sylwester

– Myślisz, że mogę wrzucić na bloga to zdjęcie, co mi zrobiłeś w Sylwestra z przyczajki? – Zapytałam wczoraj chłopa, oblizując palce umazane hummusem z bazylią i planując pierwszy wpis w 2019.

– Z przyczajki? – Czułam ciężkie zaskoczenie rozmówcy. Tak nabrzmiewają zdziwieniem ludzie, którzy próbują uzmysłowić ci, że to, co padło z twoich ust, jest co najmniej śmieszne i nie ma przełożenia na rzeczywistość. – Agnes, ja nie musiałem się w ogóle czaić. Po tobie stado słoni mogło przejść, a ty byś nie zareagowała. – Przypominam sobie fotę i zanoszę się śmiechem.

Długo się zastanawiałam, czy publikacja tego zdjęcia jest odpowiednią decyzją, bo nie wyglądam na nim ani ponętnie, ani wyjątkowo urodziwie, a nie oszukujmy się, kobieta w moim wieku chce uchodzić za piękną i powabną, nawet jeśli lata swojej dziewczęcej młodości ma już za sobą i doskonale zdaje sobie sprawę, że maseczka z ogórka w jej przypadku nie zdziała cudów, że tu raczej cięższy kaliber potrzebny, jakieś kilka miligramów kolagenu, kwasu hialuronowego, tudzież wymaz z jąder ślimaka albo odrobina śluzu z wiewiórczej waginy.

Pomyślałam jednak, że żyjemy w świecie, w którym notorycznie się do czegoś zmuszamy, że żyjemy pod presją oczekiwań innych ludzi, że świat wymusza na nas pewne zachowania i oczekuje takich a nie innych poczynań. Bo są święta, bo dziś niedziela, bo to twoja matka, bo to twoja rodzina, bo to starszy człowiek, bo on jest chory, bo musisz, bo tak trzeba, bo co inni powiedzą, bo babka się w grobie przewróci, bo ksiądz się za głowę złapie, bo sąsiedzi patrzą, bo inni robią to i tamto, bo jak zrobisz po swojemu, to powiedzą, żeś głupi, bo dziś Sylwester.

No właśnie. A jak Sylwester, to trzeba wymachiwać kończynami w rytm najnowszych przebojów ESKI, polewać się szampanem, błyszczeć za uszami, skakać do góry jak najarany kangur i bawić się, bawić się do utraty tchu. Bo jak się nie bawisz tego dnia, to, oj kochana, coś z tobą nie tak, oj kochany, frajer z ciebie i ofiara losu.

Mam na swoim koncie trzy sylwestra, których prawdopodobnie nie zapomnę do końca życia.

Sylwester numer 1

Zakopane. Grupowy wyjazd. Padał śnieg, dzwoniły dzwonki sań, ale ja ich nie słyszałam, bo chwilę wcześniej zjarałam jointa i dzikie zakopiańskie konie gnały przez mój lekko uśpiony umysł. Gwiazdy wirowały, a biała droga prowadziła do śnieżnych zasp, w których koniecznie, ale to koniecznie chciałam oddawać się cielesnym rozkoszom. I nieważne, że było minus piętnaście, a tuż obok znajdowała się jedyna otwarta w tym dniu stacja paliw, w której buszowało jakieś 35 osobników płci mieszanej, w poszukiwaniu paprykowych chipsów i taniego alkoholu. Żądza młodego ciała i pragnienie dzikiej miłości były tak silne, że z ledwością udało mi się poskromić swoją wewnętrzną bestię i poczekać na bardziej odpowiedni moment.

Sylwester numer 2

Jakaś domowa impreza, na której naprułam się jak messerschmitt, bo nie wiedziałam jeszcze, że trunki spirytusowe nie lubią się mieszać i że moja głowa ma ograniczoną pojemność wyskokową. Stojąc na balkonie musiałam wyglądać jak uboga Julia, która zastanawia się, czy potrafi latać, czy miłość dodała jej skrzydeł i czy ta francuska koronka ciasno przylegająca do pupy, spodoba się jej Romeo. W dużym pokoju znajomej ktoś tańcował, ktoś znudzony bawił się programami w TV, ktoś wrzucała w siebie kolejnego słonego paluszka, a ja powolutku, żeby nie stracić równowagi wciskałam stopy w szklane buciki, żeby dyskretnie się ulotnić.

Sylwester numer 3

Czterogwiazdkowy hotel w samym sercu Warszawy. Budynek zaprojektowany przez Wolfganga Triessinga i Macieja Nowickiego. Brzmi jak impreza z wyższych sfer? Tak właśnie było. Zabawa w klimacie lat 20ych i 30ych, z tematem przewodnim prohibicji. On w garniturze z epoki Al Capone, ja z piórkiem we włosach i perłami do samego pępka. Catering wprost z mafijnego domu: Crema di Comodoro, Mousse di sardine e caprese i obowiązkowo afrodyzjaki, żeby po zakończonej imprezie można było bawić się dalej. Tym razem nie przesadziłam z trunkami wyskokowymi i rano nie cierpiałam na syndrom dnia poprzedniego. Było pięknie.

To były lata, kiedy myślałam, że w Sylwestra muszę, po prostu muszę gdzieś być, muszę coś robić, muszę gdzieś wyjść. Że spędzenie sylwestra w domu do porażka i temat wstydliwy nie mniej niż grzybica pochwy w wieku 16 lat. Na pytanie: Co robisz w sylwestra, miałam gotową odpowiedź już na początku grudnia, często lekko podkolorowaną. Dziś bez chwili zastanowienia mogę odpowiedzieć: pranie. I nie będzie to powód do wstydu.

Nauczyłam się żyć w zgodzie ze swoimi potrzebami. I nie idę na żaden bal, jeśli nie mam na niego ochoty. Nie idę na imprezę, nawet jeśli jest to społeczny mus, bo przecież to ostatni dzień starego roku i wszyscy świętują, więc ty też musisz! Musisz nakręcić zegar i nakręcić siebie. Na zabawę, choć padasz ze zmęczenia, bo trzy dni z rzędu zapieprzałeś do roboty na piąto rano. Musi być pierdolnięcie petardy, bo inaczej nowy rok będzie niewesoły i nieciekawy. Musisz wróżyć z roześmianych gwiazd i buzujących w kieliszku bąbelków. Musisz drzeć gębę w niebogłosy i wysłać tysiąc oklepanych noworocznych gifów. Musisz pierdnąć w oponkę. No właśnie nie. Nie musisz.

Tak, chyba dojrzałam. Przestałam czuć presję społeczeństwa, że ja tego dnia muszę świętować. Nic nie muszę. Mogę przywitać ten nowy rok tak jak mi się to podoba. Po swojemu. I zwisa mi miękkim kalafiorem, że wszyscy dookoła się bawią. Nie mam ochoty na imprezę – zostaję w domu i w ciepłych piżamach oddaję się w ramiona Netflixa. Mam ochotę na zabawę – kąpię się w brokacie i ruszam w świat. Jestem zmęczona – ucinam komara w trakcie seansu filmowego. Dokładnie tak jak zrobiłam to dwa dni temu.

Fotka zrobiona coś około godziny 23ej. W oczekiwaniu na Nowy Rok. Trzeźwa jak niemowlę. Sylwester 2018!

Sylwester 2018
Agnes aka Bestia Imprezowa! W oczekiwaniu na godzinę zero.
Close