tarta z malinami

Miało być tak prosto: kruchy spód, kremowa masa z białą czekoladą i soczyste maliny na wierzchu. Rozkosz dla podniebienia, orgazm dla kubków smakowych, chwila poezji dla mnie. Małe tartaletki, tartalunie… Chodziły za mną już od pewnego czasu. Przepis miałam zapisany w notatniku. Nie odkładaj pragnień na później – pomyślałam. Myśl o swoich potrzebach i o tym, jak je realizować. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym kiedyś obudziła się z myślą: ‘Zdążyłam zrobić pomidorówkę. Zdążyłam być w Mc Donaldzie. Zdążyłam kupić kapustę, ale… Nie zdążyłam zrobić tarty.’

Napędzana mocą tych słów, pobiegłam do kuchni i otworzyłam lodówkę. Cholera, nie ma mleka! No nic. Po południu pójdę na spacer, w drodze powrotnej kupię łaciate 3.2%, a tymczasem podleję kwiaty. Bardzo to męczące zajęcie jest. Zwłaszcza jeśli się w chałupie ogród botaniczny ma. Wiem! Zjem kalarepkę. Kalarepa doda mi krzepy i sprawi, że będę pośladkami orzechy gnieść. Taka będę po niej silna. Pobiegłam do kuchni i otworzyłam lodówkę raz jeszcze. Już chcę chwycić kalarepkę a tu oooooo! Mleko! Cały karton. Któż by pomyślał! Taki żartowniś z tego mleka. Schowało się! Nu nu nu! Niedobre mleczko! Będzie tarta – pomyślałam otwierając szafkę kuchenną. Cholera, nie ma mąki. No nic. Zaraz pobiegnę do sklepu i kupię.

Mam już wszystko. Teraz tylko trzeba zagnieść ciasto:

150g mąki

30g cukru

125g pokrojonego w kostkę masła

1 łyżka wody

Będę wzorową panią domu i zrobię z dwóch porcji. Może jakiś gość się trafi? To odmierzam. Wyciągam elektryczną wagę kuchenną firmy Łucznik i ważę miseczkę. 178g czystego materiału, który mąką na pewno nie jest. Okay. 178g+2 x 150g = 478g. Matematyka wyższa, ale całkiem nieźle sobie radzę z działaniem. Tyle musi być mąki. Teraz cukier. Potrzeba mi 60g. Wsypuję cukier do kubeczka. Jedna łyżka, druga łyżka, trzecia łyżka, czwarta łyżka, kurwa, trochę dużo tego cukru, piąta łyżka, szósta łyżka, oż w mordę, ale to będzie ulep, siódma łyżka, ósma łyżka, cholera, mogłam wziąć większy kubek do odmierzenia, dziewiąta łyżka, coś tu jest nie tak. W tym momencie ciśnienie już mi skacze, bo jak rzecz taka prosta może być tak trudna? Czytam przepis raz jeszcze. 30g cukru a ja mam to podwoić. To 60g plus waga kubka. Kurwa, niech mi ktoś da te jebane 60g cukru! Nie wiem, ile to ma być, ale wiem, że 60 to mniej niż 150 (ilość mąki) a na oko widać, że coś tego za dużo. Patrzę na mąkę odmierzoną w misce, patrzę na cukier w kubku na wadze, jeszcze raz zerkam na mąkę. Nie no coś tu jest nie tak. Taka jestem zafascynowana tworzeniem czegoś pięknego, że nie zauważam, że waga ma kilka rodzajów pomiaru: kg/g/Ib/oz. To waga! Suka jedna! Zmieniła mi jednostki. Nu nu nu wago! Tak nie robimy. Wciskam odpowiedni przycisk i jestem na dobrej drodze. Dodaję masło i wyrabiam ciasto. Chyba jednak trochę za dużo tej mąki. Jezuuuuu, ależ to ciężko mi idzie. A może tak ma być? Gniotę. Bicek wychodzi przez skórę. Ugniatam dalej. Lepsze to niż podciąganie na drążku. Zagniatam. Energicznie. Pot z czoła się leje. Wreszcie jest: Wspaniała kula ciasta. Wsadzam do zamrażalnika i lecę robić masę.

Pół litra mleka podgrzewam z rozciętą na pół laską wanilii. W międzyczasie smaruję formę na babeczki resztkami masła i wykładam papilotki. Nie, tylko nie to. Papilotki do wypieków nie pasują rozmiarem do formy. Ja się chyba zastrzelę. Tylko spokojnie, żadnych nerwowych ruchów. Papilotki przecież nie są koniecznością. Wykładam foremkę samym ciastem. Zapełniam dwie dziury i myślę sobie, że jak ciasto wyjdzie kruche, to w życiu, za żadne skarby, w całości z tej formy nie wylezie. Pokruszy się przy wyjmowaniu i dupa będzie nie tartaletki. Wyjmuję ciasto z dwóch dziur i łączę z całą resztą. Wiem, po prostu zrobię jedną, dużą tartę. Przepis był na jedną o średnicy 18cm albo kilka maleńkich. Zrobię jedną. Będzie łatwiej i szybciej. Bo na tym etapie jestem już zmęczona tym wygniataniem. Tylko zaraz… Po cholerę podwajałam składniki? Mam za dużo ciasta. Dzielę na połowę. Wrzucę do lodówki a później zobaczę. Zrobię jutro jeszcze jedną, jak ta wyjdzie pyszna. Przecież się nie zepsuje przez noc. Próbuje przełożyć ciasto na formę, ale to ciasto jakieś dziwne jest. Nie słucha się moich rąk, rozpada się, kruszy, choć jeszcze nie upieczone. Zaraz nim pizdnę o ścianę. Za jakie grzechy? Mam pomysł. Przecież mogę rozwałkować. Otwieram szufladę z garami. Wyciągam wałek. Dobrze, że ostatnio kupiłam taki zwykły, drewniany, bo do tej pory wałkowałam butelką wina. Wałkuję. Ciasto się przylepia do wałka. Zaraz się rozpłaczę. Spoglądam na zegarek. Już późno. Mleko zdążyło się zagotować i wystygnąć. No nic, podgrzeję raz jeszcze. Wreszcie wylepiam formę tym jebanym ciastem i już mam w dupie te jebane tartaletki. Chcę po prostu żeby ten koszmar się już skończył. Ciasto nakłuwam widelcem. Nie wiem po co, ale tak jest w przepisie. Mogę się na nim wyżyć. Nakłuwam tak mocno, że słyszę dźwięk zębiska o dno formy. Dźwięk nabiera kształt warkoczu konkretnych słów ‘Pieprzona tarta’, który delikatnie pieści moje podkurwienie. Niech mi to ciasto już zniknie z oczu. Won do piekarnika! Na 180 stopni! I nie waż się wychodzić, dopóki sama nie otworzę drzwiczek.

Wracam do mleka. Jeszcze ciepłe. Ubijam cztery żółtka z cukrem na puszystą masę. Tak jak w przepisie. Po kliku minutach patrzę na te jaja i widzę masę, której daleko do puszystości. Miała być puszysta, czyli lekka, podobna do puchu, a tymczasem ta moja jest…. lejąca. Zwykłe rozmemłane jaja. Puchu z tego to ja nie zrobię. Poddaję się po kilku minutach, pamiętając, że muszę zmienić definicję puszysta w swoim słowniku. Teraz tylko dodać 3 łyżki mąki kukurydzianej. Otwieram szafkę, jedną, drugą. Zaglądam na półkę, jedną, drugą. Biegnę do garażu. Szukam w ogródku. Ja pierdolę – nie ma mąki kukurydzianej. Przecież jeszcze wczoraj tu była. A może to było w zeszłym miesiącu? Ze zdenerwowania tracę poczucie czasu. Pamiętam, że mama zagęszczała zupę mąką. Jak nie dodam mąki, to masa nie zgęstnieje a wtedy dupa zbita, a raczej lejąca. Dodam zwykłą mąkę pszenną. Mąka to mąka. Dodaję i miksuję dalej. W międzyczasie upuszczam szklaną rureczkę po wanilii, a szkło rozbryzguje się po całej kuchni. Jeszcze tego mi trzeba! Jestem bliska histerii. Rzucam ścierą i pospolitą kurwą, łapię za szczotę. Dobrze, że mam kapciuszki na stopach. Wracam do ognia i mieszam masę, która zgęstnieć nie chce. Nie chce i chuj. Myślę, że gorzej już być nie może, więc decyduję się na chwilę odwagi i eksperymenty. Wrzucam tabliczkę białej czekolady i serek mascarpone, bo gdzieś w innym przepisie czytałam, że to dobre jest. Jak się zważy, to wywalę do kosza, bo już nie mam siły. Nie waży się.

Wracam do ciasta. Coś dziwnie wygląda. Miało mieć piękny, złoty kolor, a tu jakieś kropki czarne na nim. Zepsuło się? Pleśń zaatakowała? Ale że jak? Tak w piekarniku? W 180 stopniach? Co to jest? Mak? Nie dodawałam żadnego maku… Dumam przez chwilę i już wiem: kryształki cukru! Brązowego cukru. Nie czekając aż wystygnie zalewam je gorącą jeszcze masą. Zostawiam na noc i idę spać. Rano ułożę maliny.

Rano wstaję. Palcem wskazującym dotykam wierzchnią warstwę. Tak delikatnie, jak na filmach sprawdza się, czy ktoś żyje. Tarta się nie rusza. To chyba dobrze. Położę te maliny. Układam. Jedna obok drugiej, tak jak widziałam na tych pięknych zdjęciach pięknych blogów kulinarnych. Z niepokojem spoglądam na ostatnią malinkę w pudełku i 1/3 nieudekorowanej powierzchni. Z rozpaczy zjadam ją. Jedna w tą, czy w tą nie zrobi różnicy.

Kroję kawałek. I… Tytuł Chujowej Pani Domu się należy od zaraz. Zdjęcie mówi samo za siebie. Ktoś reflektuje?

tarta z malinami

21 Comments

  1. […] to powód do śmiechu i głupich dowcipów, a nie do biczowania. Może mi coś nie wyjść, jak ta tarta grzechu warta. I że to jest, kurna, fantastyczne! Że to czego się wstydziłam jest moim skarbem. Nie muszę […]

  2. Magda, ja się chyba poddaję. Ostatnio robiłam kruche z rabarbarem, tylko rabarbaru zabrakło, było kruche z rabarbarem, ale bez rabarbaru, jeśli to w ogóle ma sens :)

  3. Brzuch mnie boli od śmiechu i prawie się popłakałam. Tego mi było trzeba
    po ciężkim tygodniu, dzięki :) Aż chyba pójdę wreszcie spać i jutro od
    rana (hmm.. od 12.00?) zabiorę się za pieczenie!

  4. I tak ją zeżresz <3

  5. O kuffa. Zupełnie, jak 100% moich kuchennych podbojów, które nie nazywają się „makaron z…”. Za kruche ciasto nie zabiorę się nigdy!!!

  6. genialne, przypominają mi się czasy ambitnego robienia przepięknych pieczonych pierogów z rybą. Na szczęście mój mąz się zlitował. Zdecydowanym ruchem wygonił moje zwłoki z kuchni i zrobił jedną rozsądna rzecz: wypierdzielił wszystko w pizdu dzielnie twierdząc, że i tak mnie kocha.

    • Pierogi to Wyższa Szkoła Pichcenia. Próbowałam dwa razy: pierwszy i ostatni ;) Pieczone pierogi z rybą brzmią egzotycznie! Brawo za podjęcie próby i brawo dla męża za zachowanie zimnej krwi :)

  7. Hahaha :D Pieczenie ciast jest takie relaksujące ;)

  8. Chujowa Pani Domu to brzmi dumnie – gratuluję tarty!!!

  9. Ubawilam się do łez ta nieszczęsną tartą!los jest tak złośliwy ze zawsze ale to zawsze czegoś zabraknie do ciasta a niby mialysmy wszystko!co do ciasta kruchego to jego wylesianie w formie może doprowadzić do ataku szału,ja po prostu je krusze w dłoniach jak kruszonke i ugniatam palcami!jest duuuuzo łatwiej!tekst rewelacyjny,smialam się tak głośno aż maz pytał co mnie tak rozbawilo!więcej takich!

    • Kruszenie w dłoniach i ugniatanie palcami sprawdzę przy najbliższej okazji, bo zamierzam podjąć kolejną próbę. Dzięki! Cieszę się, że tekst się podobał :) Jeśli mój talent kuchenny nie skoczy choć o jedno oczko w górę, to tak, będzie takich więcej ;)

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close