

– Wpadła!? Sama wpadła!? – słyszę wyreżyserowane zdziwienie. – Pewnie od godziny cyrklował , żeby ‘mu tu wpadła’.

Ja mu się nie dziwię. Przecież nie podejdzie i nie zaproponuje partyjki pokera rozbieranego.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close