winter is coming wyjście ze strefy komfortu

Lubicie zmiany? Takie zmiany, które wiążą się z nowymi, nieznanymi, a więc trudnymi dla was sytuacjami, na które nie macie wpływu? Takie zmiany, które wymagają pokonania wewnętrznego oporu? Takie, które czasami przynoszą ssanie w żołądku, drapanie w gardle, przewracanie w jelitach i nieodpartą chęć zrobienia w gacie?

Ja nie lubię. Unikam. Nie praktykuję, ale jak sytuacja wymusi, to staram się trafnie wykorzystać cały potencjał, jakim obdarowała mnie Bozia, wszystkie zdolności, jakie nabyłam w szkole i na boisku (ciągnięcie za włosy się liczy), a jak trzeba, to posadzić dupę na stołku i nauczyć się czegoś nowego, zadać kilka nawet głupich pytań, wybrać kilka właściwych numerów i poradzić sobie z wyzwaniem. Podobno całkiem nieźle mi to wychodzi.

A lubicie zmiany, które wymuszają wyjście z własnej strefy komfortu? Takie, które wiążą się ze świadomą zmianą otoczenia, miejsca pracy, partnera, rozmiaru gaci? Takie, które wymagają konkretnego planu działania i jego realizacji? Takie, które czasami przynoszą totalną zmianę nawyków i chęć puszczenia pawia?

Ja nie lubię. Zawsze boję się, że trafię do nieodpowiedniej bajki, zza krzaka wyskoczy zły wilk i odgryzie mi kawał dupska albo zła wiedźma wsadzi do kotła i przygotuje potrawkę z Agnes w prostym i smacznym wydaniu. Tak normalnie po ludzku stresuję się, że królewski pantofelek okaże się rozklapciałym trampkiem ze sznurówką ciągnącą się po chodniku, czarodziejski dywan dziurawą szmatą, a książę na białym rumaku złamanym kutasem.

Nie lubię tych zmian prawie tak samo jak smaku czerwonych buraczków. Wolę to, co znane, bo to, co jest dobrze znane, jest też solidnie utrwalone, nie stresuje, jest przewidywalne, a co za tym idzie, bezpieczne. Nie lubię zmian, ale regularnie się zmuszam. Do zmian, nie do buraczków. Bo czary – mary, hokus – pokus, zmiany są dobre! I na szczęście lęk przed odmóżdżeniem i brakiem cegieł do budowania lepszego JA, jest większy niż lęk przed zmianami.

A boję się jak cholera i dosyć często trzęsę portkami. Mimo tego, przeprowadzałam się już 10 razy, pracę zmieniałam chyba ze sto, prowadziłam kilka biznesów, które nie wypaliły, kilka, które się znudziły, kilka, które zdechły jeszcze w zarodku i ciągle mam pomysły na kilka innych, które nadal czekają na swój wielki dzień. Dzięki wyjściom z własnej strefy komfortu mogłam zaskoczyć samą siebie, poznać się lepiej, stanąć przed lustrem onieśmielona własną zajebistością, schować się pod łóżkiem przed własną porażką, ale przede wszystkim cieszyć się z faktu, że spróbowałam.

I wiecie co? Winter is coming! Again!

Jestem uzbrojona w odpowiednie kwalifikacje, ale totalnie nieprzygotowana, mam dobre nastawienie i tradycyjnie po raz kolejny sram po gaciach. Zanim wyczołgałam się ze swojej strefy komfortu, znalazłam tysiąc powodów, dla których powinnam tam zostać, siedzieć na dupie i nie podejmować żadnych działań. Wymyśliłam tysiąc niebezpieczeństw, które czyhają na mnie w związku z nowym zajęciem, łącznie z rakiem krtani, przygotowałam też swoją krótką charakterystykę, ze szczególnym uwzględnieniem tych cech, które na pewno będą kolidować z moim nowym JA, a następnie pobiegłam po młotek i wybiłam sobie to wszystko z głowy. Później spojrzałam w niebo i mrugnęłam do swojej szczęśliwej gwiazdy.

Oczywiście nie mogę wam napisać, czym będę się zajmować, bo wszystko PRIVATE & CONFIDENTIAL, co w wolnym tłumaczeniu znaczy ‘nie puszczaj pary z ust, bo cię obedrzemy ze skóry’. Na razie skóra mi potrzebna, więc sami rozumiecie…

Abakadabra! Nie bójcie się zmian.

Znam takich, którzy wolą gnać na grzbiecie przyzwyczajeń i słodko popierdywać w kanapę. No cóż. Niektórym do pełni szczęścia wystarczy odrobina metanu w powietrzu. Świeć Panie nad nigdy nieodkrytymi talentami i zaprzepaszczonymi szansami. Znam też takich, którzy i chcieliby, i się boją. W efekcie nie robią nic poza narzekaniem na przeróżne nieprzychylne zbiegi okoliczności, piasek w majtkach, dwie lewe nogi i wakacje na które nie mogą wyjechać. A tu trzeba działać.

Trzeba wyjść na scenę. Trzeba usiąść i przygotować plan działania, plan mniejszych i większych zmian albo nawet takich, które przewrócą twój świat do góry nogami i sprawią, że Heniek zza miedzy spojrzy na ciebie z politowaniem i powie ‘pojebało ich już do reszty’. Olej Heńka ciepłym strumieniem. Heniek już tak ma. Będzie komentował, pomstował, a jak trafisz na wredne wydanie Heńka, to nawet ci kłodę pod nogi rzuci. Rób swoje. Nie bój się zmian. Spójrz w niebo i mrugnij do swojej szczęśliwej gwiazdki. Ona świeci dla każdego. Dla ciebie też.

PS Słyszeliście kiedykolwiek opowieść o kolesiu, który popylał sobie konno galopem? Wszystkim, co stali w szumiącym zbożu i go widzieli, wydawało się, że jedzie załatwić coś ważnego, że to takie patataj, patataj, pojedziemy w cudny kraj. W końcu jakiś chłop małorolny, który akurat stał przy drodze krzyknął ‘ej, ty tam, na tym kuniu! Gdzie jodziesz?’ Na co koleś z konia odpowiedział ‘Nie mam zielonego pojęcia, zapytaj konia’.

Lejdis and dżentelmen, chwyćcie za lejce i szale! Winter is coming!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close