wroclaw

Pokochaliśmy się. Tak myślałam. Pierwsze wrażenie wywarł na mnie bardzo pozytywne. Nie było porażenia błyskawicą, prądu biegnącego pod skórą, ani trzepotania skrzydłami motyla. Było zwyczajnie przyjemnie. Naturalnie niekłamana sympatia. Przywitał mnie kolorami złota i zieleni. Zaoferował dobre jedzenie i pokazał ciekawe miejsca. Zabrał na spacer. Zaciągnął do kilku galerii. Opowiadał o sztuce, a ja otwierałam usta w zachwycie. Miał w sobie tę magię, która sprawia, że kobieta czuje się piękna, młoda i zwyczajnie w świecie szczęśliwa.

Wrocław…

Już wybadałam teren. Zaczerpnęłam języka i stworzyłam listę na użytek własny: gdzie i za ile kupić/wynająć mieszkanie, gdzie ślinić się na widok domowych pierogów z mięsem i okrasą, gdzie wyjść na spacer z psem, gdzie zamówić setkę. Już poznałam dane osobowe faceta, przed którym regularnie miałam rozkładać nogi, podobno najlepszy ginekolog na całym Dolnym Śląsku i adres pani Heni, która sprzedaje jaja ekologiczne od kury z Rolantowic. Podobno ostatnio z nadmiaru smogu bidulka zaczęła znosić kwadratowe jaja. Ta kura, nie pani Henia. Dowiedziałam się, że na ulicy Zwycięstwa panuje korek, który od lat nie chce wyjść z butelki, bo ktoś mówi stanowcze ‘nie’ nowej drodze i że na osiedlu Psie Pole para w apartamentowcu pod wynajem uprawia głośny seks, a ich demony nie pozwalają zasnąć młodym damom dbającym o swoją urodę i dobre samopoczucie dnia następnego.

Wrocław…

Z uroczymi krasnalami, których portrety psychologiczne znane są tylko wtajemniczonym, z panią Ewą w słonecznikowej sukience, która z niewymuszoną radością opowiadała o wrocławskich artystach i Galerią Polskiego Plakatu, z której wyszłam oblepiona kartkami pocztowymi niczym jeden wielki obrazek decoupage (cztery zeta za sztukę) i Wyspą Słodową, gdzie ktoś wreszcie musi zrobić porządek, bo inaczej zostanie przechrzczona na Przylądek Kapsla i Peta.

Wrocław…

Atmosfera niewymuszonego luzu, który odejmuje ci lat i pozwala na nowo złapać wiatr we włosy. Miasto sprawia, że ci się chce. Chce ci się wstać skoro świt i biec na bułkę z humusem i jajkiem w koszulce. Chce ci się wejść do pustej galerii za rogiem i zamienić kilka słów z jej właścicielem. Miasto budzi twoją ciekawość. Chcesz pociągnąć za klamkę, spojrzeć przez dziurkę od klucza, pchnąć bramę, przejść na drugą stronę, bo wiesz, że właśnie tam będzie coś nowego, coś innego, coś niekoniecznie z czekolady i do zabawy, ale coś, co sprawi, że się uśmiechniesz, zadumasz i przystaniesz na chwilę.

Wrocław…

Naprawdę liczyłam na dłuższą znajomość i przyszłość w najmodniejszych kolorach. Rozczarowanie przyszło nagle niczym pierwszy śnieg. Stałam się częścią źle napisanej powieści osadzonej we wrocławskich murach, bohaterem, który przestał pasować do treści przez jeden dosyć istotny szczegół. To był jak cios w waginę po romantycznej kąpieli, kiedy czekasz na deszcz pocałunków i kipiącą rozkosz, a dostajesz kopniaka w intymne miejsce i drwiący śmiech.

– Płatny kibel! – wydarłam się na Dworcu Kolejowym Wrocław Główny, wymachując zdegustowana mokrymi łapami, jakbym chciała odpędzić od siebie widok babci klozetowej wyciągającej rękę po zapłatę.  – Ja pierdolę – dodałam ciszej, żeby nie robić wiochy, w końcu porywcze, ale kulturalne dziewczę jestem. – Dwa, kurwa, pięćdziesiąt! – wysyczałam pod nosem. – Czaisz?! Żeby jeszcze jakiś miękki papier dali, jakiś velvet trzywarstwowy z dekorem w kształcie plastra miodu, to może by i mniej bolało, ale nie! Zwykły, szary, taki ostry i kanciasty, że można nim cipkę pokaleczyć! Nie będę tu mieszkać – kwituję stanowczą deklaracją. Zawiedziona i rozczarowana wypominam miastu, któremu jeszcze wczoraj wyznawałam miłość i szeptałam czułe słówka. – Dwa pięćdziesiąt – nie mogę się pogodzić z wygórowaną stawką. – To nawet w warszawskim metrze kible są bezpłatne. Wchodzisz albo wbiegasz i nie myślisz o szukaniu drobnych w spodniach opuszczonych już na kostki. – kontynuuję, choć nic nowego już w tym temacie raczej nie dodam.

– Zapłaciłaś? Czy poszłaś w krzaki? – słyszę.

Mam wstręt do publicznych toalet i generalnie wolę przykucnąć gdzieś za kamieniem, pod drzewkiem, przy murze jak małe, wystraszone zwierzątko z woreczkiem moczniku, ale w wielkich miastach nie jest to raczej możliwe. Jak się później okazuje, przeciwników płatnej toalety jest więcej, bo znaleźli się śmiałkowie, którzy woleli swoje potrzeby załatwić na otwartej przestrzeni. Rozgadany taksówkarz opowiadał później, że co jakiś czas wypisują mandaty za pozbywanie się balastu w postaci ciekłej i stałej poza miejscem do tego wyznaczonym, gdzieś właśnie pod murami dworca.

– Zapłaciłam. Już przestępując z nogi na nogę szukałam drobnych w portfelu – tłumaczę gorzko rozczarowana płatnym kiblem.- Dwa pięćdziesiąt – kiwam głową z dezaprobatą. Nie będę tu mieszkać. – Powtarzam wypowiedzianą już wcześniej kwestię. – Nie będę! – warczę.

– Może po prostu nie będziesz podróżować koleją?

– A może po prostu ktoś zrobi porządek w polskim prawie i zalepi luki jakimś stosownym przepisem? – zastanawiam się głośno. – Z tego co pamiętam z wykładów z przedmiotu kierunkowego technologii i organizacji budowy i budownictwa ogólnego, w budynkach użyteczności publicznej powinno się znajdować ogólnodostępne WC. Ogólnodostępna toaleta na Dworcu Kolejowym Wrocław Górny przestaje być ogólnodostępna dla tych, którzy kasy przy sobie nie mają albo dla tych, którzy na sikanie wydali już ponad sto złotych, bo podróżują dwa razy dziennie do jakiegoś pobliskiego Pipidówka i tyleż samo razy musieli skorzystać z płatnej toalety, i najnormalniej w świecie pod koniec miesiąca nie mają złamanego grosza przy dupie. – Mówię na jednym wydechu.

Płatnym toaletom mówię ‘NIE’, a wszystkim tym cwaniaczkom, którzy uważają, że tak ma być i zasłaniają się wandalizmem, lękiem przed nalotem nieproszonych gości z ulicy, którzy mogą przyjść i w każdej chwili narobić bałaganu, proponuję poobserwować inne biznesy i wziąć z nich przykład. Np. taki Mc’Donalds albo Costa, gdzie toalety są tylko dla klientów. Pokazujesz paragonik i droga wolna. Pijesz kawę, jesz burgera, piszesz notkę, a kiedy najdzie cię potrzeba, nie szukasz nerwowo drobnych w portfelu, bo wiesz, że toaletę masz wliczoną w cenę. W końcu w cywilizowanym kraju żyjesz, w rozwiniętym gospodarczo.

– Wiesz, to naprawdę wkurwia. Płacę za bilet intercity w pierwszej klasie (85PLN). W kiosku kupuję dwa kolorowe magazyny (17.80PLN) i dwie butelki wody mineralnej (3.20PLN). Zaglądam do Empiku, tylko popatrzeć, ale skuszona rzeką płynącą pod skórą Stanisława Baj, wychodzę z magazynem dla artystów, kolekcjonerów i miłośników sztuki (21PLN). Chyba zasłużyłam, żeby się za darmo wyszczać?

Wrocławiu, zapukaj do drzwi PKP i obgadaj temat przy Ryśku Rynkowskim , bo miałam do ciebie pociąg, ale odjechał razem z trzema monetami, które zostawiłam u babci klozetowej na dworcu.

Dziękuję za uwagę.

1 Comment

  1. hmmmmm :) poruszyłaś mokry i śliski temat ,doprawdy można się czasami zjeżyć ,szukając miejsca gdzie w nagłej potrzebie wyrównamy ciśnienie. Tym bardziej ciśnienie nam skacze ,jeśli za tą naturalną potrzebę musimy zapłacić. Z dwojga złego jednak lepiej zapłacić te 2.5 PLN-a ,niż 1 EU lub najzwyklej nie zdążyć przed godziną zero. Darmowe toalety dla każdego, hasło przewodnie nowej partii , musimy tylko znależć prezesa :) Pozdrawiam

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close