Tomasz Macewicz i jego Naga Dama

Musiała ich łączyć jakaś niewidzialna linia. Jakaś czerwona nić przeznaczenia, którą bogowie gór musieli zawiązać wokół jego kostki i szczytu Nagiej Góry. Według chińskiej legendy taka nić może rozciągać się w nieskończoność, może plątać się i gmatwać, ale nie może być zerwana. Zawsze będzie ciągnąć człowieka w odpowiednim kierunku. Ta ciągnęła Tomka w stronę szczytu.

W 2010 roku wyruszył w jego kierunku po raz pierwszy. Nanga Parbat pokochała go od pierwszego wejrzenia. Miłością toksyczną, ale jednak. Miłością, która miała gorzki smak. Był dla niej idealny. Inny od tych wszystkich profesjonalistów, ubstrokaconych naszywkami reklamowymi. Już wtedy postanowiła, że kiedy przyjdzie odpowiednia pora, zatrzyma go dla siebie, na zawsze. Ale póki co, będzie się nim bawić. Kapryśna, próżna, zaborcza Nanga Parbat. Da mu trochę, ale zabierze znacznie więcej. Ale to później, jeszcze nie teraz. Najpierw sprawi, że będzie do niej posłusznie wracał, najpierw rozkocha go w sobie. Pozwoli mu zasmakować kawałka siebie. Tamtego dnia doszedł do bazy na 5100m. Patrzyła na niego głodnymi oczyma gwiazd. Noc pulsowała zapamiętałym niespełnieniem. Spędził ją w jej ramionach i zadecydował wrócić. Nie sam. Był razem z podróżnikiem Markiem Klonowskim. Nanga Parbat postawiła lodowe wrota, których nie udało im się wywarzyć. Ale rozbudziła namiętność.

Wrócił do niej następnej zimy. Tym razem wytrwał u jej boku 45 dni. Obserwował ją. Musiał jej imponować swoją nieugiętością. Fanatycznie sypała śniegiem, mroziła jego uczucia, a on cierpliwie studiował jej mapę, uczył się jej na pamięć. Sercem zapamiętywał jej kolory, kształty i rozmiar. Zaczął o niej marzyć. Wiedział, że się nie podda. Że kiedyś będzie jego.

Wrócił do niej w kolejnym sezonie, który przyniósł nadzieję i żarliwy zapał. To wtedy Jego Naga Dama przyprawia go o mocniejsze bicie serca. Zaprasza go do tego niebezpiecznego tańca. Ciągnie przez zagrożone pole seraków, przyciska do siebie w połowie drogi, lgnie do niego. On do niej. Załamuje się pogoda, ale nie Tomek. On idzie w kierunku szczytu. Naga Dama odkrywa kolejny, nieznany mu dotąd kawałek siebie. Sprawdza go. Testuje. Poniża. Niespodziewanie odsłania kawałek nieba i pozwala wejść na 7400. Po więcej będzie musiał do niej wrócić. Paść jeszcze kilka razy na kolana, śnić o niej. Wymęczony wraca na doliny, wiedząc, że za rok znowu się spotkają.

Wraca do swojej ukochanej już następnej zimy. Tym razem w większym gronie. Do Tomka i Marka dołącza kilku facetów. Nie podoba to się Nagiej Damie. Rozgniewana najpierw sypie śniegiem, a później zsyła lawinę. Jednemu łamie żebra, rękę, palce i przebija płuco. Jest litościwa. Nikogo nie zabija tym razem. Tylko ostrzega, daje im nauczkę. Krzyczy: Nie zbliżajcie się do mnie! Tylko on może. Tylko jego chcę. Tomek postanawia, że następnym razem wróci do niej sam.

I wraca. Zimą 2015 roku. Piąty raz nawiązuje z nią kontakt. Działa niezależnie, choć na miejscu łączy siły z Francuzką Elisabeth Revol i Daniele Nardi. Razem z tą pierwszą rusza do ataku szczytowego. Nagiej Damie nawet się nie śni taki układ. Pozwala im dotrzeć na 7800 i pokazuje im swoje prawdziwe oblicze. Wpada w furię. Jest zawierucha, która zmusza do odwrotu. Nie, nie będzie miłosnego trójkąta. Nie będę dzieliła się tobą! – wykrzykuje rzucając lodowymi opiłkami, targając chmurami.  Za zdradę będziesz musiał zapłacić. Zdrady się nie zapomina! Zdrada żyje w sercu, nawet jeśli zamiast serca ma się tylko kawał lodu. Musisz zrozumieć, że jesteś mój i tylko mój. W drodze powrotnej śnieżny most załamuje się pod Tomkiem. Jej szalony gniew osuwa go na kolana, 40 metrów w dół. Jego Naga Dama łamie mu żebro, obija ciało, odmraża sześć palców, karmi adrenaliną. Jego Naga Dama nie będzie tolerować innych kobiet. To ona z nim tańczy. Ona kołysze do snu. Ona rzeźbi jego imię w lodowej skale. Ona składa zimne pocałunki na dobranoc. Ona prowadzi na szczyt. Ona należy do niego. A on należy do niej.

Tomek to wiedział. On to rozumiał. Akceptował. Nanga Parbat była jego Nagą Górą. Jego Nagą kochanką. To z nią spędzał swoje urodziny, święta , sylwestra. W tych najważniejszych dla człowieka dniach on był tam, w górze, albo w bazie, blisko niej. Blisko swojej Nangi. Wracał w jej ramiona każdej zimy. Tańczył z nią na lodowej scenie tango białe i zimne jak kość. Lekko i agresywnie, dziko i spokojnie, bezwarunkowo, wytrwale. Grała Mu orkiestra czekanów, uprzęży, raków, klamerek i śrub lodowych. A On tańczył i tańczył… Na linie… na mrozie.. na wietrze…

Była jak ta kobieta, o której nie można zapomnieć. Otwierała furtki w jego myślach, kazała mu wstawać w nocy i pokonywać kolejne metry drogi. A on szedł w górę, oczarowany jej pięknem, omotany jej urokiem, zafascynowany nią. Dopasowywał się do niej. Pokonywał dla niej swoje słabości. Rok za rokiem. Przerażała go, ale lgnął do niej. Mówił, że jest pełna paradoksów, które można mnożyć i mnożyć. Nie miał ambicji, żeby stanąć na jej szczycie jako pierwszy. Wyłączył tę myśl. Chciał po prostu zakończyć temat. Postawić kropkę nad słowem ‘marzenie’. Posiąść ją.

Przez te wszystkie lata zdążył ją poznać. Nauczył się rozpoznawać jej humory. Dzielnie je znosił. Umiejętnie trwał u jej boku w dniach, kiedy rzucała mu pod nogi nieprzyjazne skały, czekał na ocieplenie, gdy wiała mrozem i złośliwie rzucała opiłki lodu. Kiedy się złościła, zgrzytała śniegiem, a on zatrzymywał się na chwilę, patrzył w niebo i czekał. Rozumiał ją. Wybaczał. Zapominał. I szedł dalej. Ciągle wracał.

A ona? Raniła go. Odmrażała jego stopy. Paliła jego łydki i przedramienia. Zwalała z nóg. Dokuczała zimnem. Tylko czasami zaskakiwała go litością. Dawała mu w prezencie wspaniały granat nieba usianego miriadami gwiazd i szkarłat promieni wschodzącego słońca. Ofiarowywała baldachim górskich grzbietów uśpionych w obłokach i najpiękniejsze kołysanki mruczących lawin. Pozwalała mu podziwiać zalane lodem i wypełnione skałą szczeliny. Zabierał jej prezenty w doliny jako największy skarb. Codzienne przeżycia, które dzielił tylko z nią wracały do niego w snach i gnały go w dalszą drogę.

Naga Góra pragnęła go. Była jego szczęściem i nieszczęściem, a każdy ma prawo do własnego, takiego, jakie sobie wymarzy. Była jego pasją, jego pożądaniem, bukietem emocji, które kazały mu przegrywać, wygrywać i nieustannie być i trwać. Była jego lustrem odbijającym to, co niemożliwe, czyniąc je realnym. Była jego szaleństwem, doskonałością, niebezpieczną grą, której zasady znała tylko ona. To była jej pilnie strzeżona tajemnica. Tajemnica gór, którą nie dzieli się z człowiekiem.

Tego dnia uczesała dla niego obłoki. Zwierzyła się lodowo-śnieżnym blokom. Zdradziła szczelinom swój plan. Zgasiła słońce. Wygnała gwiazdy. Czarny motyl zatrzepotał skrzydłami. Usiadł na ramieniu Tomka. To był jej prezent pożegnalny. Naga Dama złapała go zbyt mocno, żeby mógł zaprotestować i porwała go do tanga ten ostatni raz. Do śmiertelnego i aroganckiego tanga, do surowego i żałosnego, do tanga życia i śmierci. Smutne nuty uchodziły ze szczelin, wiatr wiał tragiczną pieść o chorej, białej miłości. Góra wplątała lodowe palce w jego włosy. Od teraz będziesz tylko mój – wyszeptała czule i złożyła na jego ustach mroźny pocałunek śmierci. Ciemną tajemnicę istnienia wypiła z jego ust…

1 Comment

  1. […] zaśpiewał ‚Na szczycie’, który dla Was nagrałam. Kawałek, który po śmierci Mackiewicza długo maglowałam, choć na co dzień nie słucham tego rodzaju muzyki. Na resztę koncertu nie […]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close