dominozycia

Zaczęłam oglądać coś od szóstej chyba minuty. Stałam wpatrzona w mały ekran zawieszony na ścianie. Usiadłam po pięciu minutach, bo zrozumiałam, że mam do czynienia z kawałkiem sztuki, który chcę obejrzeć od początku do końca, a całość to niemal 30 minut ciągłego gapienia się w wyświetlacz.

Może, gdyby nie zaczęło padać, ani wiać, gdyby na niebie nie rozpruły się płuca gruźlika, nie weszłabym do tej galerii. Może spacerowałabym ulicami Glasgow, szukając kolejnych murali zdobiących stare kamienice i ożywiających inne budynki. Może zamiast pocić się w grubiej puchówce przed ekranem, stałabym na świeżym powietrzu wpatrzona w namalowaną pandę, tudzież inne uliczne dzieło artysty.

Pogoda jednak zweryfikowała moje plany. Kurtki puchowe całkiem nieźle grzeją, ale totalnie nie potrafią zachować się na obszarze tzw. ciągłych opadów, a właśnie do takiego rejonu należy Szkocja. W trosce o przyszłość swojej puchówki, uciekłam pod dach GoMA, czyli galerii sztuki nowoczesnej i… zachwyciłam się.

Na jednym z pięter znalazłam kawałek sztuki, który przemawiał do mnie, który potrafiłam rozszyfrować, przełożyć na swój codzienny język. Siedziałam zahipnotyzowana i zafascynowana pomysłowością twórców.

Film dokumentuje serię mechanizmów działających na zasadzie domina, które połączone ze sobą w dosyć wyszukany sposób, wykonują proste czynności. Mamy więc instalację długą jak lista grzechów naszej partii rządzącej. Sznur obiektów składa się między innymi z opon, plastikowych butelek, starych butów, worków na śmieci, beczek na ropę, drabinek, sznurków, które przy użyciu benzyny, wody, piasku i innych materiałów (nawet wybuchowych), wprawiają całą maszynerię w ruch.

Nie ma tu więc przypadku. Każda jedna akcja wywołuje jakiś efekt. Trzeba tylko dać sobie trochę czasu i uważnie obserwować kolejność wydarzeń. Bo to, że coś za chwilę się wydarzy jest pewne jak biegunka po śledziu z mlekiem. Rozpędzona opona przewróci drabinkę, która poruszy wrotki z przyczepioną świeczką, płomień świeczki zapali jakiś tam loncik, którego iskry wpadną do kałuży benzyny i już wydawać by się mogło, że to koniec akcji, ale nie. Ogień znajdzie swoją drogę i niczym wąska, gorąca rzeka popłynie w kierunku swojego przeznaczenia, gdzie wprawi w ruch giętkie ostrze metalu, które uwolnione z nienaturalnej pozycji wystrzeli kolejną iskrę i da początek następnym akcjom i reakcjom.

Totalna rozpierducha – można pomyśleć oglądając fragmenty sztuki uwiecznionej na filmie. Fruwają kulki ogniowe, stoły staczają się z równi pochyłej, noże przecinają to i owo. Słychać zgrzyt ostrego metalu, brzdęk turlających się po podłodze puszek, odgłosy skrzypiących zawiasów, stukot drewnianych kółek, dźwięk lejącej się wody. A wszystko to stworzone w magazynie długim na 30 metrów pod chwytliwym tytułem The way things go.

Peter Fischli, mieszkający i tworzący w Zurichu i nieżyjący już David Weiss, na takiej przestrzeni stworzyli plac zabaw, w którym rządzą siły i prawa dynamiki, termodynamiki, zasady dotyczące energii i pędu ciała, mechaniki płynów i wszystkich innych reguł, o których istnieniu nie miałam pojęcia, bo na lekcjach fizyki i chemii malowałam bohomazy, marząc o życiu artystki zamiast słuchać wywodów nauczyciela.

Całość może momentami lekko zmulić, bo człowiek siedzi i patrzy jak ta woda leje się z tego wielkiego pojemnika, jak powoli wypełnia nowy zbiornik , jak się z niego przelewa i dopiero poza jego brzegami wprawia w ruch kolejny trybik maszynerii. To wszystko trochę trwa. Może wydawać się monotonne. Bo do tego wszystkiego potrzebny jest wspólny mianownik, CZAS. Czas, żeby wypaliła się świeczka. Czas, żeby przelała się woda. Czas, żeby coś przetoczyło się z punktu A do punktu B. Czas, żeby napompowany balon zdechł i zostawił po sobie smutny flak. Czas, żeby coś zamarzło, coś zastygło, coś zmokło, coś nabrało pędu.

Można się znudzić, ale… można też na chwilę się zatrzymać i pomyśleć o sobie, o innych, o wydarzeniach, które miały miejsce tylko i wyłącznie, bo ktoś coś zrobił tak, a nie inaczej, bo ty sam postąpiłeś w pewien określony sposób. Takie jest nasze życie. To łańcuch zdarzeń, które ciągną za sobą kolejne decyzje, wybory i akcje.

Za każdy błędny krok przyjdzie nam zapłacić. Fantastycznie obrazuje to wspomniana maszyneria The way things go. Gdyby tak każdy z obiektów nazwać jakimś ludzkim, powszechnym uczuciem, powstałaby zwyczajna mapa ludzkich zachowań. Cierpliwość kiedyś się skończy, a jak się skończy, to pęknie czara goryczy i zerwie się srebrny sznur wyrozumiałości. Zaraz potem przeleje się miarka i zły sen cię przebudzi, pękniesz ze złości, zmrozisz serce, rozrzucisz gorzkie słowa, wypalisz dziury w sercach innych. Poczekasz chwilę, aż to złe uczucie odejdzie nieco dalej i da początek kolejnym chwilom i zdarzeniom, które wyrzeźbią łzę twoją albo innych pod powieką. Ktoś uniesie się pychą, ktoś pęknie z zazdrości, komuś coś zacznie ściskać w gardle i wypłynie fala nowych słów, które dadzą początek kolejnym zdarzeniom.

Efekt domino. Jeden, wielki pierdolnik. Małe słowo, drobne zdarzenie uruchomi szereg kolejnych. Każde następne mające początek w tym poprzednim. Ciężkie do zatrzymania. Niemożliwe do opanowania.

Oglądałam ten filmik i przekładałam go na swoją własną sztukę życia. Chciałam w tej całej destrukcji widzieć coś pozytywnego. Że te wszystkie gary, puszki, pojemniki, opony mogą symbolizować piękno i dobro. Bo dobro rodzi dobro. Tego chcę się trzymać i wierzyć, że …

Pewnego dnia będziesz zbierał piękne, kolorowe kwiaty, jeśli je wcześniej sam zasiejesz. I nieważne, że czasami zima przykryje je śniegiem, zmrozi i nic z nich nie wyrośnie. Jeśli kiedyś wrzucisz ich nasiona na odpowiedni grunt, one znajdą siłę i przebiją nawet najbardziej zmrożoną glebę. Kiedyś wystawią swoje wesołe głowy w stronę słońca i będą cieszyć ciebie i twoich bliskich. To zwykłe ziarenka dobroci, uprzejmości i piękna.

Zwykły wesoły pierdolnik, od którego pozytywnego szaleństwa zakręci ci się w głowie.

The way things go jest dosyć starą produkcją, bo z 1987 roku i aż dziwne, że dopiero niedawno się na nią natknęłam. Film był wielokrotnie nagradzany na festiwalach filmowych, między innymi w Sydney, Berlinie i San Francisco i do dziś jest wyświetlany w wielu galeriach na całym świecie. Całość dostępna jest na filmach dvd, a krótkie fragmentu można zobaczyć na youtubie, np. tutaj. Zobaczcie chociaż fragment, bo warto.

Mnie wciągnęło. Podobnie jak twórców reklamy Hondy, którzy zainspirowani filmem, stworzyli takie oto cudo (klik tutaj) i zostali posądzeni o plagiat. Plagiat czy inspiracja? Sami zadecydujcie.

  • Redakcja Modny Blog

    Bardzo chętnie zobaczę ten film, Twój wpis mnie zainteresował :-) Tym bardziej, że bardzo lubię wszelkie filmy, które skłaniają do rozmyślań.
    Pozdrawiam
    Anetta z Modny Blog

    • Just Agnes

      Mnie wkręcił i dał do myślenia. Kawałek dobrej sztuki. Polecam, ale odpowiedzialności za doznania nie biorę ;)

Close