Bath, Royal Crescent 2

Sarah i Tim mieszkają w Bath. Nic więc dziwnego, że kochają wodę i nurkowanie. Poznaliśmy się na Filipinach, przeskakując z jednej wyspy na drugą. Oni szukali atrakcji w swoim podwodnym życiu. Ja spokoju, harmonii i naturalnego piękna. Oni podziwiali ogrody koralowe, ja hamak zawieszony między palmami, tuż przy zejściu do morza. Oni zwiedzali podwodny świat wyspy Bohol, ja wcinałam czekoladę na Czekoladowych Wzgórzach. Zupełnie inaczej spędzaliśmy swój wolny czas, a mimo wszystko spotkaliśmy się przy jednym stole, wymieniając się lokalnymi smakołykami i numerami telefonów.

Musiałam zakochać się w jej uroczych dołeczkach w policzkach i uśmiechu od ucha do ucha, bo mimo dzielących nas kilometrów uczucie, rozpalone filipińskim słońcem, rosło w siłę i z czasem miało wydać piękny kwiat, w postaci naszego kolejnego spotkania.

To było w zeszłym tygodniu. Jeśli ktoś, gdzieś mnie zaprasza, to lepiej, żeby naprawdę pragnął moich odwiedzin, bo ja z gatunku tych, którzy jak dają, to bierze, jak biją, to oddaje, a jak zapraszają, to rzuca wszystko, zawija kiecę i leci.

Tak też było i tym razem. I wiecie co? Znowu się zakochałam. Tylko tym razem w architekturze miasta, a dokładniej w jednym, konkretnym miejscu. W Royal Crescent.

Royal Crescent to wspaniały przedstawiciel architektury georgiańskiej. Niewtajemniczonym uchylam rąbka wiedzy, że epoka georgiańska to okres w historii Anglii przypadający na lata 1714–1830, kiedy to królestwo w kraju sprawowało kolejno po sobie czterech królów o wdzięcznym imieniu „Jerzy” (and. George).

Możemy podejść bliżej? – Zapytałam od razu, kiedy zatrzymaliśmy się w dosyć znacznej odległości od obiektu zainteresowania. Budynek budzi jakiś królewski respekt. Przysiąść bym mogła, że sprawdziłam podeszwy swoich butów, upewniając się, czy na pewno jestem godna stąpania po tych królewskich terenach i rozejrzałam się dookoła, jakbym podświadomie szukała Straży Królewskiej, dbającej o bezpieczeństwo głowy państwa i królewskiej siedziby. Bałam się, że puchowa kurtka North Face’a, martensy i wełniana czapa mogą nie wpisywać się w kanon stroju akceptowalnego w tych kręgach.

Bath, Royal Crescent

– Jasne! Chodźmy! – krzyknął Tim widocznie uradowany wyrażonym zainteresowaniem eksploracji terenu. – Większość to mieszkania prywatne, ale np. pod numerem 16 jest hotel, a pod numerem 1 muzeum, które akurat niestety jest nieczynne. – Rzucił informacje, zyskując plusa za przygotowanie materiału dla zwiedzających.

Lubię hotele. Niestety do tego nawet nie weszłam i teraz żałuję, bo wystrój wnętrza musi robić piorunujące wrażenie. Wyobrażam sobie, że to jedno z tych wnętrz, w których na chwilę zatrzymał się czas. Takie miejsce, gdzie potęga teraźniejszości miesza się z energią przeszłości i nowa perspektywa daje ci inne, dotąd nieznane możliwości. Jestem pewna, że ta uniwersalna energia, która przenika czasoprzestrzeń nadal żyje w ścianach tego hotelu. Czułam ją stojąc przed hotelem wpatrzona w wejście niczym sroka w błyszczącą broszkę. Musiałam wyglądać jak jakaś sierota z bajki Andersena. Ubrana w brązową kurtkę puchową obiecałam sobie wrócić tam w pięknej sukience, w butach na niebotycznych obcasach tylko po to, by zamówić lampkę szampana w jednym z ogrodów. Mam przeczucie, że to się wydarzy jeszcze tego lata. Tymczasem zadowoliłam się galerią zdjęć na oficjalnej stronie hotelu. Jeśli macie chwilę to kliknijcie tutaj. Lubicie takie klimaty? Ja bardzo. Chodzą pogłoski, że w poprzednim życiu byłam królową…

Bath, Royal Crescent 5

– Czy latem przychodzą tu ludzie, żeby usiąść na trawce, wypić jabola, zapalić jointa? – Pytam i oczyma wyobraźni już widzę siebie siedzącą na kremowym kocu z książką w ręku i koszem piknikowych dobroci. – Czy jest tu jakiś chory zakaz łażenia po trawie? – Dopytuję.

– Można siadać na trawie i jeśli tylko pogoda dopisuje, ludzie zbierają się tutaj, żeby spędzić razem trochę czasu – odpowiada Tim, bardzo sprytnie ignorując moje pytanie o jabole i jointy. Zaraz później uczy mnie nowego określenia w języku angielskim, z którym wcześniej nigdy się nie spotkałam, a mianowicie HA-HA. Śmieszne? No tak średnio…

– Tutaj, zobacz, jest HA-HA, taki dosyć głęboki rów, uskok, mini taras, który uniemożliwia przekroczenie granicy ogrodu, ale jednocześnie nie zasłania widoku.

– Aha… – odpowiadam w ojczystym języku, mało zainteresowana sztuką ogrodową. Nie mam pojęcia o czym on do mnie mówi, ale obiecuję sobie sprawdzić informacje później. Wujek Google nie zawiedzie. Śmieję się wieczorem odkrywając polski odpowiednik tego angielskiego rowu zwanego HA-HA, bo uwaga! W naszym języku taki uskok nosi nazwę Aha… Jakby to powiedziała moja babcia: Człowiek całe życie się uczy, a głupi umiera.

Royal Crescent robi niesamowite wrażenie. 30 domów szeregowych, wysokich, połączonymi ze sobą na kształt łuku, ozdobionych kolumnami jońskimi, potrafią zahipnotyzować. Budowla została umieszczona na ustawowej liście budynków o szczególnym znaczeniu architektonicznym lub historycznym. I ja się nie dziwię. Tam naprawdę czas zatrzymał się w miejscu. Bardzo zapragnęłam zostać posiadaczką przytulnego mieszkania w tamtej okolicy. Postanowiłam więc sprawdzić za ile, mogę swoje marzenie spełnić.

Bath, Royal Crescent 2

Okazuje się, że za nieprzyzwoite 600-700 tysięcy funtów (w przeliczeniu na nasze to jakieś trzy i pół miliona) mogę zostać właścicielką przyzwoitego mieszkania, na przyzwoitym piętrze. Nie chcę przecież, żeby jakieś sieroty w brązowych puchówkach zatrzymywały mi się pod oknem i patrzyły w nie tępo. Te mieszkania na parterze odpadają, choć opcja posiadania ogródka jest kusząca.

Co dostanę za taką sumkę? Dwa pokoje, dwie łazienki i widok taki, że HA HA. Trochę, kurna, mało, choć chętnie uwaliłabym się na kanapie w takim salonie. Kto z zebranych tu państwa chciałby mnie uszczęśliwić?

Close