szpinak

Ugotowanie zupy normalnie rozwiniętej gospodyni domowej zajmuje kilka minut, nie licząc czasu, kiedy zupa sama sobą się zajmuje. Normalnie rozwinięta gospodyni domowa na jednej nodze skoczy po ziemniaka, na drugiej po marchewkę, z zamrażalnika wyciągnie kawał kości, na oko posoli, popieprzy, wrzuci listka, zaprawi śmietaną z mąką i tyle. Taką gorącą zupę, która parzy w gębę naleje do talerzy, zagoni wszystkich do stołu, krzycząc, że wystygnie i jest raj. Bo ta zupa smakuje tak, że poematy chce się pisać. Ale ja normalnie rozwiniętą gospodynią domową nie byłam, nie jestem i już chyba nie będę.

Ja najpierw piszę inwokację, w której zwracam się do swojego patrona duchowego o natchnienie, pomoc w tworzeniu zupy, której nigdy wcześniej nie robiłam. Do mojej mamy, bo kto jak kto, ale ona wie, jak o kubki smakowe dbać.

Zupo, Pyszności moja! Ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Matko moja, co najlepsze pichcisz zupy
I przy błyszczącym stoisz zlewie! Ty, co wsi połowę
wykarmisz z jej wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(- Gdy z rozpalonym czołem, pod Twoją opieką
Ofiarowany rosół z kluskami płynął mi po brodzie rzeką
I zaraz mogłam pieszo, do Twych spiżarni progu
Iść i wiśniowy dżem wyżerać znowu —)
Tak nas powrócisz cudem na domostwo łono.

Tymczasem, przenoś moją duszę utęsknioną
Do tej szczawiowej kwaśnej, do tych ogórków zielonych
Wysoko w szklarniach na palach zawieszonych,
Do tych talerzy malowanych schabowym bitym,
Wyzłacanych makaronem, posrebrzanych żytem;
Gdzie wychudzony szczypior, pietruszka jak śnieg biała,
Gdzie kapusta głowa pusta zawsze w rogu stała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka czarne porzeczki siedzą.

Zrobione. Nie może się nie udać. Później spędzam trzy godziny w Internecie szukając przepisu, który dobieram pod kątem zawartości lodówki. Dziś mam miskę dzikiego szczawiu.

Wszędzie piszą o kościach. Mam koleżankę, która trzyma je w zamrażalniku na tzw. czarną godzinę. Mówię na nią Kolekcjoner kości. Trzymanie kości w kuchni to trochę przerażające jest, jeśli ktoś mnie zapyta. Cholera wie, czyje to kości i co to było, jak żyło? Przecież nikt nie wystawia im certyfikatu. Przypominam sobie swoje ostatnie znalezisko i zastanawiam się, czy na tym też by coś ugotował. Mogłam zabrać ze sobą. Znalezione nie kradzione.

kości

Decyduję się na kostkę rosołową. Mówią, że to najgorsze świństwo, ale co tam. Na coś trzeba umrzeć. Już lepsze to niż kości. Przy okazji sprawdzę sobie co to za kwiaty, które nazbierałam w lesie.

Zawsze jak przyniosę do domu coś nowego, to boję się trzech rzeczy. Pierwsza, że to trujące jest i że już się nie obudzę następnego dnia, druga, że to pod ochroną i straż leśna mnie odnajdzie i zamknie mnie w dziupli bez jedzenia i trzecia, że razem z tym czymś przyniosę jeszcze inne coś, co się okaże jakimś jadowitym wężem, groźną muchą, duchem złym i że mnie to coś dorwie w nocy. Chyba lubię adrenalinę, bo moje lęki nie powstrzymują mnie przed zrywaniem i znoszeniem zielska do domu.

Najpierw zidentyfikuję sobie kwiatka. ‚Purpurowy kwiat dzwoneczki las’ wpisuję w wyszukiwarkę. Są! Poszło szybciej, niż myślałam. Naparstnica purpurowa. Patrzę na zdjęcia, patrzę na kwiatki w wazonie. Pasują idealnie. Jak dwie krople wody, tzn. dzwonka.

naparstnica purpurowa

Przelatuję szybko wzrokiem, bo wstawiłam wodę na zupę, zaraz się zagotuje. Czytam: W polskiej florze ma status kenofita. Nie wiem co to ten kenofit, ale później wygooglam, bo nazwa intrygująca. Póki co będę jej używać, jak mnie ktoś zdenerwuje. Ty, Ty kenoficie jeden! – brzmi dobrze.

Znana pod nazwą Dzwony Zmarłych. Straszna nazwa. Grobowym głosem nucę słowa znanego przeboju ‘Komu dzwonią temu dzwonią, mnie nie dzwoni żaden dzwon..’ I całe szczęście, bo ja mam tysiące pomysłów na życie. Czytam dalej: Liście odziomkowe, pięciodziałowy kielich, słupek z cienką szyjką, na ogół roślina dwuletnia (super, nie wiedziałam, że tyle w wazonie postoi), gatunek charakterystyczny dla Ass (z angielskiego pamiętam, że ‚ass’ to ‚dupa’), notuję w pamięci, że to też muszę sprawdzić, bo co ma dupa do wiatraka, tzn. do naparstnicy purpurowej. Czytam dalej i zastygam w bezruchu. ROŚLINA TRUJĄCA!

Boże! Tylko nie to! Wiedziałam, że dzikulcom nie można ufać. Powinnam wiedzieć od samego początku: NAPARSTNICA to nie brzmi dobrze. Jak napar z miednicy umarlaka. Dzwony Zmarłych! Tylko debil by nie załapał, o co w tym wszystkim chodzi.

Z wypiekami na twarzy czytam dalej: Składniki chemiczne i działanie toksyczne podobnie jak u naparstnicy zwyczajnej. Z zawrotną prędkością 15 znaków na minutę, wpisuję naparstnica zwyczajna w Google. Tak mi się ręce trzęsą, że uderzam nie w te znaki co trzeba. Do tego oczy mi mgłą ze zdenerwowania zachodzą i literek na klawiaturze dobrze nie widzę. Czytam: Naparstnica jest rośliną trującą dla ludzi i niemal wszystkich zwierząt. Liście zawierają liczne toksyczne glikozydy: digitoksynę, digitalinę i inne. A ja te liście dotykałam! Obrywałam. Ich sok spływał po moich dłoniach. Skórę mojego nadgarstka pieścił!

Woda na szczaw groźnie bulgocze. Chuj ze szczawiem! Ja tu umrzeć mogę. Otwieram kolejną stronę i wpisuję: zatrucie glikozydami naparstnic. Robi mi się duszno. Boże! Ja umieram! Albo to grzmi, albo słyszę ten dzwon z kawałka Szwagierkolaski. Pewnie już coś się wdało do organizmu. Dziś jak wstałam rano, to ledwo nogą do łazienki powlokłam, taka już byłam zmęczona. Niby poszłam spać o 5ej nad ranem, ale często nocki zarywam i wstaję radosna jak skowronek, a dziś? Powinnam nawet nie kiwnąć palcem, kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy. Psi Palec – przypominam sobie inną nazwę naparstnicy. Psia Dupa, a nie palec – myślę sobie.

Czytam o objawach zatrucia: ‚Nudności, wymioty, bóle brzucha, biegunka’ – no jest mi niedobrze, ale nie wiem, czy to ze zdenerwowania, czy Kostucha mnie puka w plecy. ‚Zwolnienie czynności serca, niemiarowość tętna, następnie przyspieszenie czynności serca z całkowitą niemiarowością, migotanie komór, w końcu zatrzymanie czynności serca.’ Nic z tego nie rozumiem, ale chyba za chwilę serce mi stanie. ‚Wcześniej jeszcze zaburzenia wzroku, ból głowy, zawroty, niezborność ruchów, duszność, sinica.’ Boże, ja umieram! To poranne zmęczenie, to powolne uderzanie w klawiaturę, ten bezdech.

Nie wiem, ile jeszcze mi zostało godzin, ale myślę sobie, że nie chcę ich spędzić na gotowaniu szczawiu. Już chcę dawać ogłoszenie, że szukam chętnych do trójkąta, byle szybko, kiedy mój wzrok obejmuje dwa zdania. Jedno: Zatrucie może nastąpić w wyniku przedawkowania preparatów leczniczych i drugie: Naparstnica purpurowa znajduje się pod ochroną! No tak: Piękna i groźna musi być chroniona. A ja tego nazbierałam dużo. Bukiet cały zrobiłam z pięknych kurwa polnych dzwoneczków. Jeśli przeżyję, wsadzą mnie do nory lisiej, bez jedzenia i picia za to niszczenie środowiska. Jestem jednak spokojniejsza, bo chyba nie umrę. To były tylko liście, żadnych preparatów nie zażywałam. Do tego nie ma szansy na efekt kumulacji, bo zaraz wezmę te kwiatki i wypierdolę. A później zrobię tę szczawiową. Najważniejsze, że dzwon przestał bić, a serce ciągle bum bum, bum bum, bum bum…

Z radości, że żyję podniecam się zerwanym szczawiem, oglądam go, wącham, szyję sobie z jego liści spódniczkę i biegam po kuchni jak szalona. Ja żyję!!!!!! Mam dwie ręce, dwie nogi do samej ziemi, ciągle zgrabną pupcię, biegunka nie dopada mnie często. No i mam szczaw. Dziki szczaw. Własnymi ręcami zerwany. Listek po listku. W torebkę po misiach żelkach i tobołek z buffa zrobiony. Dziki….

Rzucam misce spojrzenie spod byka i spędzam kolejne trzy godziny w Internecie, sprawdzając czy to na pewno jest szczaw, a nie jakaś roślina trująca, po której żołądek wypłynie mi lewą dziurką od nosa, serce wyjdzie uchem, a cała reszta utopi się w pianie lecącej z pyska. Pewności nie mam, ale robię się głodna.

Płuczę zielsko w wodzie z solą. Chcę wrzucać do gara, kiedy przypominam sobie, że mam zawsze kroiła. Pokroję i ja. Raz na jakiś czas jakaś trawka się trafi. Zje się. I to zielone, i to zielone. Nikt nie zauważy. Babcia komosę robiła i to się jadło, to co tam kilka ździebełek trawy.

Biegnę do sklepu po śmietanę, bo nie ma. Wracam. Biegnę raz jeszcze po jajka, bo zapomniałam, a przecież jak szczaw to tylko z jajem. Sprawdzam, ile czasu gotuje się jajo na twardo i czy wrzucać do zagotowanej wody. Zawsze mam z tym problem.

Przejęta jajami nie zauważam, że te małe skurwysyny kipią. Kartofle znaczy się. Ziemniaki pospolite. A niech sobie kipią. Najważniejsze, że ja nie umieram! Jeszcze trochę i wszystko będzie gotowe. Później zrobię focię, pochwalę się znajomym, na fejsa coś wrzucę i notkę napiszę o tym, jak bardzo szczęśliwa jestem, że jestem. Bo ja żyję i serce moje bije jak dzwon.

A naparstnica niech spada na szczaw!

4 Comments

  1. Kolekcjoner Kości. Skisłem ze śmiechu :D

  2. Ta nowa wersja inwokacji powinna mieć honorowe miejsce w jakiejś restauracji,może zainteresuje to M.Gessler??dla mnie bomba!masz odemnie Nobla!
    No i te kuźwa dzwoneczki hehe ,tekst 6+ !!!

    • A wiesz, że najpierw napisałam ‚Magdo Gessler, co smaczną tworzysz Polskę i Kuchenne prowadzisz rewolucje’? Tylko później myślę sobie, że kobity nawet nie znam, żadnej jej zupy nie jadłam a mamina zawsze pierwsza klasa :) Dzięki za Nobla. Przyjdzie pocztą?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close