Po wycieczce nad jezioro, jestem przygotowana na spotkanie w tym samym składzie: tylko z dwójką naszych nowych irańskich przyjaciół. Tymczasem w umówionym miejscu czekają na nas dwie mamy, jeden tata, cztery siostry, dwie ciotki, synek jednej z sióstr, dwie sąsiadki i babcia, którą odkopali specjalnie na tę okazję. Będzie wesoło.

Na małej hondzie pojadą dwie osoby. Trzeba tylko ją szybko zreperować, coś przykręcić, coś dokręcić i będzie gotowa do drogi. Reszta pakuje się na wojskowego jeepa. Jako goście zajmujemy zaszczytne miejsce z przodu, obok kierowcy. Cała reszta z tyłu. Nie mam pojęcia, jak oni się tam mieszczą. Ktoś siedzi komuś na kolanach, ktoś na kole, ktoś lewituje w powietrzu, jeszcze inny ktoś musi być przyczepiony do zawieszenia. Jedziemy.

Pniemy się w górę. Dziewczyny śpiewają. Mówią, że jeśli mi niewygodnie, to mogę ściągnąć chustę. Widzę, że same już dawno pozbyły się nakryć głowy. Idę w ich ślady. Jeśli nas aresztują, to przynajmniej będziemy mogły spojrzeć na siebie z sąsiednich cel i krzyknąć ‘ale była jazda!’.

Jednym ruchem ściągam szal i czuję się wolna. Mam ochotę wstać w tym jeepie i wyśpiewać jakąś pieśń o wolności, ale nie znam żadnej. Wiatr bawi się kasztanowymi lokami, rozwiewa je na wszystkie strony świata, krąży po niebie i śpiewa za mnie. O marzeniach ślimaka, który chciał wejść na Mount Everest i jesiennym księżycu, który bał się być łysy, o wolności brylantowego zająca, wróblu, który uczył się jeździć konno i chrapiących prostytutkach. Głaszcze przydrożne drzewa, wygina wysuszone słońcem trawy, pieści kamienie rzucone niedbale na pole i pcha nas w stronę wodospadu. Poczuć się naprawdę wolną w Iranie – to dopiero paradoks.

Jedziemy leśną drogą. Gdyby mnie tu porzucili, utonęłabym we własnych łzach. Za cholerę nie znalazłabym drogi powrotnej. Słyszę rzekę i małe hondy warczące, które za wszelką cenę chcą się przedostać na drugą stronę. Latające ryby już widziałam na Barbadosie. Teraz czas na pływające motocykle. Są wszędzie i doskonale dają sobie radę w wodnym środowisku. Hondy produkowane na irański rynek muszą być wyposażone w boczne płetwy. Inaczej tego nie widzę.

Po niemal godzinie jesteśmy na miejscu. W lasach całe rodziny siedzą na rozłożonych kocach, jedzą, piją, sziszę palą, tańce, hulanka, swawola. Jestem jedyną Europejką w promieniu kilku kilometrów. Przyciągam wzrok. Wszyscy się na mnie gapią. Najbardziej jednak moi nowi przyjaciele.

Masz spodnie? – pytają. Dziwne pytanie. Tak ni z gruchy, ni z pietruchy pytać mnie o zawartość szafy. No mam – odpowiadam, kilka par, a co? To przebieraj się, bo stąd już będziemy wchodzić na nogach. Jakieś chyba nieporozumienie się wkradło. Nie mam spodni przy sobie. Mam spodnie w szafie. Szafa jest w Europie. Patrzę na dziewczyny. Każda ubrana albo w dżinsy, albo w czarne legginsy. Mnie by się w tym dupa odparzyła, ale ja niezaprawiona w irańskiej pogodzie. Patrzę na siebie. Długa, dosyć wąska spódnica z małymi rozpierdakami po bokach. W dodatku nie moja. Pożyczona. Ja długich spódnic nie noszę. Ja lubię pokazywać nogi, póki jeszcze mam co. Spokojnie, dam radę w spódnicy – mówię. Przecież nie będziemy się wspinać. Idziemy zobaczyć wodospad.

Dziewczyny w swoich chodakach włażą do rzeki i przechodzą na drugą stronę. Chyba je pojebało. Nie będę niszczyć swoich bucików. Ściągam jedną tenisówkę, ściągam drugą. Ściągam jedną skarpetę, ściągam drugą. Przejdę boso, a później założę suche buciki. Zranisz sobie stopy – słyszę. Nie zranię. Nie staraj się utrzymać je bez zamoczenia, bo później będzie jeszcze gorzej. Że co? Jeszcze gorzej? Zaraz, zaraz… Chwileczkę. Gdzie oni mnie prowadzą?!

Będziemy wchodzić na wodospad. Wspinać się po jego ścianie, aż do poziomu, kiedy dotrzemy do jego źródła, gdzie woda zimniejsza od dupy bałwana. Czyli jednak. Teraz wszystko rozumiem. Sucha z tej imprezy nie wyjdę. Zakładam jedną skarpetkę, zakładam drugą. Wciskam na stopy buciki i chlup. Jestem w wodzie, po kolana. Docieramy pod słynny wodospad i tu się zaczyna prawdziwa zabawa.

Czuję się jak małpa w zoo albo przynajmniej taka pinda, co to po molo drewnianym w szpilkach spaceruje. Widziałam kiedyś taką jedną nad Zalewem Zegrzyńskim. Gapiłam się na nią strasznie i współczułam. Może nawet przylepiłam sobie minę numer 47, typu ‘trzeba być pierdolniętym, żeby tak się ubrać.’ Widać, wszystko do ciebie wraca. Teraz to ja jestem spritem, które pragnie innej butelki. Niestety mam tylko zieloną, wąską i niewygodną, w której wejście na wodospad będzie wyzwaniem. Myślę sobie – że w spodniach to każdy głupi potrafi. Ja zrobię to w europejskim stylu. Bez użycia rąk, które będą służyć tylko do podtrzymywania kiecki.

Wchodzę. Pierwszy krok, noga do góry i srrruuuuuuu. Poszła kiecka. Na szwie na szczęście. To się zszyje albo odkupi. Idę dalej, nie marudzę. Gorsze rzeczy dzieją się na morzach i oceanach. W myślach torturuję chłopaków za to, że nie dali wytycznych co do stroju wymaganego na wyprawę. Rozwalam im arbuzy na głowie i wpycham pestki we wszystkie możliwe otwory. W rzeczywistości patrzę na ludzi obserwujących mnie.

Stanowię nie lada atrakcję, bo chcąc nie chcąc pokazuję łydki, a nawet kawałek kolana. No sorry, ale inaczej nie wejdę w wąskiej kiecce. Oby tylko nie było żadnego ataku serca. Gołe europejskie nogi w Iranie – już widzę nagłówki w lokalnych wiadomościach. Chłopaki się patrzą i gęba im się śmieje. Niech się cieszą. Na co dzień tego nie mają.

Całkiem sprawnie przeskakuję z kamyka na kamyk. Jeszcze trochę zmoczę dupsko, jeszcze kilka razy dostanę spadającą wodą po grzbiecie, jeszcze kilka razy wpadnę do źródła i jestem na górze.

Jest chłodno, mokro i przyjemnie. W butach chlupie woda. Siedzimy na mokrych kamieniach i gadamy o życiu. Wszyscy wyglądamy jak zmokłe kury. Nikt się nie spieszy, żeby odebrać telefon, napisać mejla, sprawdzić coś w internecie. Czas zatrzymuje się w miejscu, wybucha arbuzową światłością, a ja jestem tak najnormalniej w świecie szczęśliwa. Mokra i szczęśliwa.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close