stewardessa Cathay Pacific

Na pytanie ‘Gdzie są Filipiny’ odpowiedzi może być wiele: W południowo-wschodniej Azji, na Archipelagu Filipińskim, na Oceanie Spokojnym, w strefie klimatu równikowego, blisko pacyficznego pierścienia ognia, gdzieś na wyspach. Ja dodam jeszcze jedną, bardzo adekwatną: ‘kurewsko daleko’.

Zdążyłam stracić poczucie czasu i rzeczywistości, a jeszcze nie dotarłam do miejsca przeznaczenia. Piszę z pokładu linii lotniczych Cathay Pacific, na trasie Hong Kong – Manila, obżerając się najdroższymi m&msami świata: 340g Crispi & large za 100 dolarów hongkongskich, czyli 10 euro z hakiem, czyli jakieś 45 zł. Mamy ponad godzinne opóźnienie. To bardzo niedobrze. Takie obsuwa w czasie sprawi, że na kolejny samolot do raju trzeba będzie pędzić jak na złamanie karku. Samoloty mają to do siebie, że nie czekają, a te z Cathay Pacific chyba jakoś wyjątkowo złośliwe są.

Cała linia to jakaś porażka jest. Stewardessy takie jakby ktoś je w dupę ugryzł z rana i to bynajmniej nie z powodu wyrafinowanych pobudek miłosnych. Chodzą po pokładzie z miną jakby ktoś im nasrał do roboczego fartuszka.

Zaraz po starcie serwują obiad. Do wyboru wołowina, kurczak albo pasta, z tego co zrozumiałam na szczęście nie taka do zębów, czy butów. Nie znoszę żarcia samolotowego. Zawsze, ale to zawsze staję się po nim bardzo religijna. Modlę się, czasami na głos, „Boże, żebym tylko zdążyła dobiec do toalety”, a później czuję się taka… pusta. Może to pierwsze stadium depresji?

Tak czy inaczej, ostatnimi czasy zawsze zamawiam kurczaka. To najbezpieczniejsza opcja. Tym razem dokonuję podobnego wyboru.

– Kung po chicken, broccoli and steamed jasmine rice – recytuję z karty dań – please – dodaję, bo akurat to słowo wydaje się bardzo na miejscu.

– Sorry? – czerwone usta, skierowane w moją stronę poruszają się rytmicznie. Stewardessa stoi tak blisko, że widać ślady igieł po botoksie. Widocznie mój akcent nie spełnia norm hongkongowskich, bo właścicielka czerwonych ust patrzy na mnie jakbym miała czułka zamiast uszu i domagała się informacji na temat rażenia pyłem kosmicznym.

– kung po chicken – powtarzam, ale tym razem  nie wymieniam już dodatków. Będzie wiedziała z czym ten kurczak się prowadza.

Stewardessa patrzy na mnie zdziwiona i nalewa mi kolę. Kung po chicken mówię sobie pod nosem. Czy to brzmi jak kola? Przypominam sobie poszukiwanie nasionek chia w Acapulco i przez chwilę mam ochotę wykupić lekcje angielskiego dla dummies, najlepiej od razu na cały rok z góry. Od koli, to się w głowie … buzuje. Koli nie pijam, bo mi nie smakuje, a do tego bekam po niej jak nawiedzona. Za kolę dziękuję. Tłumaczę pani, że ja kurczaka chciałam. Jestem już przygotowana na użycie języka ciała, kiedy słyszę:

– Nie ma kurczaka.

Nic się nie stało. Ja mam czas, ja poczekam. Może się spóźnił? Utknął gdzieś na bramkach? Może celnicy go sprawdzają, czy przypadkiem ptasiej grypy nie przenosi? Doprawdy, takie to czasy na stały, że kurczaki latać swobodnie nie mogą.

-Nie ma kurczaka i nie będzie – odpowiada sucho.

– Może  zechce pani pastę? – przybiega z pomocą młody steward, Garvin,  bo pani z czerwonymi ustami nie radzi sobie zbytnio w kontaktach interpersonalnych ogólnie albo tylko ze mną. Tego jeszcze nie rozgryzłam.

Ta, nie ma. Kurczaka nie ma. Swoim pewnie dała. Na pokładzie samolotu Europejczyków można policzyć na palcach jednej ręki. Czy to dlatego, że jestem biała? Chcę zapytać, ale nie mówię nic. W milczeniu biorę makaron i grzecznie dziękuję.

W innych liniach, np. irańskich takiego problemu nie było. Obiad zamawiało się przy rezerwacji biletu. Kurczaka mógł mieć nawet cały samolot. Można? Można.

Patrzę na tacę. Mało tego. Dobrze, że na lotnisku chwyciłam kanapkę na ząb. Szukam chusteczek nawilżanych. Takich antyseptycznych, jednorazówek. Lubię zachowywać  przynajmniej podstawowe zasady higieny. Chusteczek też nie ma. Chyba wyszły razem z kurczakiem. No nic. Jak załapię jakiegoś syfa, pozwę linię lotnicze, a tymczasem wycieram ręce w szal skośnookiej pani siedzącej obok, która patrzy w swojego smartfona ze skupieniem kogoś studiującego Kamasutrę. Przecież nie będę się przeciskać przez pół samolotu, żeby teraz ręce myć.

Żarcie średnie. Nawet bardzo. Wmuszam w siebie kilka łyżek makaronu z czymś zielonym. A mogłam w sreberko pętko podwawelskiej, kawałek krakowskiej, pomidora i pajdę chleba albo chociaż trochę pasztetowej na drogę zapakować.

Boli mnie głowa. I dupa. Tak długo w podróży dawno nie byłam. Ściągam spódnice, bo jest mi niewygodnie. Zostaję w samych rajstopkach. Jest ciemno. Nikt nie widzi. Przykrywam się kocykiem w kolorze hebanowego biurka przykrytego warstwą kurzu. Może obejrzę jakiś film albo posłucham muzyki? To moja mała tradycja. W samolocie słucham muzy, spisuję wykonawców, tworzę play listę i później męczę znajomych tekstami typu ‘ten kawałek kojarzy mi się z lotem do…’ Upierdliwa bywam, wiem. Od wyboru muzyki głowa zaczyna boleć mnie jeszcze bardziej. Jestem rozczarowana. Z każdej wyprawy przywożę smakowite nutki, którymi jeszcze długo po powrocie karmię swoją duszę. Tymczasem na pokładzie Cathay Pacific takie albumy i takie brzdęki, że słuchać tego się nie da. Tragedia.

– Przepraszam, czy mogę prosić ręcznik? Mokry ręcznik. Boli mnie głowa. Potrzebuję kompres. – zaczepiam przechodzącą stewardessę, bo czuję, że za chwilę łeb mi pęknie na trzy części. Ma minę jak kot srający na pustyni.

– Nie mamy – odpowiada bez zbędnych emocji i jakiegokolwiek przejęcia.

Cisza. Patrzę na nią z niedowierzaniem. Ja tu wylewu tu za chwilę dostanę, narzygam sąsiadowi na głowę, na nią też, we łbie mi huczy, a ona nic sobie z tego nie robi.

– Czego nie macie? Ręcznika czy wody? – pytam, a w spojrzeniu mam więcej chęci mordu niż bólu i cierpienia. Za chwilę puszczę ją przez okno jak czerwony latawiec.

– Zaraz przyniosę – słyszę, przy czym właścicielka czerwonych ust zachowuje się, jakby łaskę mi wielką robiła, jakby ją co najmniej o podmycie dupy prosiła.

Wszystkie takie są, ale ta akurat najgorsza. Wszystkie chodzą z minami cierpiennic. Nie wiem, co każą im robić w kabinie personelu, ale cokolwiek to nie jest, to na pewno nie sprawia, że wskazówka zadowolenia z ich życia wskazuje ekstazę. Może muszą dodatkowo skręcić tysiąc długopisów na każdą godzinę lotu? Niezadowolone z życia kwoki. Powinny usiąść pilotowi na kolanach. Może to bym im pomogło.

Szukam opaski na oczy, takiej w której człowiek wygląda jak mucha tse-tse. Nie ma. Dziwne. Na takich długich lotach fani gadżetów dostają orgazmów. Na pokładzie Virgin Atlantic dostaniesz szczoteczkę i pastę do zębów, chusteczki, długopis, a nawet skarpetki. Cathay Pacfic wieje pustką i ubóstwem. Ściągam bluzkę. Za chwilę się ugotuję. Chyba mam gorączkę.

Przychodzi mój kompres. Jakimś cudem znalazł się ręcznik. Znalazła się też woda. Dziękuję. Pani obok, ta w pięknym szalu z odciskami moich palców częstuje mnie paracetamolem. Jestem jest bardzo wdzięczna, bo czuję, że to nie przelewki i za chwilę rozwali mi łeb. Dosłownie. Szare komórki rozprysną się po małych okienkach, gałki oczne wypłyną na wody oceanu, zobaczyć co nowego, a po mnie zostanie tylko wzmianka w wieczornych wiadomościach. Łykam dwie tabletki, tak jak nakazuje moja prywatna pielęgniarka, kładę kompres na głowę i zamykam oczy.

Tak mija mi kilka godzin podróży. Śpię, jem, zmieniam kompres. Obsługa samolotu ma wywalone jak się czuję. Żadnej troski o pasażera, żadnego zapytania czy już lepiej, czy może w czymś pomóc. Ogromny minus dla Cathay Pacific. Tak się swoich obowiązków nie wykonuje. Kiedyś ktoś wam walnie w kalendarz i ktoś bliski tego kogoś podciągnie was do odpowiedzialności. Pierwszy raz spotykam się z takim buractwem obsługi, a mam za sobą setki lotów, na różnych kontynentach i różnymi liniami.

Głowa przestała boleć, to nogi spuchły. Do tego stopnia, że nie mogę butów wcisnąć. No ładnie. Jeśli spuchłam jeszcze w tali, to po lotnisku w Manilii będę w samych rajstopkach i podkoszulku spacerować. Niezapomniany widok, zapewniam was.

Tymczasem lądujemy w stolicy Filipin. Na kolejny lot się nie wyrabiamy. Jesteśmy dwie godziny po planowanym czasie. Jeszcze tylko kilka szybkich rundek z walizkami po terminalu numer 3, góra dół, dół góra, góra dół w celu znalezienia odpowiedniej bramki i nadania bagażu,  jeszcze szybsza runda na sąsiedni terminal w nadziei na to, że drugi samolot też miał opóźnienie, kolejna runda powrotna na terminal trzeci w poszukiwaniu głównego biura linii lotniczych i uzyskania rekompensaty za stracony lot. Później kilka rundek po okolicy w celu znalezienia hotelu, wyjaśnienia całej sytuacji, spacer po okolicy, kilka godzin snu, kolejny lot po siódmej rano czasu lokalnego i będę w raju.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close