trening z oponą

Ruda dziewczyna w majtkach ze znaczkiem bumerangu podpiera ścianę, trzymając w rękach swoją wykręconą kostkę, druga czarna podnosi z maty wyplute płuco, trzecia trzęsącą ręką próbuje wybrać numer pogotowia ratunkowego, czwarta przestawia wiadro potu, a ja stoję w pozycji zwycięzcy, umorusana jak kominiarz i czekam na laurowy wieniec. Ja jestem najlepszy wojownik! Żaden Ninja się ze mną nie równa! Ja jestem Agnes, a to była Sparta!

Ale od początku.

Godz. 8.45

Poranek był pełen niespodzianek. Wstałam przymulona bardziej niż zazwyczaj. Najpierw potraktowałam twarz zmywaczem do paznokci zamiast płynem micelarnym (Garnier Skin Natural 3w1, całkiem dobry bo tani i niezły, polecam), później na szczoteczkę do zębów wycisnęłam maść na ugryzienia owadów, a zaraz po tym zapomniałam nałożyć krem na twarz, przez co czułam, że uszy zmówiły się przeciwko mnie i ciągnęły moją skórę twarzy, każdy w swoją stronę, rozdzierając ją na nosie. Później prawie się zabiłam, schodząc ze schodów.

9.00

Idę na trening.

9.05

Albo nie idę.

9.10

Dobra, idę. Nie będę pipa.

9.15

Albo nie, poleniuchuję trochę. Wczoraj byłam. Nie można za dużo. Wszystko w umiarze.

9.20

Idę! Jednak idę. Nie będę leszcz. Tylko wciągnę jakieś gacie wygodne.

9.25

Jezu, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce. Właściwie to po co mam się zmuszać? Pieprzę, nie idę.

9.30

Ale skoro już wstałam tak wcześnie, to może jednak pójdę. Trzeba walczyć z własnymi słabościami. Idę! Dupa sama się nie zrobi.

9.35

Żeby ćwiczenie było tak przyjemne jak jedzenie… Rozmarzyłam się. Nie idę. Nie lubię się zmuszać do niczego. Zrobię sobie pysznego omleta w ramach treningu, a poćwiczę jutro. W końcu płaski brzuch robi się w kuchni. Tylko skarpety wciągnę, bo tam zimna podłoga.

9.37

Okay, jeśli od razu znajdę skarpetki do pary, jeśli wpadną mi obie w ręce, to idę. Jeśli nie, to zostaję. Zdam się na przeznaczenie.

9.45

Jedna z różowym paskiem, druga z niebieskim. Nie do pary. To by było na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy trening. Dziękuję za uwagę. Naprawdę chciałam.

9.50

Ale ja głupia jestem. Nie pozwolę skarpetkom decydować o swoim losie! Idę! Muszę być twarda! Ja przecież niedługo w góry idę, szczyty zdobywać będę i to nie byle jakie. Idę! Idę! Wciągam trepki z paskami i biegnę.

10.00

Wpadam zziajana na salę treningową. 22 cycki już robią rozgrzewkę języka, bo nadają jak szalone. Chlapią ozorem jedna przez drugą. Wypatruję instruktora, bo nie lubię marnować czasu.

W planach intensywny trening obiegowy. Trochę pompek, trochę przysiadów, trochę przerzucania kettlebellami, trochę brzuszków, ruskich skrętów, spacerów wieśniaka, padnij-powstań-wyciśnij, biegu z kolankami unoszonymi wysoko do linii bioder i stópkami wsadzanymi w opony ułożone w misterny szlaczek. Jak się jakaś nie zabije to będzie cud – myślę, ale nie mówię nic.

Krótkie przerwy między ćwiczeniami, co by umierało się szybciej, błyskawiczne przejścia z jednego stanowiska na drugie. Jest moc. Już po rozgrzewce dupsko zaczyna się pocić. Większość dziewczyn ubrana na czarno, jak na pogrzeb tłuszczyku przystało.

W 15ej minucie treningu jedna wpada w oponę tak, że kostka się wykręca, przekręca i już trzeba kobitkę z pola znosić, bo sama nie daje rady. Żeby kózka nie skakała.. Po szybkich oględzinach diagnoza jest jedna: będzie żyła, ale na dziś trening skończony. Idzie pod ścianę.

10.40

Prowadząca zajęcia każe nam się podzielić na dwie grupy. Ja to jednak niedorozwinięta jestem. Z lat szkolnym powinnam pamiętać, że jak dwie grupy, to na pewno zawody, a jak zawody, to zawsze lepiej być w tej sprawniejszej grupie, bo przegrana boli.

Niestety moje szare komórki zalane potem, nie pracują tak jak powinny. Maszeruję bez zastanowienia do grupy, która stoi bliżej. Cztery babki, które może i sympatyczne, ale raczej takie, które do tej pory próbowały schudnąć leżąc w łóżku, oglądając telewizję i jedząc ciastka. Takie, które myślą, że płaski brzuch dorzucają w kiosku ruchu do gazetki fitnesowej.

Patrzę na drugą grupę, która rozmiarowo wynosi 50% mojej. To przesrane myślę sobie, kiedy słyszę, że działamy jako zespół.

Pięć osób w każdej grupie. Sześć opon po każdej stronie. Takich wielkich. Od traktora. Ale tych przednich. Pierwsza osoba przerzuca opony na drugą stronę boiska. Jedna opona za drugą. Bez oszukiwania. Nie ma, że dwie na raz. Kiedy szósta opona dotknie powierzchni ziemi, druga osoba z grupy może wystartować, żeby wszystkie opony przytargać z powrotem. Trzecia znowu odstawia je na drugą stronę, czwarta przynosi, piąta znowu biegnie pod bramkę. Kiedy cała grupa ukończy bieg z oponami czas na 20 pompek, 20 pajacyków, 20 brzuszków i 20 przysiadów z wyskokiem. Jestem czwarta w grupie.

11.45

Start! Pierwsza wystartowała. Plus bycia czwartą jest taki, że mogę odpocząć po intensywnym treningu obwodowym. Minus, że się wkurwiam, bo patrzę i widzę, że choć grupa przeciwników ślamazarna, to już przegrywamy.

Biegną jak żółwie uciekające w popłochu przez pole masła orzechowego. Dopinguję nasze pączki i nie wiem, czy samo „Dawaj! Dobra robota!” wystarczy, czy może dodać jakąś zachętę w postaci zaproszenia na schabowego po. Ostatecznie decyduję się na wersję pierwszą.

Patrzę i widzę, że one cierpią. Nadzienie wiśniowe wypływa na ich twarze, tłuszcz się topi i jesteśmy w ciemnej dupie, bo przeciwnik choć też cierpi, ciągle lepszy. Przegrywamy trzema oponami.

Podziwiam, że dają z siebie wszystko, ale drogie panie, samo wzięcie udziału się nie liczy, tu trzeba wygrać. Tu trzeba wrócić do domu na noszach chwały. Niepokonanym być! Przestępuję z nogi na nogę. Już prawie moja kolej. Oddycham głęboko. Gotowi, do startu, start!

10.58

Wystrzeliłam jak z procy. Jestem lwem. Głodnym lwem. Tam pod bramką siedzi gazela. Biegnę, żeby ją złapać, przeciągnąć przez trawę sawanny i pożreć, a później pozostawić kosteczki. Pierwsza opona zaliczona. Poszło nieźle, ale ciągle mało. Biegnę po drugą.

Chyba jestem szybka. Chwytam drugą i wracam. Jest nieźle, ale musi być lepiej. Może strach mi pomoże. Teraz to ja jestem gazelą, Wyobrażam sobie, że pędzi za mną głodny gepard, a ta opona to moja kryjówka. Wpadnę w nią, przeniosę w bezpieczne miejsce i już nigdy z niej nie wyjdę. Jest trzecia.

Przy czwartej już mnie trochę boli. Czuję, że zwalniam, choć ciągle jestem szybsza niż mój przeciwnik. Próbuję wyrównać oddech. To się chyba nazywa kryzys. Nie bądź leszcz. Weź dupę w troki. Możesz więcej. Jesteś niepokonana. Pamiętaj twoje słabości są w twojej głowie, serce i płuca się zszyje. Biegnij Agnes, biegnij!

Mam piątą. Kurwa, jaka ona ciężka. Ta piąta waży chyba sto kilo. Znacznie cięższa niż te pierwsze. Ktoś tu nas robi w ciula. Nie myśl o tym. Im szybciej to doniesiesz, tym szybciej się tego pozbędziesz. Ciągle z piątą w ręku biegnę. Wolniej, czuję, że znacznie wolniej. Mam ochotę puścić pawia. W ustach pustynia. Oczy wyszły mi z orbit i biegną swoim tempem, bo nic nie widzę. Biegnę na ślepo. Czuję, że zaraz rozwali mi łeb, serce wyskoczy z klatki i ucieknie w las, płuca schowają się za uszy, a ja padnę na środku boiska i zniosą mnie na noszach.

Opierdalam się za takie negatywne myśli i przyspieszam. Przez wszystkie opony starałam się nie patrzeć na przeciwnika, żeby nie tracić energii na obrót głowy w prawą stronę. Teraz ciekawość wygrywa. Pamiętam, że my pączki, pączulki, przegrywałyśmy 3 oponami. Widzę, że u przeciwnika została jeszcze opona. To dokładnie tyle, co u nas. Jezuśku! Wyrównałam!

Ta myśl dodaje mi skrzydeł. Przyspieszam. Teraz poboli, nogi wejdą w dupę, później sobie rzygnę, ale wyrównam w imię miłości do pączka. Chwytam szóstą oponę i biegnę. Biegnę jak głodny lew. Biegnę jak uciekająca antylopa. Biegnę jak jamajski sprinter. Zaciskam zęby. Chyba umarłam i anioły mnie niosą do mety. Jestem lekka. Nie ważę nic. Rzucam szóstą oponę. Wyrównałam!

My, drużyna pączków mamy wyrównane szanse. Sześć opon po jednej i drugiej stronie. Zupełnie jak na starcie. Skaczę z radości. Pączki mnie ściskają. Ja ściskam pączki. Kocham pączulki moje ukochane. Jestem w najlepszej grupie na świecie i za żadne skarby nie przeniosłabym się do innego zespołu.

11.00

Ostatnia kobitka niesie dwie opony. Swoją własną pod koszulką adidasa i tę przytarganą na zawody. Po trzeciej się poddaje i krzyczy, że już nie może. Wygląda źle, ciągnie za sobą nogi, ostatkiem sił ciągnie kawał gumy.

Na pole walki wpadam ja. W końcu działamy jako zespół. Żaden pączek nie zostaje sam, jeśli w grupie jest taki faworek jak ja. My słodkości do chrupania trzymamy się razem! Łapię jej oponę i biegnę po czwartą. Zawodnik z numerem pierwszym, ten który został przy życiu, łapie piątą, ja biegnę po szóstą tym samym wywalczając remis.

Jeszcze tylko pajacyki, przysiady, brzuszki, pompki, rzygu, rzygu i możemy iść do domu. Na macie zostaję tylko ja i dwie z przeciwnej grupy. Wszystkie upieprzone w sadzy, jak komandosi w akcji. Wszystkie ledwo zipiące.

To był dobry trening, dobra walka z oponką, a ja odkryłam w sobie nieznanego do tej pory ducha konkurencji. Bałam się sama siebie. Z Agnes się nie zadziera.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close