milosc do zrzygania

-Jeszcze tam, po twojej lewej – Andrzej skinął głową w stronę równo przyciętego żywopłotu. Splunął przez ramię i naprowadził kumpla swojego starego na odpowiednie miejsce.

– Nie wiem, jak to można tak po prostu zrzygać się na ulicy – zniesmaczył się Kazik. – Donieś to, kurwa, do chałupy, a nie, jak zwierzę. Pieprzą się w krzakach, srają pod krzakami i rzygają tuż obok. – lamentował. – Nie pij, jak nie potrafisz.

Druciany, niestabilnie zamontowany kosz, wyginał się od niechlujnie wepchanych jednorazowych tacek, plastikowych kubków z McDonaldsa i resztek śmieciowego żarcia. Wyglądał jakby przed chwilą sam z siebie zwrócił zawartość, którą ktoś wcześniej wepchał mu do gardła.

– A może ktoś się rozchorował? – Andrzej właśnie skończył szorować swoją działkę. Kiedy zadzwonił kumpel jego ojca i poprosił o pomoc w sprzątnieciu ulic przy głównym placu przed jakąś wizytą ważnych głów, nie zawahał się. Żadna robota nie hańbi, a on potrzebował trochę złotówek na bilet do Australii.

Kiedy przyjechali na miejsce plac wyglądał jak pobojowisko. Śmieci wszędzie i zarzygany cały chodnik od żywopłotu do samego przejścia dla pieszych. Kazik nie znosił tej roboty, ale dobrze płacili. Zawsze jakaś dodatkowa kasa w kieszeni. Normalnie nie było tak źle. Trzeba było tylko opróżnić kosze i przejechać  zamiatarką. Tym razem dostał dokładne instrukcje od swojej szefowej. ‘Tylko Panie Kaziu, te wymiociny, wie Pan, gdyby jakieś były, bo przecież niekoniecznie muszą być, to proszę, gdyby Pan jakoś je… Pozbył się ich jakoś… wie Pan, wyszorować chodnik jakoś trzeba, żeby miasto rano ludzi nie straszyło. Ja czasami chadzam tam na spacery i widzę. Zawartość ludzkich żołądków mnie przeraża.’ Gdyby nie ta wiadomość, zostawiłby te wszystki rzygi ptakom na pożarcie. Ale wiedział, że Kryśka go sprawdzi. A z Kryśką nie było żartów. Stara pinda sprawdzała go regularnie odkąd przyłapała go na odbijaniu jego własnych pośladków na jej kopiarce.

– A może ktoś się rozchorował?! – krzyknął Adrzej najwyraźniej przejęty losem maszyny, która wyrzuciła treść pokarmową z żołądka.

– Tutaj? W sobotę o trzeciej nad ranem? Młody, nie bądź naiwny! To są rzygi alkoholowe. Nieraz ja takie widziałem.

– Nie znasz dnia, ani godziny –Andrzej nie zamierzał odpuścić. – Za szybko oceniamy i wrzucamy ludzi do jednego worka. – Wziął do ręki robocze rękawice powlekane od wewnętrznej części powłoką latexu i podszedł bliżej krzaków. – Mnie tam strasznie żal tego, po którym sprzątamy. Pewnie minie dużo czasu, zanim się pozbiera. Kac gigant pewnie już go zabija.

– Na miłość boską, młody, co ty za głupoty wygadujesz? – Kazik niemal się rozgniewał. – Jest, kurwa, piąta rano, sprzątasz ulicę z cudzych rzygów, zanim tłum ruszy na niedzielną mszę modlić się za grzeszników i jeszcze się użalasz nad losem jakiegoś moczymordy? – ostatnie zdanie wymamrotał pod nosem, przecierając szmatą trzonek szczoty. – I co z góry zakładasz, że to chłop? – ożywił się nagle. – Baby teraz gorsze od facetów. Piją, klną, seksu bez zobowiązań im się chce. Przyjdź tu kiedyś na główny plac i sobie popatrz. Gorzej niż za czasów mojej młodości na Poznańskiej.

– Nie oceniaj książki po okładce – skomentował Andrzej.

– Chyba już czysto jest – Kazik zignorował ostatnie zdanie Andrzeja. Popatrzył na efekt swojej niemal godzinnej harówy. Kryśka powinna być zadowolona.

Na chodniku, w miejscu, gdzie wcześniej leżały niestrawione kawałki pokarmu, została tylko mokra plama.

***

-Myślisz, że te moje rzygi jeszcze tam są? – Marta spojrzała na mnie, a ja szybko pokręciłam przecząco głową.

– Na pewno ktoś ze służb oczyszczania miasta tym się zajął – dodałam, podając jej szklankę wody z cytryną, miodem i solą, naturalne lekarstwo na kaca. – Poza tym chyba nie to jest teraz najważniejsze.

– Boże, jak ja się upodliłam – wyznaje Marta, biorąc łyka podanej mikstury. – Obudziłam się u niego w łazience, we własnych sikach, na zimnych kafelkach, z głową w kiblu. Najgorsze jest to, że zrobiłam z siebie niezłe widowisko. Podobno co minutę mamrotałam ‘Ty mnie nigdy nie kochałeś’ i zaraz później puszczałam bełta.

– Pamiętasz to?

– Trochę. Tak piąte przez dziesiąte. Pamiętam jak mi się flaki przewracały w środku i jak bardzo było mi szkoda tego obiadu w tej drogiej knajpie przy Kościelnej. Jadłam tam taką zajebistą wołowinę w czerwonym winie. Tyle pamiętam.

– Ile razy ci mam mówić, żeby nie mieszać alkoholu? – prawię jak mentorka do spraw drinkowania. – Pomieszałaś?

– Wszystko piłam. Szampana, jego whisky, czerwone wino.. Wszystko było okay do momentu, kiedy weszłam do tej hotelowej łazienki. Zrobiłam siku i już nie mogłam z niej wyjść. Zwaliło mnie z nóg. On mnie prowadził. Ja się opierałam. A później usiadłam na tym chodniku i wyrzygałam mu wszystko! Powiedziałam jak się czułam, kiedy znalazł sobie inną, jak się czułam, kiedy mnie okłamywał. Wszystko mu wyrzygałam. A później puściłam pawia tuż pod jego buty.

Marta poznała Kubę na ściance. On miał dziewczynę. Ona miała chłopaka. Ona odeszła od swojego faceta. On przez chwilę kręcił na dwa fronty. Póżniej odszedł od tej pierwszej, ale w międzyczasie poznał jeszcze taką trzecią i wrócił do dwóch związków równolegle. Była Marta i ta trzecia, którą poznał w swoim biurowcu. Marta wybaczyła mu, a przynajmniej myślała, że wybaczyła. On zaprosił ją na drinka. Ona przyjęła zaproszenie. Założyła piękną sukienkę i postanowiła pięknie się uśmiechać. Chciała być szczęśliwą kobietą, w której on kiedyś podobno się zakochał. Tylko zranionego serca nikt i nic nie oszuka.

– Mam nadzieję, że razem z tą wołowiną wyrzygałam resztki miłości do niego – mówi Marta, której zaczęły wracać kolory. – On mnie nigdy nie kochał. – Patrzy na mnie smutno.

– Tylko nie rzygaj! – Próbuję żartować, choć naprawdę trochę boję się, że zadziała odruch psa Pawlowa i Marta zaraz po wyznaniu rzygnie mi pod stopy.

– Nie będę. Już nigdy więcej się tak nie upodlę. Żaden facet nie zasługuje na to, żeby przez niego się upić, a już na pewno żaden nie zasługuje, żeby to oglądać.

Przypominam sobie wczesne lata studenckie. Umówiłam się z nim na dziewiątą. O piątej wpadła koleżanka i coś świętowałyśmy. Nie pamiętam co. Przyniosła butelkę wina. Ja dorzuciłam kolejną. Później przypomniałam sobie, że mam jeszcze trochę weselnej skitranej w szafie w ciuchach. Nie miałyśmy popitki. Zrobiłam herbatę. Kiedy o dziewiątej otwierałam mu drzwi, widziałam dwie klamki i jestem niemal pewna, że za pierwszym razem złapałam za tę niewłaściwą. Zamiast ‘cześć kochanie’ powiedziałam ‘chyba się najebałam’i po tych słowach zniknęłam w łazience. On siedział na bujanym fotelu i zastanawiał się, czy żyję. Następnego dnia myślałam, że spalę się ze wstydu.

– Co z Kubą? – pytam, podając Marcie kolejną szklankę domowego izotonika.

– Z jakim Kubą? – słyszę znaczącą odpowiedź. – Powinnaś raczej zapytać, co z tym nieszczęśnikiem, któremu przyszło po mnie sprzątać.

– Co z nim?

– Myślę, że miał pełne ręce roboty.

Wieczorem poszłyśmy na spacer śladami poprzedniej nocy. Na chodniku, w miejscu, gdzie wcześniej podobno leżały niestrawione kawałki pokarmu, została tylko mokra plama.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close